Zdzisław Antolski – Cymbergaj w pustej szkole

0
361

Zdzisław Antolski


CYMBERGAJ W PUSTEJ SZKOLE

 

chelmonski powoz


      Dopiero po radiowo-telewizyjnej transmisji festiwalu piosenki w Opolu, zaczynało się w Grodziskach właściwe lato i wakacje. Przyjeżdżało do wsi trochę letników, którzy idąc do sklepiku gieesu na zakupy, śpiewali przerobioną piosenkę Wojciecha Młynarskiego „Jesteśmy na wczasach, w tych pińczowskich lasach, w promieniach słonecznych, opalamy się”. Tymczasem zbliżał się czas wyjazdu Zbyszka Świtalskiego do miasta, do szkoły i dwaj bracia Ostojowie, którzy już tam mieszkali: Lucek i Julek, dawali mu wskazówki, jak się ma zachować, w tym obcym dla niego środowisku. Byli podobni do siebie, przystojni po matce, głębokie ciemne, cygańskie oczy, śniadzi na cerze, z czarnymi włosami po ojcu.

      W cymbergaja nauczył Zbyszka grać Lucek, syn pani woźnej, który znajomość jego reguł poznał w mieście, gdzie przez kilka lat mieszkał u swojej cioci, zanim ta nie oddała go z powrotem na wieś, do jego matki. A było tak, że pani woźna pochodziła z miasta, miała tam siostrę i pragnęła, aby jej dwaj synowie mieli łatwiejszy awans w życiu, nie mówili gwarą, tylko po miejsku i żeby zdobyli jakiś zawód. Ale może najważniejszy powód był taki, że jako troskliwa matka bała się, aby dzieci nie zaraziły się chorobą płucną, na którą cierpiał ich ojciec. Stąd umieściła ich obu u siostry, w zamian za jakieś wynagrodzenie i płody rolne. Sama wyszła za mąż z miłości, za małorolnego chłopa, choć pan Ostoja był światowcem, bo kiedy jeszcze zdrowie mu dopisywało, dorabiał u księdza proboszcza jako woźnica i dzięki temu wiele widział, słyszał i rozumiał. Plebanowi nudziło się podczas podróży, trzymał brewiarz w białych, wypielęgnowanych dłoniach, spoczywających na szarym pledzie, opatulającym mu kolana, ale lubił gadać, więc umilał sobie podróż rozmowami ze swoim furmanem.

      Było tak do czasu, bo później pan Ostoja zachorował na płuca, podupadł na zdrowiu i sił mu nie starczało do pracy zarobkowej. Pochylił się do ziemi, zapadły mu policzki na twarzy, a cera stała się ziemista. W dodatku całe ciało wychudło, idąc ciężko przebierał długimi, pajęczymi nogami. Oddychał z trudem, bywało, że nie mógł złapać powietrza, zwłaszcza kiedy zmierzał ze swojego domu do szkoły, bo czasem zastępował żonę przy codziennym sprzątaniu, a droga prowadziła pod górę.  W nieodłącznej czapce na głowie, której nigdy nie zdejmował (do kościoła nie chodził). Ciągle palił papierosy sporty, jednego za drugim, ku utrapieniu swojej żony, bo poza sprawami zdrowotnymi, w ich domu śmierdziało zastarzałym dymem tytoniowym i żółkły firanki, chociaż popielniczka opróżniana była na okrągło. Czarne włosy (siwizna się go nie imała), zaczesane do góry, miał takie długie, że bez czapki opadały gęstą kaskadą w dół i zakrywały mu twarz aż po szyję. Pani woźna opowiadała kierowniczce, że rano Józek, po wstaniu z łóżka, najpierw zakłada czapkę, a zaraz potem zapala papierosa. Dopiero po jego wypaleniu, myje się i je śniadanie. Naturalnie: w czapce. Sam nie dałby rady sprzątać sześciu pomieszczeń szkolnych, więc zawsze towarzyszył mu syn Lucek, chociaż nastolatek, ale bardzo atletyczny, wyrośnięty i silny chłopak. Zanim przystąpili do sprzątanie szli na herbatę do kierownika Świtalskiego. Tam w kuchni, paląc jednego papierosa za drugim, pan Ostoja prezentował swój talent gawędziarski snując opowieści ze swojego życia.

      Pani Ostojowa pochodziła z miasta, lubiła to podkreślać, strojem i zachowaniem. Dbała bardzo o mieszczański wygląd mieszkania, wszędzie u niej leżały różne poduszeczki, firaneczki, makatki, serwetki i obrazki. A poza tym utrzymywała nieskazitelną czystość, dzięki swoim nadludzkim wprost wysiłkom. Jej mąż był pod tym względem raczej abnegatem, choć był dumny, że ma żonę „miastową”. Papierosy to była jego wielka namiętność  i nie wyobrażał sobie życia bez nich, mimo zakazów lekarzy i trudności z oddychaniem. Pewnego razu zabrakło mu pieniędzy na ulubione papierosy, sporty, najtańsze, ale i najbardziej smrodliwe, pewnie i szkodliwe, bo z najgorszego gatunku tytoniu robione, więc poprosił o pożyczkę małego Zbyszka Świtalskiego, który dumny, że pan Ostoja dopuścił go do konfidencji, wyskrobał ze swoich oszczędności składanych w nocnej szafce, pięć złotych z rybakiem, a później, mijały miesiące, stracił nadzieję, że pan woźny kiedykolwiek odda pożyczone pieniądze. A było to dla chłopca poświęcenie, bo każdą złotówkę, jaką dostał od rodziców na ulubione ciastka z Wiślicy, herbatniki oblewane czekoladą, przeznaczał na Szkolną Kasę Oszczędnościową i z dumą śledził, jak rośnie suma jego oszczędności na specjalnej kolorowej książeczce.

      Z powodu tej Kasy i pewnego zdarzenia, miał Zbyszek dylemat moralny i zastanawiał się, czy nie opowiedzieć wszystkiego młodszemu księdzu wikaremu na spowiedzi, bo matki się wstydził i ukrywał przed nią swój grzech. Do proboszcza nie chodził, u jego konfesjonału tłoczyli się wąsaci gospodarze w butach z cholewami i stare kobiety. Młodzi szli do wikarego. Grzech nie grzech, może tylko zapomnienie, roztargnienie… Stało się to podczas wizyty u nauczycielki, panny Zenobii, która wynajmowała kwaterę u chłopa na wsi. Pani Stanisława zabrała synka ze sobą, kiedy poszła odwiedzić swoją przyjaciółkę. Chałupa, w której mieszkała panna Zenobia, mocno zapadła już w ziemię ze starości. Stała ona pochylona, ukryta wśród drzew, na tyłach długiego sklepu Gminnej Spółdzielni, przed którym zawsze grupka kawalerów sączyła wino albo wódkę z musztardówek. Małe okienka pokoju, jak w zabawkowym domku dla lalek, znajdowały się na wysokości podwórka zarosłego pokrzywami i innym zielskiem, przez co Zbyszek w pierwszej chwili miał wrażenie, że zeszli do piwnicy. Ale trzeba przyznać, że panna Zenobia umiała zadbać o swoje przytulne gniazdko, które urządzeniem nie różniło się wcale od pokoju miejskiego, a Zbyszek miał porównanie, gdyż bywał z ojcem w Kielcach, w kamienicy u ciotki i widział jak tam ludzie kulturalnie mieszkają.

      W sublokatorskim pokoiku panny Zenobii widać było elegancję, na błyszczącej od pasty podłodze stały ładne mebelki, jaśniejące politurą, wszędzie narzuty, serwetki szydełkowe, haftowane poduszeczki, bibeloty, lale i misie, dywaniki, falbanki, bielutkie firanki i zasłony, pamiątkowe fotografie w rzeźbionych ramkach, a na ścianach piękne obrazy, no istne cacko, wypielęgnowane i wychuchane, a w kącie na kwietnikach, z wygiętymi nogami, kwiaty ozdobne. Obrazy nie były święte, jak to w chłopskich chałupach jest przyjęte, tylko reprodukcje malarstwa, głównie natury oraz jakieś wilki na śniegu, wyjące do księżyca zimą pod lasem, ale artystyczny krucyfiks drewniany, przypalany wisiał nad drzwiami, a nad łóżkiem, tuż nad poduszką przykrytą ciemnozieloną kapą ze srebrnymi i złotymi nitkami, widniała na ścianie wypukła miniatura, podobizna Matki Boskiej Częstochowskiej w owalnym obramowaniu, wykonana z białej masy perłowej.

Panie zajęły się rozmową, a Zbyszek z nudów przeglądał magazyny o modzie i katalogi domu wysyłkowego. W pewnej chwili zabłąkany promień słońca wpadł przez firankę i chłopiec zauważył, że na dywaniku, pod wysmukłą serwantką, w której pyszniła się porcelana, coś się błyszczy. Schylił się i podniósł monetę dwuzłotową. Już miał ją wręczyć pannie Zenobii, kiedy oczami wyobraźni ujrzał swoją różową kartę Szkolnej Kasy Oszczędnościowej, na której już od dawna nie odnotowano żadnej nowej wpłaty. Schował więc monetę do kieszeni, z myślą, że odda ją, kiedy będą z matką wychodzić, ale przypomniał sobie o niej dopiero wieczorem, po powrocie do domu i po kolacji, kiedy kładł się spać. Nazajutrz dwa złote wpłacił na SKO, żeby nie zaginęły, ale wyrzuty sumienia targały nim nadal, więc postanowił wyznać wszystko księdzu na spowiedzi. Ale w konfesjonale wikary Gurda zlekceważył jego grzech i zapytał, na co zbiera pieniądze? Zbyszek odpowiedział, zgodnie z prawdą, że na książki, bo do kolekcji brakuje mu pozycji ulubionego autora, Alfreda Szklarskiego, „Tomek na Dzikim Zachodzie”, ale wikary skrzywił się tylko z niesmakiem, bo myślał, że chłopak zbiera na rower albo kajak. W końcu rzeka Nida płynęła niedaleko, a ksiądz był nowoczesny i uwielbiał sport w każdej postaci. Nauczył się nawet gry w palanta, której nie znano w jego rodzinnym miasteczku, żeby wieczorami po nieszporach biegać z chłopcami pod kościelnym murem za piłką z kijem w dłoni.

      Państwo Ostojowie mieszkali w bardzo starym domu, zbudowanym z miejscowego kamienia, krytym strzechą, postawionym u podnóża góry, na której stały: kościół, plebania i szkoła. Dom składał się z trzech części, mieszkalnej, czyli kuchni i pokoju razem, które od części gospodarczej, czyli obory, oddzielała tylko wąska sień a na końcu jeszcze stodoła. Wszystko to w jednym, długim budynku. Utrzymać czystość w takim mieszkaniu, kiedy niemal za ścianą hoduje się krowę i świnie, jest bardzo trudno. W lecie domownikom dokuczały muchy, które wprost z obory dostawały się, przez raczej wąską sień (na szerokości rozwartych ramion dorosłego mężczyzny, dzielącą budynek na dwie połowy), do części mieszkalnej. Pierwszą linią obrony przed owadami była ciężka kotara, zawieszona w sieni. Zaś w samym mieszkaniu pani Ostojowa, rozwieszała u sufitu żółte lepy na muchy, które zwisały niczym serpentyny na balu sylwestrowym, a miały spełniać rolę zasieków, jak w linii Maginota, a które w dowolnej ilości można było zakupić w wiejskim sklepiku gieesu.

      Druga linia obrony, w postaci lepów, wisiała już w drzwiach obórki, w której pobekiwała łaciata Mućka i pochrumkiwały trzy raźne świnki, druga linia znajdowała się w sieni, natomiast w części mieszkalnej pułapki na muchy wisiały w kształt litery X, aby lokator łatwiej uniknął przypadkowego zetknięcia z łatwo przylegającą do włosów taśmą. Na każdym lepie, który kołysał się w powietrzu z powodu przeciągów oraz ciągłego brzęczenia skrzydełek uwięzionych, chcących się uwolnić owadów, męczyło się uwięzione czarne stado much różnej wielkości i kształtów oraz odcieni, od małych czarnych, po duże okazy, błyszczące złotem i fioletem. Wśród nich nierzadko przyplątywały się szlachetniejsze gatunki: osy i pszczoły. Wiele z nich było martwych od kilku tygodni, ale codziennie łapały się nowe, bucząc i wibrując skrzydełkami, podczas gdy ich łapki były uwięzione w słodkiej, lepkiej mazi, przypominającej kolorem i zapachem, miód pszczeli. Co dwa tygodnie gospodyni dokonywała wymiany lepów, wyrzucając stare cmentarzyska owadów do gnojowicy, rozlewającej się w kącie podwórza. Pomimo tylu starań, w domu nadal było pełno much, które rezydowały na stole, na ścianach, meblach i suficie.

      Mimo tak trudnych warunków, gospodyni starała się zachować czystość i elegancję w mieszkaniu. W oknie wisiały śnieżnobiałe firanki, na stole leżał obrus w niebieską kratę i pyszniły się cięte kwiaty w wysokim wazonie, a głośnik-kołchoźnik ozdobiony został szydełkową serwetką. Łóżka przykryte pomarańczowymi kapami, stojący zegar ze złotymi wskazówkami (podobne stały w pokojach niemal wszystkich chłopskich domów w Grodziskach) zawsze błyszczał świeżo przetartym szkłem i politurą. Składany parawan w kolorowe kwiaty, oddzielał część łazienkową, czyli umywalkę z dużą miednicą, od reszty pomieszczenia. Dom podzielony na część mieszkalną i chlew, nie był czymś rzadkim w Grodziskach, choć już w nowo budowanych domach obora stała oddzielnie, ale i tu zdarzało się, że stajnię i pomieszczenie dla zwierząt umieszczano na parterze, a część mieszkalną na piętrze.

      Pies pana Ostoi miał swoje legowisko w otworze wyciętym w deskach, prowadzących do stodoły, trzeciego elementu składowego domu. Było tam przewiewnie latem, a po uszczelnieniu, ciepło zimą. Zwierzak, wielki rudzielec, wydawał się bardzo groźny, nikogo nie dopuszczał do siebie, ciągle szczerzył zęby i warczał, a na noc pan Ostoja doczepiał łańcuch do długiego metalowego druta, biegnącego wzdłuż domu, aby odstraszył ewentualnego złodzieja. Niestety, wiernego psa ktoś otruł w nocy. Był to zresztą dość częsty przypadek w Grodziskach, że nieznany osobnik podsuwał psom zatrute jedzenie. Może to nie był złodziej, a jakiś złośliwy zboczeniec, który czerpał satysfakcję z cierpienia zwierząt? W końcu, co można było ukraść z domostwa państwa Ostojów? Nie zamykali nawet drzwi na kłódkę, kiedy gdzieś wychodzili, a domostwa bronił tylko przepiękny w swojej prostocie, zasuszony wianuszek ziół i kwiatuszków, zawieszony nad drzwiami, upleciony i poświęcony w kościele na święto Matki Boskiej Zielnej. W Grodziskach często ludzie idący w pole zamykali drzwi tylko na skobel, bo i tak sąsiedzi, gdzie mieszkali starsi ludzie, którzy już nie szli do żniwa, wszystko widzieli. Przecież złodziej nie łakomił by się na głośnik-kołchoźnik, czy budzik radziecki, który musiał leżeć na boku, bo inaczej nie chodził? Kilku gospodarzy, którym otruto psy, czuwało nocami, przy świeżo nabytych czworonogach, stróżach domostwa, aby złapać truciciela, ale on nigdy nie pojawiał się dwa razy w tym samym miejscu.       Złodzieje we wsi trafiali się rzadko, ale byli bardzo bezczelni. Kierownikowi szkoły, Świtalskiemu, ogołocili kiedyś nocą pasiekę, zabierając ramki z miodem i wynosząc w workach całe roje pszczół. To i tak było nic, wobec tego, co działo się przed wojną, kiedy to podobno grasowały  całe szajki złodziejskie.

Ostojowie, jako jedni z nielicznych we wsi, nie hodowali własnego konia, bo posiadali tak mały kawałek pola, że w podorywkach i w zwózce płodów pomagał im sąsiad, w zamian za pomoc przy żniwach ze strony ich starszego syna  Lucka, który już był po wojsku i szukał żony. W polu uprawiali głównie ziemniaki dla domu i rośliny na paszę dla świń i krowy zimą, bo w lecie łaciata wyprowadzana była na nieużytki, przez młodszego syna, Julka, który przyjeżdżał do swoich rodziców z miasta na wakacje. Budżet domowy ratowała pensja pani Ostojowej, jako sprzątaczki i woźnej szkolnej w jednej osobie, w miejscowej szkole podstawowej.

Zbyszek Świtalski przyjaźnił się z braćmi Ostojami od chwili przeprowadzki z rodzicami i zamieszkaniu we wsi Grodziska. Lucek był starszy od niego o pięć lat i miał opinię sympatycznego urwisa. I właśnie te jego kawały i różne zagrywki, po których była niemal codziennie wzywana do szkoły, spowodowały, że ciotka u której mieszkał, odesłała go na wieś do matki. Czarę goryczy przelała afera z chlebem. Otóż Lucek, wysłany po zakupy do piekarni, w drodze powrotnej, jeszcze na ulicy oskubał pieczywo dokumentnie ze smacznie przypieczonych skórek, które spożył, a do domu przyniósł tylko miąższ. Nie bał się nikogo i niczego, niestraszne mu było lanie paskiem na gołą skórę ani stanie w kącie i inne kary domowe, w rodzaju zakazu chodzenia do kina. Postępował wedle jakichś sobie tylko znanych, egoistycznych impulsów. Zarzucano mu, że jest nieodpowiedzialny.

      Rzeczywiście, był chętny do pomocy, zawsze w dobrym humorze i ciągle łasy na pochwały, pod wpływem których roztapiał się wręcz z wdzięczności i gotów był na niejedno poświęcenie. Nie cierpiał zaś, kiedy go krytykowano. Potrafił rzucić oryginalną, dosadną wiązką brzydkich słów zasłyszanych w mieście, wymieszaną z typowymi wiejskimi przekleństwami. Albo chował urazę w sobie i odgryzał się przy najbliższej sposobności. Nosiło go po wsi i okolicy, lubili go ludzie, miał mnóstwo znajomych i narzeczonych, bo otwarty był na ludzi, potrafił wypić i pogadać, pożartować. Jednak, ze względu na prośby matki, nie palił papierosów, zarówno on, jak i jego młodszy brat, Julek, który nadal mieszkał w mieście.

      Po skończeniu podstawówki, coś w Lucka wstąpiło, diabła miał za skórą, zaczął uciekać w świat. Właściwie, trudno jego wyczyny nazywać „ucieczką”, po prostu wsiadał w najbliższy pekaes i jechał, gdzie go oczy poniosą. Zatrudniał się przy pracach sezonowych, dorywczych, rozładunku węgla lub u jakiegoś sadownika przy zbieraniu owoców. Pewnego lata załapał się do flisaków i pan Ostoja jechał po niego aż na wybrzeże Bałtyku. Po jakimś czasie chłopakowi brakowało pieniędzy albo interesowała się nim milicja i pan Ostoja, choć słaby i chory, tłukł się pociągiem albo pekaesem po odbiór marnotrawnego syna. Matka urządzała w domu kąpiel i pranie zabrudzonego do niemożliwości ubrania.

W końcu pan Ostoja się ucieszył, kiedy potomka powołano do wojska. Wydawało się, że się ustatkował, bo przyjechał na urlop z nowym, złotym zegarkiem radzieckim na ręku, który dostał w nagrodę, za zajęcie pierwszego miejsca w biegu terenowym, w pełnym żołnierskim oporządzeniu. Jednak duma rodzicielska szybko się skończyła. Stary Ostoja liczył, że może pierworodny się wreszcie opamięta, ale wkrótce, niespodziewanie zwolniono go przedwcześnie ze służby. Powodem było, że nie potrafił wykonywać rozkazów, a z warty uciekał do miasta, gdzie pił wódkę z przygodnymi znajomymi. Za nic miał kary i areszty, chodził swoimi drogami, nie rozumiał, co to znaczy rozkaz i dyscyplina wojskowa. Bo też nie przymusem i nie rozkazem można było coś wskórać u Lucka, ale dobrym słowem i pochwałą. Robił się wtedy dziwnie miękki i gotów był nawet do wielkich wysiłków i poświęceń dla takiej osoby, która umiała mu trafić do przekonania za pomocą dobrego słowa, a czasem pochlebstw i czułych słówek.

      Zbyszek Świtalski przyjaźnił się z młodszym bratem Lucka – Julkiem, swoim rówieśnikiem. Przez całe wakacje łazili po nieużytkach dawnych kamieniołomów pasąc łaciatą Mućkę pana Ostoi. Wieczorami powtarzane, szeptane wieści mówiły, że można tam znaleźć skarby, złote monety w glinianym garnku, bo tak się kilka razy zdarzyło przed wojną. Julek był kinomanem i w mieście widział mnóstwo filmów, o których Zbyszek mógł tylko marzyć. Objazdowe kino, jakie dawało seanse w szkole i w remizie, miało bardzo ubogi repertuar, oparty głównie o kinematografię radziecką, w której pierwszeństwo miały filmy o Leninie. Tymczasem chłopcy uwielbiali westerny, a Julek bardzo lubił opowiadać koledze, miał to po swoim ojcu, treść filmów widzianych w mieście.

      Ostatnie lato na wsi, siedzieli w jednej z klas, w pustej szkole i grali w cymbergaja, za pomocą monet i grzebyków (grzebyk wraz z lusterkiem każdy szanujący się kawaler nosił w tylnej kieszeni spodni). Bramki wyryli scyzorykiem na pulpicie ławki. Gdzieś tam, za pelargoniami, za zakurzonymi szybami, przez które wdzierały się promienie słoneczne, kręcił się świat po swojemu, wybuchały wojny i przewroty, ludzie szykowali się do lądowania na księżycu, ale oni nic o tym nie wiedzieli, zatopieni w grze. Życie było przed nimi i rozpierała ich jakaś energia i wesołość młodości.  W końcu przerwali grę i  wyszli na słońce, które oślepiło ich w pierwszej chwili swoim blaskiem, żeby ruszyć na wieś, gdzie toczyło się życie..

 

Zdzisław Antolski

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko