Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
182

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



Życie na ulicy
 

ulica-mnie-wola-zyciorysy-z-limyLima, trzecie co do wielkości miasto Ameryki Południowej (po Buenos Aires i Bogocie – ale to chyba pomyłka autorki, znacznie większe od wymienionych jest Sao Paulo, a stolica Peru jest na drugim miejscu). Ponad osiem milionów mieszkańców. Moloch, w którym są obszary niewyobrażalnej nędzy, ale i takie, głównie dla turystów, w których bogactwo aż kłuje w oczy. Z tych pierwszych tysiące ludzi nigdy nie wychodzi, nawet nie zna tych drugich. Bo po co?

„Ulica mnie woła” to książka o biedakach, degeneratach, narkomanach, ludziach bez adresu, bez dokumentów, w zasadzie bez szans na odbicie się od dna. To co wciska Europejczyka czytającego taki reportaż w fotel, to postawa tych ludzi. Wielu z nich ani nie uważa swego losu za zły, ani się nim nie przejmuje. Żyją z dnia na dzień, mając kilkanaście lat zakładają rodziny, coś zdobędą do jedzenia, gdzieś się prześpią. Są organizacje, ludzie, którzy próbują im pomóc, „wyprostować” ich życie. Czasami, raczej rzadko, się to udaje. Częściej wracają na ulicę, „do swoich”.

Szady znalazła dobrą metodę na opowiedzenie o Limie. Słucha i notuje. Chodzi z tymi ludźmi, zapisuje ich doświadczenia, pyta o marzenia. Nie ocenia. Nie ona. Oni tak. Ale to nie zapis rozmów, to raczej zestaw pojęć: kłamstwo, kradzież, wdzięczność, HonKon, tożsamość, praca. Dziesiątki innych.

„Marcos całymi dniami pije. Pił mniej, kiedy pracował. Był kierowcą, ale nie odnowił na czas prawa jazdy, a teraz nie ma na to pieniędzy. Wychodzi z domu bez słowa i znika. Chłopcy nie wiedzą, gdzie się podziewa i kiedy wróci. Wiedzą tylko, że pije. Nie mogą na niego liczyć.” Ktoś mógłby powiedzieć że w Polsce też są pijacy, że nie utrzymują swoich dzieci. Oczywiście, są. Ale to inna skala i inne problemy. W centrum miasta możesz wynająć jakąś klitkę. Za grosze. Wszyscy dookoła kradną, wszyscy biorą narkotyki, prostytucja jest czymś powszednim. W jednym pokoju po kilka, kilkanaście osób. Łóżko, na którym śpi pięć osób. Reszta? Gdzie się da. Każdy centymetr podłogi zagospodarowany. A jak cię nie stać na taką klitkę – śpisz na ulicy.

W 2012 roku w Peru powstało Ministerstwo Kobiet i Ludzi w Potrzebie. Pomaga głównie dzieciom. W ciągu roku „udało się wydrzeć ulicy cztery tysiące sześćset dzieci”. Sporo. Tylko… tylko, że na ulicy jest ich milion sześćset tysięcy. Kto i jak może im pomóc? Bez szans. Nie ma takiej organizacji ani państwa, które dałoby sobie z tym radę. Więc załamać ręce, nic nie robić? No przecież nie.

Terokal, klej, narkotyk. Wąchają. Mają swoje chwile szczęścia albo zapomnienia, niepamięci. Mogą nie jeść, ale terokal jest „odtrutką” na ich życie. Grają w autobusach, sprzedają jakieś drobiazgi, żebrzą. Odchodzą z domu, gdzie było źle. Ulica daje im wolność i równe prawa z takimi jak oni. Państwo jest gdzieś obok, nie ma szans na ingerencję w ich życie. No chyba, że policja cię zatrzyma. I wszyscy wiedzą kim jesteś. „To jest tak, jakbyśmy mieli jakiś znak na twarzy. Jakbyśmy mieli wypisane na czole, że jesteśmy z ulicy. Naprawdę. Nawet jak byłam dobrze ubrana, to rozpoznawali mnie po zachowaniu, sposobie chodzenia, po tym, jak mówiłam i jak się bawiłam. Zawsze dziwnie na nas patrzą, jakbyśmy byli podludźmi.”

Szkoła? Nie, raczej nie. Nie jest do niczego potrzebna. Tak, muszą umieć liczyć. Zwłaszcza pieniądze. Więc szybko z niej rezygnują. Czasami ktoś trafi do takiej szkoły prowadzonej przez fundację – z rygorem, obowiązkami. Niewielu zostaje na dłuższy czas. Nie szukają usprawiedliwień, starają się przetrwać w swoim świecie. Przetrwaniem jest praca. Jeśli jest ich troje, pracuje jedno. Inni trwają. Mobilizują się, gdy pracy nie ma nikt. Mają długi, pożyczają. Trzeba oddać.

„– Jesteś katoliczką? – pytam.

– Nie.

– Ateistką?

– Nie.

– To kim?

– Nikim.”

Santusa miała piętnaście lat, gdy urodziła pierwsze dziecko. Nie pamięta ojca dziecka, w każdym razie niewiele o nim wie. Potem urodziła kolejne. I wiek i brak ojca to żaden ewenement, raczej prawidłowość. I to jej „nikim” ma jakiś inny wymiar. Przecież mogłoby jej nie być. Gdyby zniknęła z dnia na dzień, pewnie nikt by tego nie zauważył. W każdym razie po tygodniu nikt by się jej losem nie zainteresował.

Lima to moloch, gigantyczne miasto. Zaśmiecone, brudne, chaotyczne, piękne, rozedrgane. Nędza i bogactwo. Dzieci na ulicach, którymi nikt się nimi nie przejmuje. Przemoc. Półtora miliona ludzi bez dostępu do wody pitnej. Dom z kanalizacja albo bez niej. Albo San Isidoro, gdzie metr ziemi kosztuje dziesięć tysięcy, a najmniejsze mieszkanie dwa miliony dolarów. Każdy ma w nim swoje miejsce. Niektórzy wyjeżdżają, nienawidzą go. Ale wracają. Niekiedy na ulicę. Pewnie dlatego, że są u siebie.

 

Beata Szady – Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, str. 171.

 ———-

 

Ucieczka przed nudą? Zapaść się w nastrój, popłynąć…


droga na wyspeRzadko kiedy, ale zdarzają się książki, w których to nie ich treść a klimat, nastrój, stworzone przez autora, są najważniejsze. W przypadku książki Bieżyna tak właśnie jest.

„Sachalin”, najdziwniejsza z książek autora „:Trzech sióstr”. Jak twierdzi Bieżyn „nie jest ona dla Czechowa książką, lecz czynem.” Czynem? Jak to zrozumieć, jak dotrzeć do duszy, rosyjskiej duszy wybitnego pisarza? Czy to w ogóle możliwe? Czego tam, w najdalszym skrawku Imperium, szukał? Miał trzydzieści lat, czternaście jeszcze przed nim. Był sławny, zarabiał, cała rodzina była od niego uzależniona. Za swoje lekarskie, zaniedbywane usługi nie brał ani kopiejki. Niczego nie musiał. A jednak pojechał. Tam, gdzie nie było dróg, poczty, hoteli, gdzie raczej statek, prom niż konie. W miastach, gdzie nuda i ludzie umarli za życia. Trochę jak on. On sam. Pojechał.

Danił Andriejew uznał go za świętego, Ignatij Potapienko upiera się, że świętym nie był. Bo pisarz nie może być świętym. Był i nie był?

Chciał jechać. Umarł brat. Brat artysta. Malarz. Trochę hulaka. Zaczynał obrazy, nie kończył. Wstrząs. Musiał jechać. Musiał? Nie wiedział dokąd. Musiał. Chorował na gruźlicę. Nawet dziś to nie jest choroba, z którą warto ryzykować. Mordercza podróż. Więc chyba musiał.

Bieżyn chciał jak Czechow. Jechać i zrozumieć. Czechow siebie, Bieżyn Czechowa. Był zmęczony. Wziął na siebie zbyt dużo. Za wcześnie. Wszyscy, ojciec, matka, rodzeństwo, byli jacyś mało udani. Nie, to złe określenie. Wszyscy patrzyli w jego stronę, wiedzieli kim jest. Anton da radę, wymyśli. Kto jak nie on?

Jako chłopiec na jaskółce w prowincjonalnym teatrze. Zimą okutany w ciepły paltot. Dociśnięty przez tłum do barierki, spocony, wpatrzony w scenę. To tam, w Taganrogu, dojrzał. Został sam, wszyscy uciekli do Moskwy. Iwan jako ostatni. Brat. Nie wytrzymał. Zostawił, uciekł. Pisali listy: przyślij to i to. Na Boga, przyślij…

Pojechał i on. Wynajął dom od kupca Korniejewa. Odpowiedni. Niczego nie był pewien: „jak na medyka za mało dbam o pieniądze, jak na pisarza mam za mało pasji, czyli talentu.” Może trzeba być wielkim pisarzem aby tak o sobie napisać?

„Czechow zmęczył się tym wszystkim, co każdego dnia miał blisko siebie, tuż obok, wyciągnął po to rękę, wziął, potrzymał i odstawił na miejsce, jakby to był jakiś bibelot. Zmęczył się tym, co składało się na pewien rutynowy krąg jego życia: biurko w gabinecie w domu Korniejewa, Redakcja, teatry, restauracje, jest nawet gotów podać w wątpliwość wartość wszystkiego, co kiedykolwiek stworzył – stworzył w Moskwie.”

Miał dość. Kochał, ale miał dość. Rodziny, przyjaciół, rytuału, kobiet. A może samego pisania? Tego Bieżin nie napisał. Ale tak czuję, tego też mógł nie chcieć.

Czytał notatki z prawa brata i uświadomił sobie, że cała uwaga koncentruje się na przestępcy do wyroku. Potem już nic. Kurtyna opada. Ktoś był i go nie ma. Chciał zobaczyć, opisać. Pewnie poczuć chłód i niedostatek. A może wejść w rolę. Nie. Nie, nie. Nie tak. Był świetnym dramaturgiem. A i opowiadania pisał znakomite. Nie musiał. Chciał. Czuł, że musi. Dał bratu pieniądze na wyposażenie. Ten się w najdroższym sklepie zachwycił kufrem. Bo elegancki. I butami. Też eleganckie. Piły w stopy. I jak ten kufer załadować? Wszystko nie tak. Ale przecież nie powiedział nawet słowa. Podziękował. Ruszył 21 kwietnia.

„Chciałbym napisać – to z listu do Suworina – jakieś 100-200 stron i w ten sposób choć trochę spłacić medycynie swój dług, bo – jak Panu wiadomo – w stosunku do niej jestem świnia.” Nie, nie będzie o tym rozmawiał. Jest lekarzem. Jest współczującym. Medycyna to dla niego obowiązek. Więc opisać. A jeśli opisać, to dać nadzieję? Zastanawiam się kto wówczas tak myślał, ilu było mu podobnych. Tołstoj na pewno. No tak, byli inni, leczyli, obmywali rany, darowali życie. Ale na Sachalin? Dlaczego? „Jadę całkowicie przekonany, że moja wyprawa nie wniesie nic cennego do literatury ani do nauki: na to brak mi czasu, wiedzy i aspiracji.” Można się pogubić. Po co więc jechał? Mógł pojechać do ciepłych krajów. I dla literatury i dla jego zdrowia pewnie byłoby lepiej. Ale pojechał tam. Tłukł się wozem. Marzł, siedział w jakimś paskudnym pokoju hotelowym. Nie miał do kogo gęby otworzyć. Czuł, że musi. Bo kto, jak nie on? Medycyna trochę zastąpiła mu religię. A może nie, może ją uzupełniła, wypełniła inną treścią, dodała odwagi?

Bieżyn podążył śladami autora „Mewy”. Miasta, wsie, woda. Dotykał miejsc, w których Czechow spędzał, godziny i dni, chodził tymi samymi ulicami. Czasami to ten sam świat. Ludzie jakby z tamtej epoki. Czas inaczej przesuwa wskazówki zegara. Nuda. A cóż w tej podróży może zachwycać? „Korzystał z tej maski często, nie chcąc obarczać innych swoimi nastrojami.”

Nastrój. Książkę tworzy nastrój. „W Tobolsku Czechow nie był… a może jednak był? Albo nie tyle był, ile w pewien sposób zaznaczył swoją tam obecność? Zaznaczył ją właśnie książką o Sachalinie?”

Rzucił się Czechow w tę podróż jak w ratunek. A Bieżyn sto lat później. Sowiety kończyły swój żywot. Zakleszczony, trwały, wydawało się na wieki. Nie spotkali się. A może spotkali?

Kocham takie książki.

 

Leonid Bieżyn – Anton Czechow. Droga na wyspę katorżników, przełożyła Renata Lis, Sic!, Warszawa 2016, str. 283.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko