Anna Musz rozmawiała z Stefanem Jurkowskim

0
292

Czuję się “poetą osobnym”. O życiu w języku, o poezji oraz inspiracjach ze Stefanem Jurkowskim rozmawia Anna Maria Musz

 

poeta i przestrzenPodczas spotkań autorskich mówiłeś nieraz, że wskazówką, czy twoja poezja spełnia swoją rolę, byłaby świadomość, że ktoś pod wpływem lektury twoich wierszy został świętym albo że się… zabił. To oczywiście żart, ale czy w takim razie piszesz bardziej dla siebie, aby pewne zjawiska przetworzyć, nazwać – czy raczej po to, aby dzielić się nimi z innymi ludźmi?

 

Nie wiem, jak inni, ale ja piszę dla ewentualnych czytelników, a przy okazji – jak powiadasz – aby pewne zjawiska dla siebie oswoić, zwerbalizować, nazwać. Nie piszę, aby schlebiać gustom, czy zyskiwać tanią popularność. Staram się zawsze być sobą, wsłuchać się w siebie, bo dopiero to daje szansę na stworzenie indywidualnego, odrębnego, ekspresyjnego obrazu świata; umożliwia jego interpretację, kreowanie sytuacji lirycznej. Jednocześnie poezja musi być sugestywna. Stąd to moje powiedzenie o wpływie poezji, które przywołałaś. Oczywiście to tylko figura retoryczna, żart, przerysowana ilustracja tych autorskich intencji. Ale z drugiej strony… jaka to by była satysfakcja…

Lektura wierszy powinna stać się takim samym wzruszeniem, jak jego pisanie, jak szukanie i znalezienie odpowiedniego słowa, metafory, przesłania. Czytelnik wtedy zostaje niejako “zahipnotyzowany” przez wiersz. Warunkiem jest tutaj komunikatywność. Nawet utwór najtrudniejszy, najbardziej eksperymentalny nie może być tylko pustą, skomplikowaną, a w konsekwencji sztuczną konstrukcją, czy zwykłym popisem autorskim, artystyczną mistyfikacją. W dobrym wierszu wszystko powinno coś znaczyć, każde słowo, każda figura ma przecież swoje miejsce, nie może być przypadkowa. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka utwór wydaje się chaotyczny, to przy uważniejszej lekturze powinno być widać w tym autorski zamysł. Stąd konieczność dążenia do precyzji poetyckiego przekazu.

Komunikatywności nie należy mylić z jakimś banalizowaniem, czy z prostactwem poetyckiej narracji. Piszemy dla kogoś, chcemy coś innym przekazać. Zademonstrować możliwości języka. I właśnie efekt naszej twórczości powinien być komunikatywny, czyli obfitujący w znaczenia, które dadzą się czytelnikowi odczytać, zinterpretować. Nie boję się prostoty w wierszu, bo czasem jedno najzwyklejsze słowo znaczy więcej niż nadmiernie udziwniony przekaz. Natomiast obawiam się przypadkowości. Przywołam powiedzenie Marka Wawrzkiewicza, że wzruszenie liryczne nie powinno wyłączać rozumu.

 

A czy poezja bierze się bardziej z wiedzy o świecie, czy z intuicji? Czy twoim zdaniem to rzeczywistość, otoczenie, świat dyktują wiersze, czy raczej powstają one jednak w świecie wewnętrznym?

 

Myślę, że z jednego i drugiego. To są równoprawne komponenty poezji. Pytasz ogólnie, więc ci ogólnie odpowiem, że ich proporcje są różne, indywidualne, zależne od temperamentu i osobowości autora. A jeśli już interesuje cię konkretnie moje zdanie, to przyznam, że dla mnie właśnie rzeczywistość, otoczenie, doświadczanie istnienia, nawet bolesne, poetycko się dyskontuje. Oczywiście nie wszystko przeradza się od razu w wiersz, ale staje się impulsem, uwrażliwia, powiększa wiedzę o świecie, a to w nieoczekiwanym momencie może zaowocować poetycko. Nie wyobrażam sobie, abym mógł pisać w kompletnej izolacji. Samotność wewnętrzna, twórcza jest potrzebna w momencie twórczego aktu, owego – jak to nazywam – zamyślenia poetyckiego. Przychodzi ten impuls, chcesz zapisać wiersz, i zdajesz sobie sprawę z psychicznej samotności, bo nikt nie jest w stanie do końca ci w tym towarzyszyć. Do pisania jednak potrzebna jest zewnętrzna izolacja, skupienie, kiedy wiersz się realizuje. Ale przecież jego zamysł nie urodził się z samotności. Jest inspirowany zewnętrznym światem, obecnością ludzi, rozmowami z nimi. To jest ów ładunek. A potem znowu odchodzi się do tego – jak powiadasz – świata wewnętrznego, i tam rozgrywa się cały teatr poetycki, zmaganie z tworzywem, kreowanie swoistej, własnej rzeczywistości. Słowem – zapisywanie wiersza, który na kartce papieru zaczyna żyć własnym życiem…

 

We wszystkich książkach poetyckich stawiasz ważne pytania, ale zdecydowanie stronisz od jednoznacznych odpowiedzi, sądów i wszelkiego moralizatorstwa. Nie głosisz programów. Czy przy takiej postawie – wątpiącej, poszukującej,  podważającej utarte opinie – możesz pokusić się o sformułowanie swojego poetyckiego credo?

 

Czasem stawiam pytania, niekiedy poprzez zarysowane (bądź przerysowane) sytuacje staram się przekazać swój osobisty stosunek do spraw, o których piszę. Wszelkie jednoznaczne odpowiedzi, “nieomylne” sądy, skłanianie się ku jakiejkolwiek ideologii spłyca poezję, ustawia ją w szeregu tekstów publicystycznych. Tymczasem poezja to dla mnie forma poznawania świata, który nie jest jednoznaczny. Nawet nie jest taki, jak powszechnie się go definiuje. Rzeczywistość umyka naszemu poznaniu. Zachowania ludzkie uwarunkowane są nieskończoną ilością sytuacji, powodów, okoliczności. Nikt nie ma monopolu na prawdę, która dla nikogo nie jest absolutna, bo zdajemy sobie sprawę z niedoskonałości i ograniczoności ludzkich instrumentów poznawczych. Ci, którzy boją się tej “prawdy o prawdzie” nazywają to relatywizmem, i to w pejoratywnym znaczeniu. Pamiętajmy jednak, że każdy człowiek jest obdarzony odrębną osobowością. Mniej lub bardziej silną, wyrazistą, ale jednak osobowością. A więc inaczej postrzega świat. Owszem, może większość widzi go zero-jedynkowo, ale przypuśćmy, że sam zdaję sobie sprawę z tego, że świat w jakimkolwiek wymiarze nie jest poznawalny do końca, to również nie mam prawa orzekać autorytatywnie o czymkolwiek.

Poezja może ostrzegać, może do wielu spraw uznanych za niemal “kanoniczne” podchodzić z rezerwą czy wręcz z ironią, stawiać pytania, lecz nie wprost, wątpić, nawet wykpiwać, ale nie wolno jej przyjmować wszystkiego z dobrodziejstwem inwentarza. Dlatego na przykład wiersze konfesyjne uważam za najmniej znaczące, ponieważ powielają stereotypy. Jedyne, co może być w nich pozytywne, to sama forma, wirtuozowski zapis, ale to zdarza się niezmiernie rzadko. Natomiast dla mnie o wiele ciekawsze są utwory, w których autor “wadzi się z Bogiem”, wątpi, może pyta, ale opiera się głównie na własnym doświadczeniu metafizycznym, wie że odpowiedzi są nieosiągalne. Wtedy pojawia się w poezji coś nowego, coś autentycznego, oryginalnego, a nie tylko umoralniający wierszyk w stylu Jachowicza. Specjalnie przejaskrawiam, aby podkreślić, że poezja nie może być ani agitką, ani umoralniającym kazaniem, ani retoryczną lamentacją w stylu “biada wam, biada”. Powinna stanowić swoisty “dziennik okrętowy”, w którym poeta zapisuje swoje stany wewnętrzne, lęki, pewność i niepewność, dramaty i radości. Przy czym nie zapominajmy, że poezja jest sztuką, że wreszcie każdy wiersz powinien być wyważonym, artystycznym zapisem. Widzisz, rozgadałem się, ale właśnie w tej przydługiej wypowiedzi, a po części również w poprzednich, uzewnętrzniło się moje poetyckie credo.

 

Bardzo chętnie sięgasz w wierszach po ironię. Jakie znaczenie ma ona dla ciebie w pracy poetyckiej? Jaka jest twoja definicja ironii?

 

Ironia chroni przed naiwnością. Poza tym stwarza pewien dystans do spraw i zjawisk, o których się pisze. Wreszcie jest bardzo dobrą bronią przeciwko hipokryzji, obłudzie, monopolowi na prawdę, głoszeniu niepodważalnych dogmatów. Czyli przeciwko ludzkiej naiwności, bezmyślności, śmieszności, poczuciu wyjątkowości i misji. Ironia również potęguje ekspresję wiersza, pozwala na nowe, niezależne spojrzenie na rzeczywistość, chroni przed stereotypami. Zawsze miałem w sobie wiele sceptycyzmu, niejednokrotnie bardzo bliskiego cynizmowi. To części składowe mojej osobowości, a poezja jest jej odbiciem. Gdybym z powagą wszystko traktował w życiu, a światopogląd przyjmował “na wiarę”, pewnie i moja poezja byłaby inna. A ponieważ, jak mówiłem wcześniej, widzę świat trochę w krzywym zwierciadle, a na wszelkie kanony i dogmaty patrzę podejrzliwie, stąd może ironia, która pozwala mi o tych rzeczach nie mówić wprost ale poprzez złośliwe aluzje. A one są czymś w rodzaju soli dla wiersza. Ale z kolei dystans nie zawsze jest wyraźną ironią. W różnych wierszach dochodzi ona do głosu z różnym nasileniem.

 

Chciałabym jeszcze rozwinąć temat zamyśleń poetyckich, o których napomknąłeś. Jak wygląda twoja praca nad konkretnym pomysłem? Ile z zapisanego pomysłu trafia do wiersza, a ile odrzucasz?

 

Kiedyś pojawiał się pomysł, chodziłem z nim, nawet mówiłem, że jestem w poetyckiej ciąży, a kiedy znalazłem odpowiedni czas i miejsce dla koncentracji dokonywałem zapisu. Teraz jest trochę inaczej. Przeważnie wieczorem pojawia się jakaś fraza. Jeśli chce mi się akurat zapisać, to zapisuję, a jeśli nie – pomysł szybko znika. Potem ten zapisany wers w odpowiedniej chwili rozwijam. To przychodzi w pewnym sensie samo. Wiem, o czym chcę napisać, ale jest to wiedza bardziej intuicyjna niż konkretna. Zaczynam pisać inspirując się zanotowanym pomysłem. A czasami niespodziewanie pojawia się wiersz, który na gorąco zapisuję. Tak więc nie selekcjonuję samych pomysłów, bo to są zaledwie nasionka drzewa, które się potem rozrasta. Czasem ich nie zasiewam, bo przeczuwam, że nic z tego nie wyrośnie.

 

A poetycki język, styl, forma? Podczas spotkań autorskich mówiłeś nieraz, że forma jest przypisana do danego wiersza, pojawia się wraz z pomysłem… Czy moglibyśmy rozwinąć tę kwestię?

 

Pisanie jest dla mnie przygodą i niespodzianką. Nie wiem, jaka będzie fraza, szeroka czy wąska, ile wiersz będzie liczył wersów, jaka konkretnie urodzi się puenta. Choć, jak powiadam, wiem do jakiego punktu mam wiersz doprowadzić. Tak było od początku mojego pisania, że wiersz jakby sam narzucał formę, dyktował zapis graficzny, domagał się zakończenia. Nie wszystkie metafory, określenia są jakoś “wymyślone” wcześniej. To wszystko pojawia się w trakcie pisania, jakby mi spływało nie wiadomo skąd, samoczynnie, bez mojego udziału. Nagle wiem, co i jak napisać, aby najwierniej oddawało zamysł wiersza. To wszystko jest tak dziwne, irracjonalne, że sam nie pojmuję tego mechanizmu. A przecież piszę świadomie. Osobliwa sprzeczność, ale tak to właśnie jest.

 

Powiedzmy jeszcze o twoich inspiracjach, ale nie tyle tematycznych, ile językowych. Co fascynuje cię w języku – które jego odmiany są dla ciebie ciekawe i inspirujące? Jak Stefan Jurkowski – jako poeta – słyszy język mediów, język młodzieżowy, język potoczny?

 

Mam od dziecka zamiłowane do kalamburów, lubię się bawić językiem, tworzyć neologizmy, nadawać różne kształty słowom poprzez dodawanie najrozmaitszych przedrostków, na przykład przedrostek “du” do słowa parasol. Jako mały chłopiec czytałem wiersz Konopnickiej “pucu, pucu, chlastu, chlastu,” dodając na początku “pę”, a w środku “cy”. Lubię powiedzieć o mieście Chlała, zamiast Piła. To tak pięknie zmienia sens. Nie stosuję tego bezpośrednio w poezji, ale ta wrażliwość na słowo i jego znaczenia jakoś tam w twórczości zapewne owocuje.

Ale to zabawa. Czasami specjalnie wymyślam coś, co brzmi jak błąd językowy, na przykład “wybrłem”, albo “pociągniem”… Robię to dla żartu wtedy, gdy wiem, że nikt mnie nie posądzi o niepoprawność językową. Natomiast wszelka niepoprawność w tekstach drukowanych w prasie, błędy popełniane przez prezenterów telewizyjnych czy ich gości-polityków, którzy występują w rolach zbawców narodu, mocno mnie irytują. Razi mnie zła akcentacja wielu słów, takich jak “fabryka”, “mogliśmy”, kiedy akcent stawiają błędnie na “bryka” czy “iśmy”. Nagminnie mówią “w dniu pierwszego kwietnia”, podczas kiedy powinno się powiedzieć “w dniu pierwszym kwietnia”. Można powiedzieć “pierwszego kwietnia”, ale jeśli już w dniu, to w którym. Często wstawiają jakieś dziwolągi, ni to angielskie, ni to polskie. To nowomowa korporacyjno-internetowa. Wiele wkrada się regionalizmów, które także rażą.

Język młodzieżowy, to zupełnie coś innego. Sam nieraz, może z pewnej przekory albo dla ekspresji, powiem “spoko”, “nara” czy coś podobnego. Jeśli tego używa młodzież w codziennej rozmowie, to nie ma w tym nic nagannego, pod warunkiem, że jednocześnie potrafi się wysłowić, budując precyzyjne zdanie w języku literackim.

Język jest żywy, zmienia się, przyswaja nowe słowa, zmienia znaczenia, jak choćby “mysz”. Dla naszych dziadków w połowie XX wieku to był po prostu tylko gryzoń. Ale świat się zmienia, musi do tego dostosowywać się język, który go określa. Ale nie przez wulgaryzmy, dziwolągi, jakąś degenerację, zubożenie. Bo sprowadzimy polszczyznę do gęsiego języka, a zatracimy swój własny. I okaże się, że w ostatecznym rozrachunku Mikołaj Rej nie miał do końca racji…

 

Mówiliśmy sporo o współczesnej poezji – ciekawa jestem, jak postrzegasz miejsce swojej twórczości pośród bieżących zjawisk i trendów literackich? Czy utożsamiasz się z którymś z nich? Czy ma dla ciebie znaczenie kryterium generacyjne? Czy raczej czujesz się poetą osobnym?

 

Bliska mi jest poetyka “Współczesności” czy “Orientacji”, choć i tej nie postrzegam  jako swojego miejsca. Różnię się od tamtych poetów, a to znowu wynika z moich wewnętrznych predyspozycji. Choćbym nawet upodobnił swoją frazę do tamtych wierszy, nadał im nawet identyczny rytm, to przesłanie będzie inne, różny typ obrazowania, inny język.

Niektórzy młodzi poeci zarzucali mi, że jestem nienowoczesny. Używają oni innych sposobów zapisu, dużo jest przerzutni utrudniających percepcję utworów, podążają za jakąś młodopoetycką modą, piszą z reguły wiersze narracyjne. I bardzo podobne do siebie. Oczywiście nie wszyscy. A ja tego nie stosuję. Piszę tak, jak pisał Stefan Jurkowski. Nie powiem, abym z tego powodu nie przeżywał rozlicznych rozterek, nie lękał się anachroniczności swoich wierszy, nie miał poczucia, że zostaję w tyle i nie jestem przekonujący dla nowych pokoleń; może już trzeba oddalić się do lamusa. A z drugiej strony piszę o tym samym świecie, żyję w tej samej przestrzeni, więc wszelkie generacyjne kryteria wydają mi się bez znaczenia. Zmienia się zakres tematyczny, sposób zapisu, bo autor dojrzewa, na wiele rzeczy patrzy już inaczej i opisuje rzeczywistość w inny sposób. Z tego powodu rzeczywiście czuję się “poetą osobnym”. Może i niepotrzebnym. Ale po prostu inaczej nie potrafię.

 

Fragmenty wywiadu-rzeki pochodzą z książki Anny Marii Musz: “Poeta i przestrzeń. Portret literacki Stefana Jurkowskiego”. Oficyna Wydawnicza STON 2, Kielce 2016, s.156.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko