Bohdan Wrocławski – Z notatnika szarego obywatela (Śpieszmy się kochać ludzi…)

0
365

Bohdan Wrocławski


Z notatnika szarego obywatela  (Śpieszmy się kochać ludzi…)


bwroclawski2016   Zaczynaliśmy sześć lat temu we wrześniu 2010 roku. Skromny to był początek, kilku przyjaciół dało teksty, kilku poklepało po ramieniu i obiecało, że w wolnej chwili…, czytelników też nie za wielu. Cieszyłem się, kiedy licznik pokazał, że jest ich ponad stu w ciągu doby. Dziś każdego dnia mamy tysiące czytelników, ale wtedy twardo stali koło mnie Ci, których wiersze publikujemy w tym numerze jako Wiersze Tygodnia (oprócz Mieczysława Czychowskiego), a których już nie ma: Zbyszek Jerzyna, Krzysztof Gąsiorowski, Roman Śliwonik, Andrzej Waśkiewicz i Jerzy Leszin Koperski. Wieczni moi Przyjaciele od najwcześniejszej młodości, prawie od pierwszego wiersza. Potem odchodzili ode mnie i od nas wszystkich, nigdy nie wiedziałem, nie potrafiłem do końca odgadnąć że to już ostatni raz z nimi się widzę, nigdy nie powiedziałem im, jak bardzo ważną w moim życiu była ich obecność obok mnie. Dlatego tak istotne są dla nas słowa Janka Twardowskiego, abyśmy śpieszyli się kochać… Zresztą On też odszedł w nieodgadnioną dal. Nie tak dawno miałem w rękach książkę Jana Twardowskiego, do której okładkę stworzył mój syn Filip, wtedy jeszcze jedenastoletni chłopak, a którego jako grafika Jan dumnie zapowiadał w czasie prezentacji książki w warszawskim Domu Księgarza. Do dziś w szufladzie leżą zdjęcia z tej prezentacji i Filip psocący się księdzu, ciągnący go za sutannę. Z tą sutanną to też była przygoda; sutanna była stara, wytarta, połatana przez zakonnice. Jerzy Leszin Koperski, będący z księdzem w wyjątkowo familiarnych stosunkach, zrobił zrzutkę i zafundowano Janowi nowiusieńką, cudowną sutannę. Cóż z tego, kiedy mistrz Jana Twardowski po kilku dniach, na jakimś spotkaniu, pokazał się w starej sukience. Lekka towarzyska konsternacja wyjaśniła się stosunkowo szybko – Jan podarował swoją nową sutannę jakiemuś ubogiemu klerykowi. Ot, taki był Jan Twardowski.

Dziś z różnych przyczyn zapomina się o nim, coraz rzadziej możemy spotkać Jego książki w księgarniach. Być może jest to wynikiem źle przekazanych praw autorskich, być może…? Nie wiem. A szkoda, wielka szkoda.

Zbyszek Jerzyna zatelefonował do mnie kilka dni przed swoją śmiercią z szpitala i mówił, że mu się poprawia, że dostał nowe zastrzyki i że pewnie za kilka dni wyjdzie z szpitala do domu. Chciał pojechać ze mną do Kątów Rybackich… Chciał, nie pojechał. A ja z licznych wspomnień z czasu spędzonego razem, mam przed sobą pewną projekcję, w której stoimy w pochmurny, wiosenny dzień na brzegu Wisełki Szkarpawej w okolicach Sztutowa i ja staram się nauczyć mojego przyjaciela, zarzucać wędkę w nadrzecznych oczeretach. Nie wychodziło to Zbyszkowi kompletnie, mimo usilnych starań i z mojej i z Jego strony. Nigdy nie został wędkarzem. I znów mam inną projekcję, lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, siedzimy w poczekalni dworca PKP w Milanówku, jest pochmurna jesień, chłód, czekamy na pociąg do Warszawy, Zbyszek wyjmuje wiersze, czyta, potem ja wyjmuję wiersze, czytam. Potem w zdumieniu stwierdzamy, że kilka pociągów do Warszawy już odjechało, a my tego nie dostrzegliśmy.

   I choć wiedziałem, choć czułem, że moja rozmowa telefoniczna z Zbyszkiem dzwoniącym z szpitala, jest wyjątkowo ważna, to nie do końca potrafiłem powiedzieć, wykrzyczeć w sobie, że jest to ostatnia rozmowa z moim Przyjacielem z kimś bardzo ważnym w moim życiu.

   Krzyś Gąsiorowski w ostatnich latach swojego schorowanego życia mieszkał bardzo biednie w wynajętym mieszkaniu na ulicy Wileńskiej. Opiekował się nim jeden z synów, czasami odwiedzali go nieliczni koledzy: Piotr Dumin, Leszek Żuliński… Być może było jeszcze kilku, ale ja widziałem tylko tych.

   Jakoś tak w pewnym momencie choroby pojechałem z Krzysiem i jego byłą przyjaciółką do szpitala w Międzylesiu i rozmawiałem z lekarką. Z tej rozmowy wyniosłem przeświadczenie, że Krzyś umiera jakby na własne życzenie, że Jego życie stało się puste, bo z niego zniknął ktoś dla niego wyjątkowo ważny. Krzyś przestał walczyć o siebie o bycie w tym życiu, w tym miejscu. Jakoś tak latem napisał do mnie smsa, tylko tak komunikował się z znajomymi, że jego syn miał wypadek, jest w szpitalu i Krzyś nie ma nic do jedzenia.

   Byłem wtedy w Kątach Rybackich, wykonałem kilkanaście telefonów do Warszawy aby ktoś pomógł… W ostateczności musiał gonić kilkaset kilometrów mój syn Filip.

   I znów projekcja z pierwszej połowy lata sześćdziesiątych, jesteśmy z Krzysiem w Klubie „Truso” w Elblągu, dziś już nie ma tego klubu ani budynku, w którym się znajdował, Krzyś czyta wiersz o twarzy ciężarnej kobiety, że jest jak drzewo odwrócone korzeniami do góry. Potem rozmawiamy o tym wierszu na ławce w parku. Nie wiem dlaczego ale właśnie wtedy obaj zrozumieliśmy, że jest nam bardzo blisko do siebie. I tak zostało aż do końca. Wiersz, ławka w parku, tajemnica twarzy kobiety w ciąży, którą staraliśmy się odgadnąć przy pomocy słów. Połączyła nas wielka magia poezji.

   Z szuflady wypadają dziesiątki fotografii, na każdej jest Roman Śliwonik w otoczeniu mojej rodziny, moich dzieci, z którymi był w wyjątkowo dobrej komitywie. Patrzę na te, na których oprowadza Karolka po Gdańsku, gdzieś koło Studzienki Neptuna, no bo jakże, przy stole w Kątach Rybackich, z Karolkiem bawiącym się kotem Basi… Z tym kotem to była przygoda – kot zginął, nie pomogły godziny poszukiwań od plaży bałtyckiej do brzegu Zalewu Wiślanego. Przepadł. Żadne kici kici nie skutkowało. Znalazł go Filip po dwóch dniach w komórce obok zjedzonej do połowy myszy. Odezwała się w nim natura i była silniejsza niż przywiązanie do domowego dobrobytu.

   Roman już leżał w łóżku od blisko dwóch lat, odwiedzałem go często, dziś myślę, że za rzadko, czułem, rozumiałem, że muszę go odwiedzić przed wyjazdem do Kątów Rybackich. Pojechałem na Ursynów z Bogdą i Karolkiem, który nagle wystrzelił do góry i nie wiadomo kiedy przekroczył 1,80 wzrostu. Roman był zachwycony moim synem i tym, że tak wyrósł, bo przecież często się z nim bawił w Karolkowym dzieciństwie i zawsze dawało się zauważyć, że Karolka hołubił. Mam ten widok, Karol obok łóżka Romana, w głębi niedużego pokoju Basia, żona Romana z moją Bogusią. Mówimy cicho, Roman cały czas spogląda na Karola.

   Wkrótce potem wcześnie rano w Kątach Rybackich odbieram telefon od Basi, łka, nic nie mówi. Bo co ma powiedzieć. Basia, wielka miłość Romana, do końca, do ostatniego tchnienia, coś najlepszego w Jego życiu.

   Zupełnie na spodzie znajduję zdjęcie, przy stole siedzę z Jurkiem Leszinem Koperskim, jakieś rozrzucone wokół nas papiery… To moje mieszkanie na Starym Mieście w Warszawie. Nie pamiętam nad czym tak deliberowaliśmy. Pod tym zdjęciem inne, tym razem w Kątach Rybackich, siedzimy na zwalonym pniu wyrzuconym na bałtycki brzeg. Jest też Zbyszek Jerzyna, Krzysiek Gąsiorowski, Andrzej Waśkiewicz, Roman Śliwonik… tak to z warsztatów artystycznych. Przecież były one niedawno, wszystko jakby wczoraj, czuję jeszcze oddech tamtych dni, pod miękkim naskórkiem  chmur wypowiadne słowa, czytane wiersze, oglądane obrazy.

   Następne zdjęcie, Jurek z Zbyszkiem na pomoście moczą nogi w Zalewie Wiślanym. Zdjęcia, sterty zdjęć, z których odczytuję wszystko to, co zamazuje nieuchronnie mijający czas.

   Jurek umarł w marcu na samym przedprożu wiosny 2013 roku, opuszczony prawie przez wszystkich oprócz córki Magdy, mocno zdziwaczały, końca swoich dni doczekiwał w małym mieszkanku na bliskim Grochowie. Smutny to był pogrzeb, pochowano Go w Płońsku w rodzinnych stronach. Wielu ludzi wiele mu zawdzięczało ale na pogrzebie kolegów pisarzy nie widziałem.

   Pod datą 18 marca Leszek Żuliński napisał w naszym tygodniku o śmierci Jurka, że Ojciec Poetów nie żyje.

   Zamknęły się jeszcze jedne drzwi w ciszy tak ogromnej, jaką mogą znać tylko umierające we wnykach sarny.


 Wykreślone z notatnika


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko