Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
91

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



Oona brzmiało jak jęk rozkoszy

oonaUczucie zazdrości jest podłe, nie ma co do tego dwóch zdań. Ale czasem pisarz zazdrości innemu pisarzowi pomysłu (choć rzadko się do tego przyzna). No więc zazdroszczę Beigbederowi. Wpadł na pomysł rewelacyjny. Bo za taki uważam książkę o uczuciu Oony O’Neil i Jerrego Salingera, napisaną na podstawie listów, które były, ale których autor nigdy nie widział, nigdy ich nie czytał. Że były – wiadomo. Że ich od rodziny nie dostał, choć o to prosił – też. „Moja zadziwiająco spokojna reakcja była nieco nieszczera. Prawdę mówiąc, ulżyło mi, że nie będę miał dostępu do tej mitycznej korespondencji. Gdybym mógł przeczytać prawdziwe listy Jerry’ego nie byłbym w stanie ich wymyślić.”

Po kolei. Kim są bohaterowie tej powieści-nie-powieści? Oony O’Neil, córka najsłynniejszego chyba amerykańskiego dramaturga Eugene’a O’Neila, ma w roku 1940 zaledwie piętnaście lat. Jerry Salinger, sześć lat od niej starszy, jest chłopakiem, który usiłuje pisać, a niebawem wchłonie go wojna (bo niebawem zacznie się także dla Ameryki). Spotykają się wieczorem (nocą?) w nowojorskim klubie Stork, w którym Oona wraz z dwiema przyjaciółkami „robi” za gwiazdę przyciągającą ludzi bogatych, chcących się ogrzać w sławie innych, ale także bohemę artystyczną. Stor to najbardziej ekskluzywny klub w Nowym Jorku. Dawne czasy, gdy piętnastolatki były takim wabikiem (te dwie pozostałe – Gloria Vanderbilt i Carol Marcus – też miały czym przyciągać). Mamy jej zdjęcie, to które autor „Oony i Salingera” zobaczył w kafeterii w Hanover, w New Hampshire. Wygląda dużo poważniej. Może w ogóle wtedy dziewczyny wyglądały poważniej?

A Jerry? Do opublikowania „Buszującego w zbożu” minie jeszcze jedenaście lat. Książki, dziś określanej mianem kultowej – któż w moim pokoleniu jej nie czytał, któż nie identyfikował się z Holdenem? Ale to jeszcze przed nim. Wysoki chudzielec, chce pisać. I wie, że potrafi. Na razie jest raczej synem swego ojca, polskiego Żyda, sprzedawcy koszernego sera. Mieszka u rodziców.

Kto jeszcze? Z dziewczynami jest Truman Capote. Niezła menażeria, prawda?

No więc Jerry się zakochuje, a Onna go nie odrzuca. Gadają, romansują, całują się, trafiają nawet do łóżka, gdzie do niczego nie dochodzi („Jerry i Oona, choć czuli wzajemne pożądanie, byli kompletnie sparaliżowani seksualnie, bo nikt im nie wytłumaczył, jak się kochać ani jak pozbyć się tej strasznej blokady zakochanych.”). Są przez chwilę parą i jednocześnie nią nie są. Tak, on bardzo chce. A ona? Noooo, nie bardzo. Jest pełna kompleksów, niepewna, przytłumiona sławą ojca, który zostawił jej matkę, gdy miała dwa lata (ale utrzymuje z nią niezbyt częsty kontakt). I chyba nie szuka takiego faceta. „Jerry nigdy nie słyszał takiego imienia. Oona. Brzmiało jak jęk rozkoszy. Ooo… a potem krzyk wyzwolenia: aaa! I pomiędzy dwiema samogłoskami spółgłoska, która każe myśleć o księżycu: (m)oona. Imię było równie hipnotyzujące, jak osoba, która je nosiła: Jerry pomyślał, że mężczyźni mogą sobie pozwolić na upadek, jeśli istnieją takie kobiety, żeby ich pozbierać.”

Ta historia może by się i nadawała na powieść, ale… ale przecież banał goniłby w niej banał. Młodzieńcza ekscytacja, porywy serca, westchnienia, odrzucenie. Milion takich historii leży na księgarskich półkach. A może nie? Bo jednak oboje byli, nikt ich nie zmyślił. I przecież ta galeria postaci. Dwóch wielkich pisarzy: Salinger i O’Neil. Wszystko mało. Będzie też trzeci, nie, czwarty, bo przecież Capote już jest. Więc jeszcze Hemingway, którego Salinger spotka podczas wojny we Francji. No dobrze, nie warto przeciągać. Onna wychodzi za mąż za Charliego Chaplina. Dzieli ich trzydzieści sześć lat! Szokujące? „Nie rozumiem dlaczego niektórych szokują starsi panowie gustujący w młodych kobietach, choć to przecież para idealna, zachwalana przez Platona w Uczcie. Uważa się, że napaleni starcy lecą na jędrne cycki lub smukłe uda, podczas gdy w rzeczywistości najbardziej podnieca ich dobroć. […] Dobroć jest narkotykiem perwersyjnych dziadków. Obok nadziei na kształtowanie młodej kobiety.” Tworzą idealne stadło.

A Jerry? Jerry ma swoją traumę. Walki o las Hürtgen, masakra, nie zmruży oczu przez osiem dni i nocy, błoto, zimno, trupy dookoła. A potem wyzwolenie obozu koncentracyjnego Kaufering IV koło Dachau. I znów trupy, tym razem żywe. Nie wytrzymuje tego, trafia do szpitala psychiatrycznego. Kocha Oonę i jednocześnie nie potrafi jej wybaczyć związku z dekownikiem, za jakiego uważa Chaplina. Czymże zresztą dla Oony i Chaplina jest wojna?

Pisze listy. Nie, nie wiemy jakie były prawdziwe. Pisze je przecież pisarz, a bohaterowie jego książki nie żyją od wielu, wielu lat.

Pytanie, dlaczego Beigbeder napisał tę książkę? Tylko dlatego, że sam związał się z o wiele młodszą kobietą? Fascynowała go Oona? A może samotnik Salinger? Nie spotkał się z nim, zabrakło mu odwagi.

Jerry poślubił O’Neill. Inną O’Neill, Collen. Był od niej starszy o pięćdziesiąt lat. Przecież to idealny związek, zachwalany przez Platona w… Wciąż kochał tę pierwszą? Miał dziewięćdziesiąt jeden lat, gdy umierał. Może je mylił? Nie, nie, pisarz nie może dorabiać dalszego ciągu powieści kogo innego.


Frédéric Beigbeder – Oona i Salinger, przełożyła Anna Michalska, NOIR SUR BLANC, Warszawa 2016, str. 272.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko