Michał Piętniewicz – Bard. O Jacku Kaczmarskim

0
289

Michał Piętniewicz

Bard. O Jacku Kaczmarskim.

jacek kaczmarski espFilm o Jacku Kaczmarskim, “Bard”, prezentuje człowieka złożonego, skomplikowanego. Genialny artysta dojrzewał w domu dziadków, tam nauczył się wszystkiego. Później już tylko udawał, że się uczy, studiuje, w rzeczywistości pisał, grał, śpiewał i pił. Życie? Bardzo trudne. Ciągłe koncerty, ale i dużo powodów do kojenia własnego ego. Kobiety? Miał ich kilka w życiu (nie licząc wielu, przygodnych romansów). U końcu drogi znalazł “prawdziwą” miłość. Czy był szczęśliwy? Był bardzo nieszczęśliwy, jak patrzę na niego, na ten film. Fasadę miał spójną. Pogoda, jasność, harmonia, rozsądek. Może przez tę fasadę jego teksty był tak spójne, zdyscyplinowane, jakby nie dopuszczał do głosu rozpaczy i ciemności w sposób całkowity, zawsze się kontrolował, a kontrolować było przecież się trudno, skoro zewsząd bezbrzeżny smutek, zwłaszcza po 1989 roku, zmiana czasów, zmiana warty (niekorzystna), zmiana wrażliwości, mdłości.


Mdła zmiana wrażliwości, mdła wrażliwość. Jak w takich czasach mógł odnaleźć się Jacek Kaczmarski? Nie odnalazł się zupełnie moim zdaniem, albo odnalazł się tak, jak mu to czasy i system umożliwiły. Przecież tamte czasy, przed 1989 rokiem, nie były “lepsze”, ale z filmu wynika, że były bez wątpienia żywsze, ludziom na czymś istotnie zależało, sztuka nie była mdła, a władza, przeciwko której śpiewano piosenki, pozwalała je śpiewać. Oczywiście, system był zbrodniczy, to jedna strona medalu, druga jest taka, że ludzie śpiewali razem bohaterskie pieśni i hymny pokolenia, im zależało.


Komu jeszcze zależy? Kaczmarskiemu zależało do końca na pieśni, do końca śpiewał i grał, do końca tworzył, dając dowód, jak wielkim był artystą i jest nadal i będzie. A jego trzecia żona, Ewa, nakłaniała go usilnie, aby w Australii został taksówkarzem. Tam, w Australii, kiedy w latach 90 tych przeprowadził się, był na bezrobociu, całkiem niezłe dostawał pieniądze z tego bezrobocia, musiał stawić się raz na pół roku w urzędzie pracy, dodatkowo dorabiał sobie koncertami w Polsce, dopóki nie usłyszał strasznego wyroku  o raku krtani. Ten rak, ten rak, to w istocie była depresja jego życia. Pomyślmy, życia, którego tak naprawdę nikt nie docenił. Na pewno nie materialnie. Co z tego, że był bardem? Był dalej biednym bardem, jego pieśni żyły a on sam ledwo ciągnął. Społeczeństwo, polskie społeczeństwo, było dla swojego barda niezwykle okrutne, nie dało mu kolejnej szansy.


W filmie brakuje mi odniesienia do programów “Sarmatia”, genialnego programu dodam, do programu “Wojna postu z karnawałem”, również bardzo dobrego, do tej twórczości, która powstawała wspólnie z Przemysławem Gintrowskim oraz Zdzisławem Łapińskim.
To istotny brak. 
Oprócz tego bardzo ten film przeżyłem. Zwłaszcza schyłek życia Kaczmarskiego, jego wegetację w Australii. Bo tak to trzeba nazwać. Nic tam nie miał. Do Polski przyjeżdżał raz na jakiś czas i dawał koncerty, ale to nie było to, co kiedyś. XXI wiek zjadł wszystko, co dobre i wartościowe w kulturze duchowej. XX wiek dał wielkie osiągnięcia, wielkie nazwiska. XXI wiek to wiek klęski, wiek schyłku, wiek, w którym moim zdaniem nastąpi ostateczne tąpnięcie świata i Apokalipsa. 


Bo Kaczmarski już nie miał w zasadzie do czego się odnosić. W swoich późniejszych tekstach powracał do Okudżawy na przykład albo do wieszczów, jak do Słowackiego, śpiewał również o Dylanie. Wybrał klasykę, trudny był byt poety, w zasadzie najtrudniejszy, trudniejszy zapewne aniżeli taksówkarza, który nie musi myśleć o tego rodzaju sprawach, najważniejszych, nie bójmy się tego powiedzieć, a Kaczmarski należał do tego rodzaju ludzi, którzy po prostu nie potrafią przestać myśleć, rozważać, tworzyć, on nie mógł być taksówkarzem w sensie organicznym, czy Pani, Pani Ewo, mnie rozumie, czy mam Pani to dalej tłumaczyć?


Kaczmarski był niewinny i de facto zjadły go o wiele mniej lotne od niego kobiety, prócz jednej, moim zdaniem, prawdziwej miłości, takiej najprawdziwszej, bo na okamgnienie, kobiety, którą poznał już u samego schyłku, kobiety, która była jego spokojem. 


Musiał zmagać się z życiem przez cały czas. Nie potrafił żyć bez miłości, bez kobiet i bez alkoholu. 
Musiał pić, pisać, kochać. To wypełniało mu cały czas, który dzielił między kartkę do pisania, gitarę a butelkę. W filmie jest pokazane, jak zaczynał pić od rana. Tak schodziło mu życie, kiedy pracował w Rozgłośni Radia Wolna Europa, żeby utrzymać siebie, może po części rodzinę, a to wszystko sprawiało, że musiał odreagować, a zatem pił, pił i śpiewał “Encore”, jedną z lepszych jego piosenek. 


W jego dorobku nie ma złych tekstów, złych piosenek, piosenek pomyłek. Co innego chyba jego powieści, chociaż przyznam się bez bicia, że nie czytałem. Nie czytałem, ale nie dowierzam. Kaczmarski miał temperament ściśle poetycki, wybitnie poetycki, a zatem niecierpliwy. Do fabuł i mozolnych, misternych, powieściowych konstrukcji, trzeba mieć cierpliwość, nawet, jak ma się wiele do powiedzenia o życiu i świecie, swoje się przeżyło, swoje się widziało, swoje się przecierpiało. Ale to nie wystarczy. Warsztat poety, który Kaczmarski posiadał w stopniu wybitnym, bo był niezwykle sprawnym rzemieślnikiem słowa, jednak mógł w powieści okazać się niepotrzebny i niekonieczny, trochę ślamazarny, jakby wbrew temu, kim był, a był poetą, pieśniarzem, bardem, któremu do życia najbardziej było potrzebne jedno: adrenalina. Kiedy tej brakło, musiał odejść z tego świata. W niebie pewnie ryczą razem z Wysockim do wtóru anielskim chórom. 


Widziałem, kiedy po koncercie, w busie, brał butlę w kolorowym papierze i pił, połykał, potem butlę odkładał i próbował zasnąć. Na koncertach dawał z siebie wszystko, lały się z niego siódme poty (swoją drogę do końca mógł zachować kondycję, gdyby nie rak i depresja spowodowana nie taką chyba Polską, jaką sobie wymarzył). Jest taka migawka w filmie, kiedy Kaczmar wali w te struny gitary, napina każdy mięsień, jak tylko może, jak tylko potrafi, ale widać, że już nie może, że litościwie patrzy na Łapińskiego, jakby wołał o pomoc, “Zbyszek, kurwa ratuj, ja już nie mogę”, tak sobie to wyobrażam, ten wewnętrzny ryk Kaczmara. A potem wali się na kanapę półprzytomny, w jakimś mieszkaniu, pewnie przypadkowym, wali się na kanapę i pozornie pewnie tylko odpoczywa, albo i nie, albo i nie, kiedy łeb wypełniony wódką, zaczyna zalewać ciemność. 


A potem? Jakieś uspokojenie. Pozorne rzecz jasna. Spokojny to on był za lat Solidarności, prawdziwie spokojny. Ale w tym późniejszym jego uspokojeniu wyczuwałem jakiś fałsz, nie był to spokój człowieka spełnionego, ale człowieka, przepraszam, nie powinienem tak tego nazywać, człowieka przegranego. Który przegrał walkę o wolność Polski. Jak mówiłem, ta Polska, którą zastał, po prostu, brutalnie powiem, kopnęła go w dupę. Czemu? Bo był wybitnie inteligentny, o wiele bardziej od tych bałwanów, którzy robili z nim wywiady i jak najszybciej je kończyli, bo się bali być zjedzeni przez kogoś, kto naprawdę ma coś do powiedzenia. Widziałem ten jego “spokój”, te jego zgrabne frazy, przemyślane wypowiedzi i tak dalej, niby to samo, a co innego. Oczywiście, że co innego! To już było umieranie mentalne, duchowe. Śmierć fizyczna była jedynie dopełnieniem tego umierania duchowego. Jak mówiłem, jeszcze miał swoje chwile, później, w “wolnej” Polsce, ale potem? Potem już zaczynała następować ta zastraszająca degrengolada wartości duchowych, religijnych i humanistycznych, której Kaczmarski po prostu psychicznie nie wytrzymał. 


Był (i jest), jednym z najważniejszych poetów XX wieku i początku XXI wieku. Jego twórczość zawiera to, co jest najważniejsze i konstytutywne dla kultury europejskiej, której najważniejszym, najistotniejszym fundamentem jest chrześcijaństwo. A przecież Kaczmarski był jak najbardziej wierny chrześcijaństwu, w swoich pieśniach nieustająco poszukiwał Boga, nawet kiedy wadził się z Nim w samotności, nawet, kiedy z pustej butelki wyglądało diabelskie oczko i zachęcało: jeszcze, jeszcze, bądź nienasycony. Ale to nie zmysły, nie ciało, nawet nie to, że mógł nie praktykować regularnie, albo wcale, ale ta jego niezwykła wrażliwość poetycka, która była na wskroś chrześcijańska, uczyniła jego twórczość otwartą na transcendencję, metafizykę, Boga. Twórczość, która nigdy nie wyrzekła się tego, co najtrudniejsze. A co jest najtrudniejsze w życiu tak genialnego artysty, jakim był Kaczmarskim? Oczywiście jedno. Wierność samemu sobie, czyli w tym wypadku swojemu powołaniu. Na przekór tym wszystkim, którzy chcieli uczynić z niego kogoś, kim się im wydawał, czy to barda rewolucji, przewodnika zbuntowanych mas, czy potem, kiedy się nieco wycofał i stał się po prostu poetą lirycznym, taksówkarza. 


A Kaczmarski od początku do końca, powiem to, choć trąci to banałem, był po prostu poetą, poetą niebanalnym i nie ksobnym, bo otwartym na kulturę, malarstwo, literaturę, historię, poetą, który czerpał ze skarbca kultury europejskiej, po prostu, poetą erudytą, uczonym poetą. A przy tym niezwykle wrażliwym na słowo, niezmiernie wręcz emocjonalnym, żywo reagującym na historię i zjawiska społeczne, ale to, co robił, co śpiewał, co grał, było poezją i choć kojarzyć Kaczmarskiego będziemy głównie z jego pieśni, to przecież, gdyby dalej żył, gdyby dał sobie wyciąć kawałek gardła, czego nie pozwolił sobie uczynić, pewnie by dalej pisał, czytał, tworzył, na nieco zmienionych warunkach, ale najważniejsze w nim było jedno, co nie zmieniało się przez wszystkie czasy: poezja. 


Jej istota pozostawała w swojej głębokiej wrażliwości niezmienna, zmieniały się okoliczności czasoprzestrzenne, na które poeta reagował, modyfikując nieco aktualia swojej wrażliwości, ale był przez całe życie Kaczmarskim, poetą reagującym na świat, a przy tym głęboko uwrażliwionym na sferę duchową i wewnętrzną, modlitewną, czemu niejeden raz dawał wyraz w swoich pieśniach.


Poetą prawdziwym, któremu nieobce było skomplikowane rzemiosło poetyckie i jego tajniki. Poetą, jak to się mówi, “z jajami”, który śpiewał swoim głębokim “ja” lirycznym, poetą niezwykle ekspresyjnym i natchnionym, który porywał ze sobą tłumy, poetą, którego pieśni się nie zapomina, poetą, o którym pamięć będzie trwać na wieki. 


Pieśni Kaczmarskiego, mam wrażenie, nie zestarzeją się nigdy. Słuchałem ich od bardzo wczesnego dzieciństwa i znam już je na dziesiątą stronę, potrafię cytować Kaczmara całymi fragmentami, całymi piosenkami, wyrwany ze snu o dowolnej porze nocy, jestem bowiem Kaczmarem przesiąknięty i nasiąknięty jak gąbka, wrósł się on we mnie, razem z jego pozornie  prostą melodią, melodią, która dodam, chwytała za gardło. 


Nie potrafię milczeć, kiedy widzę, że krzywda dzieje się ludziom wrażliwym. A Jackowi Kaczmarskiemu krzywda działa się, oj, działa, może już od samego początku? Może artyści muszą cierpieć już od zarania, artyści prawdziwi, których wybór ścieżki życiowej nie jest żadnym wyborem, bo to za nich niejako podjęto wybór, zrobiła to Opatrzność, całując ich nadmiernie w czoło, obdarzając nadmierną inteligencją i talentem, nie tacy, na pewno nie pójdą na zmarnowanie… Ale życie takich ludzi będzie wyglądało na zmarnowane w oczach tego świata i tej Polski, do której Kaczmarski już nie należał i należeć nie mógł z racji swojej utrwalonej już konstytucji wewnętrznej. Polski, w którym myślenie z duchowego i aksjologicznego przestawiło tory na myślenie ściśle merkantylne, pseudo ekonomiczne i pseudo rynkowe, “gdzie szybki efekt myśl połyka”, to już nie te czasy i nie ta Polska, którą Kaczmar się rozczarował bardzo. Nie te czasy i nie ta Polska, która będąc pod reżimem komunistycznym, wypuszczała na wolność diamenty. Dzisiaj, i Kaczmarski to bardzo dobrze widział (nie tylko on zresztą), diamenty są gaszone, lżone, ciemiężone, ponieważ zasobami kulturalnymi naszego kraju już od dłuższego czasu, rządzą chamy, ćwoki i ciemniaki.


Ciemniaki, o których gustach estetycznych wolałbym nie rozmawiać, ponieważ podobno o owych się nie dyskutuje.
Ale się ze mnie ciemności wylało… Cóż, kiedy, nawet przy dobrych intencjach, nawet najlepszych, zajmując się kulturą, można z przeproszeniem, zdechnąć, a to podobno kultura stanowi o ciągłości życia narodu, podobno…


Rząd nad kulturą przejęły masy, spełniła się przepowiednia z Witkacego. “A śpiewak zawsze był sam”. I będzie. Sam na przeciw światu? Taki był Jacek Kaczmarski. Sam na przeciw tłumowi. Sam na przeciw Polsce, o którą walczył, jak się później okazało, nadaremnie. 


Sam do końca. Kto o nim dzisiaj zaśpiewa pieśń, która mnie porwie za gardło i sprawi, że zacznę płakać? Tak jak po jego śmierci, po której zacząłem błądzić i błądzę do dzisiaj, daremnie szukając odpowiedniego słowa, szukając “treści, treści, treści”. Szukając Boga.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko