Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
52

Wacław Holewiński


Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe


Szilowju-je-je-je.

 

syn-ogrodnika-390Tak, taka powieść (powieść, a nie żadne opowiadania, jak na okładce napisał Krzysztof Varga!) – nie mam wątpliwości – musi się podobać. Nie, nie każdemu, ale ludziom w moim wieku na pewno. Ludziom, którzy dzieciństwo, okres dojrzewania, młodość spędzili w „komunie” pozwoli jak w lustrze dostrzec swoje emocje, radości, pragnienia. I nie ma żadnego znaczenia czy książka dotyczy Polski, Węgier czy na przykład Bułgarii albo Czechosłowacji. Pewnie, każdy z tych krajów miał swoją specyfikę, w każdym inaczej trzymano „za twarz”, w każdym dostępność dóbr, nawet tych wydawałoby się podstawowych była inna. Ale generalnie niczym się nie różniły. No i przede wszystkim byliśmy młodzi, wartość sama w sobie. Jedyna i niepowtarzalna.

Háy w dwudziestu jeden rozdziałach przewędrował od wczesnego dzieciństwa przez szkołę, internat, hufiec pracy aż do zagranicznych wojaży. Kilkanaście lat, może najważniejszych w życiu, tych kształtujących, formujących, tworzących system wartości.

Nie wiem, nie mam pojęcia czy bohater to alter ego autora, pewnie tak. Ale nie ma to większego znaczenia, bo tak wyglądało życie całego pokolenia. Na prowincji, gdzie atrakcją był kanał ściekowy, a odwaga polegała na skakaniu przezeń. Ryzyko wytaplania się w gównach? Noooo, było. Ale odwaga nie polega przecież na kodowaniu w sobie klęski

„I biegłem ulicą Börzsönyi, w kierunku Domu Kultury. Słyszałem, że zespół Stefka Ráka ma próbę. Już z daleka było słychać Szilowju-je-je-je. Potem znowu. Coś zawsze sknocili w tym je-je-je. Weszliśmy w głos.

– Ta muzyka przenika przez wszystko – powiedziałem, dysząc przy mamie.

– Nawet przez smród gówna – powiedziała matka – taka jest głośna. – Potem nacisnęła pedały.”

Kto z nas nie chciał słuchać tych naszych angielskich czy amerykańskich idoli na cały regulator? Kto z nas nie chciał sam znaleźć się na scenie, zaimponować dziewczynom, wydrzeć się, wykrzyczeć, wcielić w role z innego, lepszego świata.

Są w tej książce rozdziały w których uśmiech nie ma prawa zejść z twarzy czytającego. Jak ten o wyjeździe nad Balaton. Dookoła Niemcy w swoich camperach, syci, zadowoleni i rodzina ogrodnika z pierzynami w starym aucie i rozciąganym płóciennym daszkiem wiązanym do drzewa. Albo ten o hufcu pracy. Umiesz, zbierasz owoce za siebie i swoją dziewczynę, bo przecież najważniejsze jest gdzieś znaleźć czas aby się z nią całować, ale ci durnie od socjalistycznych norm za nic w świecie nie mogą uwierzyć, że tak można.

Są takie, które nostalgicznie przywołują czasy, w których wystarczyło pudło wzmacniacza i tekst, że się gra w zespole rockowym aby dziewczyna była twoja.

Są takie, w których nasz bohater, przecież każdy z nas, ma ochotę rzucić wszystko w diabły. Ważne są dżinsy, mało ważna nauka, ważne pierwsze wino i ten do cna głupi świat, w którym my, w tym całym beznadziejnym syfie, musimy znaleźć własną tożsamość, odróżnić się od reszty, poszukać swego ja.

Są smutne, odrzucenia życia według reguł narzucanych przez socjalistyczną ojczyznę, bezdomności, dobierania się do bohatera przez ubeckiego kapusia.

Bo wydaje się że Háy wymyślił w tej lekkiej formie swoiste katharsis. Przejście przez kolejne fazy wypalania osobowości.

„– Ćwiczenia – odezwał się mój kumpel – o których mówili.

– Kurwa mać – powiedziałem – ale po chuj o świcie?

– Żeby było jak w życiu. Wojny też nie wybuchają w wybranym czasie.

– To fakt – powiedziałem, i że walka z bronią kłóci się z moim sumieniem.

– Naprawdę? – rechotał – Radzę abyś tego nie rozgłaszał.”

Byliśmy buntownikami. „Mam tego dosyć, całe bebechy mi się wywracają.” Całe pokolenia. Jakie tam ideologie. Ważne były dziewczyny i muzyka, długie włosy, śmierć lepsza od marnego życia. Tak, tak, tak myśleliśmy. Ale przecież  tuż obok nasi kumple mieli w dupie te nasze teksty, jakieś filozoficzne, nieprzetrawione brednie. Chcieli grać na scenie, być w centrum – gotowi płacić każdą cenę. I nagle dookoła było pusto. Ojciec zachorował. Nieuleczalnie. Szpital. Nie, nie, bez wzruszeń, to nie ten typ prozy. Umarł i już. Bo przecież nawet przez chwilę nie identyfikowaliśmy się z jego postawą, tym wieczorowym technikum, tym „będzie lepiej”. Bo kiedy miało być lepiej. Za pięć lat? Może za dziesięć? W tym wieku dziesięć lat to niewyobrażalna perspektywa.

I jeszcze, to przecież już w czasach gdy i my z Polski łatwiej wyjeżdżaliśmy na Zachód. No nie, nie masowo, ale jednak – jeśli nie nastąpiłeś władzy na odcisk jakaś szansa istniała. Ciułanie groszy. Oszołomienie. Wiedeń, jacyś Amerykanie. I dziewczyna, która mówi „że właściwie mnie nie kocha, możliwe że wcześniej tak, ale teraz widzi, że już od dawna nie…”

„Zarzuciłem plecak na ramię i ruszyłem schodami w dół.” Każdy ma za sobą takie doświadczenie. Mija. A po latach? To był najlepszy czas w naszym życiu…

 

János Háy – Syn ogrodnika, przełożyły Jolanta Jarmołowicz, Karina Ślęzak, Karolina Szymanowska-Szymańska, Maria Jęcz, Weronika Kasprzak, Magdalena Biniecka, Magdalena Roguska, Wielka Litera, Warszawa 2016, str. 258.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko