Eugeniusz Kabatc – Pierwsza wojna narodów: Młyn nad Narewką

0
137

 Eugeniusz Kabatc




Pierwsza wojna narodów:

Młyn nad Narewką    (Rozdział II)       

 

Franciszek Maśluszczak           Najpierw gdzieś daleko, za Warszawą i w Prusach Wschodnich, wojska rosyjskie szarpnęły się bojowo do przodu i echa wojny docierały do Puszczy jedynie decyzjami odkładania carskich łowów. Zastąpili je kłusownicy, wśród których znaleźli się miejscowi chłopi z obrzynami, a między nimi i nasi myśliwi z „gniazda”, przygotowujący zwiększone zapasy dziczyzny na zimę. Na wszelki wypadek.

     Na wszelki wypadek dziadek zaopatrzył dom w solidne okiennice.

     Tu nigdy nie było zupełnie spokojnie. Ale utrzymywał się stan jakby do przetrwania, do wytrzymania w znoju jakby na drugim planie.  Nawet wówczas, gdy imperium dziesięć lat wcześniej przystąpiło do wojny na dalekim wschodzie, jej echa docierały tu w strzępach, czasem bolesnych, to prawda, gdy poczta przynosiła wiadomość od władz wojskowych o „poległym w obronie ojczyzny”, przedtem wziętym stąd „w sołdaty”; czasem jednak podnosząc na duchu, gdy marynarz Wołkowycki – podobno chłopiec z dalszej rodziny – otrzymywał order Św. Jerzego za bohaterską postawę w bitwie z Japończykami pod Cuszimą…

     Teraz było inaczej, wojna wszakże wstrząsnęła całym naszym kontynentem. Po krótkiej niepewności front rosyjsko-niemiecki przewrócił się w Prusach i załomotał wkrótce do bram tutejszych horyzontów, coraz częściej wprost w okiennice skulonych bezradnie domów. Zbliżał się „wróg odwieczny”, sanitarne pociągi z krwawym pokosem bitew przelatywały z cierpiętniczym dygotem torami do Wołkowyska i dalej. Władza wielkiego państwa trzeszczała w szwach, pruła się, niweczała strategicznie. Cofająca się armia zarządziła ewakuację nie tylko urzędów państwowych, instytucji publicznych, zasobów i ważnych osób, ale wszystkich mieszkańców zachodnich guberni, by zostawić pruskiemu najeźdźcy „spaloną ziemię”.

    Administracja carska nigdy nie cieszyła się opinią dobrych organizatorów, tedy i tym razem próby łączenia dobrej woli i biurokratycznego bałaganu przyniosły mierne rezultaty: ogromnej, kosztownej akcji państwowej, boleśnie uderzającej w społeczną i rodzinną trwałość miejscowej ludności. Zwłaszcza prawosławnej, która w swej masie była posłuszna Cerkwi; jak Cerkiew Państwu. Problematyczność ludzkiego losu w imadle konfliktu zbrojnego mocarstw i ich morderczych frontów zawsze jest ponadprawnie skazańcza. Dziadek Julian musiał wykazać maksimum inteligencji i chłopskiego sprytu, żeby w tym uchodźctwie, nazwanym z rosyjska „bieżeństwem”, znaleźć sposób na uratowanie „gniazda”. Po wielu nieprzespanych letnich nocach przyjął dwie wersje klucza do wyjścia z losowej sytuacji: podzielił swoją rodzinna trzódkę mniej więcej na pół, jedną część poddając zaleceniom ewakuacji i ekspediując ją w grupie trzech dziewcząt do najstarszej z córek, już zamężnej w Moskwie [„Wielka rewolucja na Małej Gruzińskiej”,  publikacja w nr 7/2015 Przeglądu Prawosławnego, supplement III],  z drugą połową,  dyrygując nią sam, pozorując posłuszeństwo władzy, dużym wozem też wyruszył na wschód, by wkrótce zawrócić, posłużywszy się pretekstem poczucia obywatelskiej odpowiedzialności za los przewożonych [pękniecie przedniej osi w powozie]. W interpretacji rozszerzonej miał tez nie dopuścić do aresztu zatrzymanych nakazem urzędu skarbowego [kazna’], wobec którego dziadek zalegał z podatkiem od zakupu leśnej działki w otulinie puszczy, określonej w aktach jako Łozowe. Znaczenie tego faktu kładło się potem wydarzeniami wokół rodzinnego gniazda w rytmie niemal pokoleniowym, aż po moje już własne przeżycia…

     Tymczasem trzeba było urządzać się od nowa w warunkach kilkuletniej okupacji niemieckiej, w której relacje rodzinne i narodowe zakorzeniały się w ziemiach bliskich i dalekich, rodząc w porywach ambicji i potrzeb społecznych idee głębokich przemian politycznych i państwowych. Dojrzewały ziarna zasiane wcześniej. Narodowe odrosty pojawiały się i u nas, lecz to te u sąsiadów stawały się przedmiotem dylematów „razem, czy osobno?”. Ożywiona nadzieja polskości z trudem rozróżniała fronty  walki, czasem ustawiały się one przeciwko sobie we wrogiej konfrontacji wrogich armii, w których znaleźli tyleż Polacy, co i Białorusini. Tutejsi.

    Tutejsi. Powtarzam to określenie podkreślając, ponieważ staje się coraz poważniejszym symbolem znaczeniowym w proponowanych rozważaniach wokół narodowych mocy i niemocy…

     Lud coraz gwałtowniej wdzierał się do historii. Lud polski, budzony socjalizmem niepodległościowym Piłsudskiego, lud białoruski – inteligencją narodową, stawiającą już mocne kroki od przełomu wieków w literaturze lirycznej i politycznej. Polski ruch patriotyczny był naturalnie rozleglejszy, opierał się o tradycje wolnej Rzeczypospolitej i kolejnych powstań; zdążył już nawet podzielić się narodowo na różne lewice i prawice, czasem szukające sojuszników w politycznych koncepcjach słabnących w wojnie i rewolucjach rozbiorców. Bardzo to powiększało zamieszanie po obu stronach mnożących się frontów.

     Także tu, na otwartym pograniczu historycznym niegdysiejszych kresów rusko-litewskich, namiętności narodowe burzyły się po nowemu, na tyłach frontu, który utknął niespokojnie na rubieżach wschodniej Białorusi, rozsypywała się jagiellońska wizja wielkiej, przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, wspólnej dla wielu narodów, o której marzyli jeszcze polscy narodowcy, ale której nie przyjmowali już do wiadomości młodzi patrioci Litwy, Białorusi, a na południu  – Ukrainy. Upadek caratu otwierał szanse dla nowych bytów państwowych, lecz ze sobą nieraz burzliwie sprzecznych. Nieoczekiwanie dla mickiewiczowskich Polaków [„Litwo, ojczyzno moja”] Litwini przywrócili sobie poczucie narodowej odrębności. „A nad Niemnem Orzeł stary/ Stary orzeł, młode konie/ Młode konie nowej Litwy/ Co za Orłem ślą Pogonie!” – zabrzmiało w uchu obudzonego wajdeloty jak surma bojowa, jak wici do rozpuszczania w sprzyjających okolicznościach zamętu władzy, w młodych ruchach na rzecz historycznej kultury, wspierając pierwsze struktury samodzielnego państwa – ze stolicą witoldową w Wilnie.

     Wilno. Toż to stolica myśli i białoruskiej! Historia jakby nawrotem przypomniała o swoich prawach – lecz bez wspólnotowych konsekwencji. Już Konstytucja 3-go Maja, duma Polaków, nie wspomniała nawet o stołecznej roli miasta, zakładając całkowite polskie „oswojenie” Litwinów;t podobnie pomijając milczeniem znaczenie języka białoruskiego w rozwoju Wielkiego Księstwa. Toteż rewanż historycznej współczesności dla „krajowców” polskich na Wileńszczyźnie był bolesnym zaskoczeniem i musiał wzbudzić opór.

     Literatura poświęcona tym trudnym czasom jest obfita, znacznie mniej wie się o dziejach „małych ojczyzn” tamtych ziem i ich indywidualnych włodarzy. Tutejszych, którzy nigdy nie byli tych swoich ziem pełnoprawnymi posiadaczami. „Nie rzucim ziemi, skąd nas ród”, przysięgali Polacy, ale tam tak śpiewać powinni byli chłopi białoruscy, tam Polska była ruska. Prawa wprowadzali obcy.

    Dziadek Julian obchodził te prawa z różnym skutkiem, swoją dolę chłopską mocując „interesem” karczmiarza w Narewce, dopóki w konkurencji z karczmiarstwem żydowskim trzba było nakarmić robotników huty szkła i leśnych, pracujących dla potrzeb wojennego przemysłu drzewnego w puszczy. Produkcję rolną zjadały przede wszystkim przymusowe dostawy dla administracji i wojska, coś jednak zawsze zostawało, by nie głodować, a nawet kształcić dzieci.

     Dziadek Konstanty również nie próżnował, dorabiając w lesie i nie zostawiając synów bez właściwej opieki i w ten sposób mój przyszły ojciec znalazł się na kilka lat w gimnazjum w pobliskiej Świsłoczy. Wyniósł stamtąd dobrą znajomość niemczyzny i polskiego na bliską, kolejową przyszłość, ale także zmienione nazwisko, gdy administratorzy niemieccy w szkole zapisali mu proste Kabac na swoje Kabatz, co polska biurokracja utrwaliła potem, zmieniając jedynie niemieckie z na polskie c, pozostawiając łaskawie t i całe udziwnione nazwisko Kabatc.

Z trudem powracam dziś do pierwotnego zapisu i brzmienia rodowego nazwiska…

   I wokół zapowiadały się kolejne zmiany, pieczętujące nową narodową obecność ludzi na świecie w sposób zadziwiająco dezintegrujący. Oto jeden z wujów, w czasie wojny przebywający „za chlebem” w Stanach Zjednoczonych, powraca jako Amerykanin. Drugi  zjawia się z Syberii jako Rosjanin. Mój ojciec, powróciwszy z wojny z bolszewikami w żołnierskim mundurze, zostaje na kolei Polakiem. Za to moi najmłodsi wujowie zaczęli dorastać w kręgu Hromady jako narodowi Białorusini. Etniczność pochodzenia nie była kategorią decydującą. Trzeba było niemało splotów i uwikłań w biegu życia – nie tylko zresztą swojego – by móc zdobyć się na świadomy wybór lub cierpliwie poddać się przeznaczeniu.

     Wielka wojna narodów trwała długo. Jeszcze dwukrotnie przewalały się przez puszczę fronty, rujnując wsie i miasta. Córki dziadka Grycuka po latach uchodźstwa w Moskwie wróciły po rewolucji do domu całe i zdrowe. Ba, nawet wypiękniały dojrzewając i kształcąc się w stołecznej kulturze, choć już przewróconego imperium. Znalazły się teraz w zupełnie innym kraju, w Polsce, przywróconej do życia narodowego w nowych, acz wciąż niepewnych granicach, bijącego się jeszcze o nie na zachodzie, tu też niespokojnych, z resztką polsko-białoruskiej armii, nie zwycięskiej jednak na wschodzie.

    Nie udało się naczelnikowi młodej Rzeczypospolitej stworzyć „kordonu sanitarnego” na obrzeżach skurczonych kresów, rządy narodowe w Mińsku i Kijowie padły pod uderzeniami „czerwonej burzy”, jedynie okrojona Litwa zdobyła wreszcie swoją upragnioną państwowość. Gdy zdemobilizowane oddziały gen. Bułak-Bałachowicza rozlokowały się tutaj do pracy w lesie, jego równie dowódczy brat rychło zginie tajemniczo na drodze z Białowieży do Hajnówki: mówiło się o zamachu komunistycznej jaczejki…

     Granica z nowa bolszewicka Rosja nie była tak bardzo blisko, ale za nia się jeszcze kotłowało, jej emisariusze przenikali bez trudu na naszą stronę, państwo polskie szamotało się niecierpliwie w wyborze drogi do jedności. W tych warunkach sprawy mniejszości narodowych nabrzmiewały groźną bezradnością w wumiarze tyleż administracyjnym, co społecznym.

    W domu Grycuków kolejne panny wkrótce wyjdą za mąż i pójdą sobie w świat niczym drogą w nieznane.

    Moi przyszli rodzice, Aleksander Kabatc i Anna z Grycuków, wybrali drogę do bardzo kolejowego Wołkowyska.               

                           

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko