Aleksander Nawrocki rozmawiał z Piotrem Kasjasem

0
66

POEZJA dzisiaj nr 117

 

 

Z Piotrem Kasjasem, poetą i prezesem Organizacji Polonijnej na Rzecz Rozwoju Kultury Polskiej w Birmingham Głos Polskiej Kultury, rozmawia Aleksander Nawrocki


kasjasJesteś prezesem Głosu Polskiej Kultury w Wielkiej Brytanii. Co możesz powiedzieć o działalności tej organizacji?

            Bycie prezesem organizacji polonijnej, to bycie siewcą kultury, co nie jest łatwą misją. Przede wszystkim trzeba mieć motywację do działania i pozyskiwania funduszy na realizację pomysłów, których mam mnóstwo. Osoby, które zakładają organizację, najczęściej pełne są pomysłów i zapału, ale po pewnym czasie okazuje się, że organizacja nie jest prostym sposobem otrzymywania pieniędzy na różne wspaniałe projekty. Najczęściej dość szybko się rozczarowują, bo okazuje się, że pozyskiwanie środków nie jest wcale takie proste, a do tego dochodzi cały szereg obowiązków związanych z rozliczaniem funduszy i funkcjonowaniem samej organizacji. Ja ten etap niepewności i upadków mam już za sobą. Doświadczenie przychodzi z czasem. Dzisiaj już wiem, do których drzwi należy pukać.

            Jesteśmy organizacją pozarządową o charakterze non-profit, zajmującą się promowaniem i rozwojem  kultury polskiej na terenie Wielkiej Brytanii oraz poza jej granicami. Jednym z naszych celów jest uświadomienie społeczeństwu potrzeby istnienia organizacji i sensu inwestowania w rozwój kultury polonijnej – potrzebę zachowania dziedzictwa narodowego. Szczególny nacisk kładziemy na edukację dzieci i młodzieży, którym uświadamiamy między innymi, że Conrad to Polak, że mieszkał w Anglii Polański, Topolski oraz to, że Chopin swój ostatni koncert zagrał na Picadilly w Londynie. Jest to oczywiście żmudny i długofalowy projekt, nastawiony na poprawę jakości życia społecznego na obczyźnie oraz umocnienia tożsamości kulturowej poprzez  realizację pomysłów w postaci szeregu wydarzeń artystyczno-kulturalnych, takich jak: imprezy poetycko-literackie, muzyczne, wystawy sztuki, koncerty młodych talentów, przedstawienia teatralne czy warsztaty literackie.

 

Jak to jest być polskim poetą na emigracji?

            Bycie polskim twórcą słowa, czyli bycie tym „szczególnym” Polakiem poza Polską to wyzwanie wyjątkowe. Na emigracji zawsze się funkcjonuje na warunkach mniejszości, czyli praktycznie o wszystko trzeba mocno i stanowczo zabiegać i walczyć. Przede wszystkim trzeba pamiętać o jednym, że przebywający na emigracji poeta czy pisarz musi być odpowiedzialny za słowo, bo bezsprzecznie dokłada się on do rozwoju polskiej literatury, języka i polskiej kultury – do szerzenia polskiej tożsamości, często na skalę światową. Znaczy to, że nasza twórczość emigracyjna jest  Polsce potrzebna, więc i dla niej piszemy.

 

Co możesz powiedzieć o życiu literackim w Wielkiej Brytanii?

            Polskie życie literackie w Wielkiej Brytanii praktycznie nie istnieje, owszem wydaje się polskie książki, organizuje wieczorki literackie, ale jest to wciąż niszowa sprawa skierowana do bardzo wąskiego grona, które z zasady jest stałe, i z zasady tylko po polsku. I mimo usilnych starań osób takich jak ja, Polacy mieszkający na Wyspach nie są zainteresowani kulturą, bo nie po to tu przyjechali, aby w ich mniemaniu, słuchać paplania o prozie czy poezji. I to mnie przeraża, że na moich oczach rośnie społeczeństwo troglodytów. Inaczej ma się sprawa w brytyjskim świecie literatury. Nie ma tygodnia, aby nie było organizowane jakieś spotkanie czy wydarzenie literackie. Bardzo często można spotkać się z takimi imprezami, które mają miejsce w bibliotekach, pubach czy też różnego rodzaju klubach środowiskowych. I proste są też reguły, które rządzą tym rynkiem. W Wielkiej Brytanii np. wiersze ukazują się w masowej prasie, bo regułą jest  tekst, a nie nazwisko autora, czy też przysłowiowe kumoterstwo. Zresztą sam system edukacji w UK odgrywa wielką rolę. W programach angielskich uniwersytetów są kursy twórczego pisania, tutejsi wykładowcy oraz redaktorzy pism literackich mają poczucie, że są znaczącym łącznikiem pomiędzy twórcą a czytelnikiem.

 

Czy Anglicy interesują się polską literaturą?

            Polska literatura, a w szczególności emigracyjna, tłumaczona na język angielski jest niewątpliwie uznanym i trwałym składnikiem kultury narodowej, ale też trzeba powiedzieć, że po roku 1989, czyli stosunkowo krótkim okresie wzmożonego nią zainteresowania, stała się ona w większości obiektem badań naukowych, niż interesującą pozycją anglojęzycznych czytelników. Udział polskich autorów w rynku brytyjskim jest znikomy. Tłumaczone książki stanowią mały procent zainteresowania brytyjskiego rynku wydawniczego, chociaż ich liczba szybko rośnie. Kiedyś literatura polska miała większe znaczenie. Polska z całą swoją społecznością była miarą czasu i przestrzeni w pojęciu zbiorowym i kontekście historycznym. Bum na polską książkę przypada na lata 80., gdy dzięki czasom PRL-u zainteresowanie Polską w UK było największe.  Istniał wtedy mit Polski jako kraju, z którego pochodzą wielcy ludzie pióra: Miłosz, Różewicz, Szymborska,  Lem, Gombrowicz czy też Kapuściński. Lecz od kilkudziesięciu lat wypadamy gorzej. Jest oczywiście kilka nazwisk, które cieszą się powodzeniem: Magdalena Tulli, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, Dorota Masłowska czy Jerzy Pilch, ale to tylko kropla w morzu wspaniałej współczesnej polskiej prozy. Współczesnym autorom na razie trudno się przebić. Problem leży w sposobie pisania oraz w tłumaczeniach na angielski. Proza ciągle jest pisana z perspektywy Polaka, w której używa się kodu językowego czytelnego tylko dla Polaków. Ale wierzę , że przyjdzie czas, gdy wyjdziemy z tego getta językowego i nasza twórczość przemówi do czytelników angielskich. Problem leży też we wspomnianych przekładach na angielski. Kiedyś polscy twórcy mieszkający w Wielkiej Brytanii dbali o dobre tłumaczenia, bo znali się na języku. Dzisiaj większość robi to we własnym zakresie. Znam takie osoby, które tłumaczeń dokonują za pomocą Internetu, nie mając absolutnie pojęcia o języku. Tak więc musimy zacząć przykładać większą wagę do międzynarodowych losów naszej twórczości.

 

Czy poeci angielscy wydają swoje książki na własny koszt, czy koszt wydawnictwa?

            W tej kwestii nie ma większych różnic. Zasady wydawania są takie same jak w Polsce – masz pieniądze to wydajesz. Różnica polega tylko na tym, że my posiadamy Instytut Książki, który co roku przeznacza duże kwoty na tłumaczenie, dofinansowywanie wydania i promowanie polskich książek.

 

Czy odbywają się u nich festiwale poetyckie, spotkania autorskie i czy jest na to zainteresowanie.

            O spotkaniach autorskich wspomniałem już we wcześniejszym pytaniu. Festiwali poetycko-literackich również w Anglii nie brakuje, powiem nawet, że jest ich bardzo dużo. Od końca marca aż do grudnia, każdego miesiąca coś się dzieje. Do najważniejszych należy Ledbury Poetry Festival (Festiwal Poezji w Ledbury), który organizowany jest od 20. lat w miesiącu lipcu i trwa około 10 dni. Na festiwal zjeżdżają się twórcy, jak i miłośnicy poezji z różnych stron Wielkiej Brytanii i nie tylko. Mieszkają w hotelach, kempingach i namiotach rozbijanych na miejskich trawnikach. Na festiwalu tym wybierani są corocznie laureaci w różnych grupach wiekowych. Jest też kilkanaście różnych znaczących festiwali, z których wymienię tylko te najważniejsze: London Word Festival (Londyński Festiwal Słowa), London Literature Festival ( Londyński Festiwal Literatury), Edinburgh International Festival (Międzynarodowy Festiwal w Edynburgu) oraz Birmingham Literature Festival (Festiwal Literatury w Birmingham).


Jak prywatnie odnalazłeś się w Wielkiej Brytanii. Czy odnalazłeś tam sens swojego życia?

            W wakacje 2005 roku  postanowiłem wyjechać do Anglii z dość błahego powodu, którym była oferta pracy w rejonie miasta Birmingham. Emigracja to stan ducha, więc początkowy okres pobytu był wielką potrzebą wyjścia ze stereotypu emigracyjnego, jakim jest stagnacja i z czasem mój pobyt na obczyźnie związał się z prowadzeniem własnej firmy oraz kierowaniem organizacją polonijną. Emigracja to również samotność i wielka tęsknota, tęsknota za rodzinną ziemią. Mimo, iż mieszkam tu  ponad 10 lat, mam własny dom i bliską rodzinę, to nigdy nie uważałem i nie uważam, że jestem u siebie. Ten kraj nigdy nie będzie moim krajem i dlatego często jeżdżę do Polski i wracam do Anglii rozdarty na pół, stając na granicy absurdu rzeczywistości. Z perspektywy lat wiem już, co jest dla mnie dobre, potrafię w pewien sposób ocenić własne życie i wyznaczać sobie normy postępowania. Dla mnie, jako poety, sens życia zawsze stoi pod znakiem zapytania, jest trudny do znalezienia i dlatego moje życie polega na nieustannym jego poszukiwaniu. Ale coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że nigdy nie odnajdę go na obczyźnie, więc wkrótce przyjdzie dzień powrotu do Polski –  do Pabianic, bo tam pozostał ślad czegoś, co domaga się odnalezienia.

 

Dziękuję za rozmowę.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko