Roman Soroczyński – Po największym balu trzeba posprzątać

0
50

Roman Soroczyński



Po największym balu trzeba posprzątać


 

fot. Maciej KanikBohater wywiadu, pan Grzegorz Turnau, przez kilkanaście lat współpracował z Piwnicą Pod Baranami. Równocześnie prowadził wówczas aktywną działalność estradową, którą – z dużym powodzeniem – kontynuuje obecnie.

Autor wywiadu, Roman Soroczyński, skupił się jednak na współpracy Pana Grzegorza z Piwnicą.

 

– Jakie były Pana początki w Piwnicy Pod Baranami?


To już zamierzchłe czasy, druga połowa minionego wieku. Początek był rozkoszny: siedemnastolatek zstępuje do piekła, gdzie kuszą go różne demony (jak u Witkacego: klasy pierwszej, drugiej oraz trzeciej). Na powierzchni stęchła nuda, szarość, kac po stanie wojennym. W piwnicy – rozpusta, poezja, śmiech. Wolałem piekło od czyśćca. Nieba nikt mi – na szczęście – nie proponował.

 

– Autorka książki Piwnica Pod Baranami, czyli koncert ambitnych samouków, Joanna Olczak-Ronikier, początkowo pisała Pańskie imię w wersji zdrobniałej: Grześ. Dopiero po przeczytaniu Pana biografii oraz innej książki, o której za chwilę będzie mowa, zrozumiałem, dlaczego tak robiła. Wszak miał Pan dopiero siedemnaście lat. Jak to się stało, że już wówczas uczestniczył Pan   w Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie?


Dziś jestem skłonny podejrzewać, że przez wszechobecny bałagan. W papierach miałem wpisane: “związany z ruchem studenckim”, co było nieprawdą. Wystąpiłem jeden jedyny raz na imprezie “Śpiewać każdy może” w klubie “Zaścianek”. Nigdy, nawet później jako student, nie byłem związany z żadnym ruchem studenckim. Moje ostatnie zaangażowanie społeczne to szczep harcerski “Słowiki” działający przy szkole muzycznej, a więc z natury swej grupujący dzieci dziwne i raczej nie nadające się do wojska.

Ten epizod festiwalowy w jakimś sensie załatwił mnie na całe życie. Miałem kolosalne szczęście, bo trafiłem do Piwnicy, a nie na trasę estradową jako dwugłowe cielę. W Piwnicy byłem – mniej lub bardziej intensywnie – przez 13 lat. Zostałem uspołeczniony naturalnie, poprzez przykład, a nie teorię. Nauczyłem się funkcjonować w grupie. To bardzo ważne, jeśli startuje się z poziomu “cudownego dziecka”. Nauczyłem się prostej, ale podstawowej rzeczy: po największym balu trzeba posprzątać i pojawić się w sobotę z nowym utworem do programu. Do życia. I w świeżej koszuli.


– Przyznaje się Pan do inspiracji twórczością między innymi Marka Grechuty i Jana Kantego Pawluśkiewicza. Czy jeszcze ktoś z piwnicznych twórców miał wpływ na Pańską twórczość? W ogóle, jak współpraca z Piwnicą Pod Baranami wpłynęła na Pańską twórczość?


Trafiłem do Piwnicy w momencie, kiedy przeżywała ona swój renesans. Dziś to widzę, z dystansu, wtedy nie miałem o tym pojęcia. Koniec lat 70. był dla kabaretu trudny: odeszły gwiazdy, umarł nagle Wiesław Dymny, Piotr Skrzynecki – wiem to od bliskich mu osób – tracił wiarę w sens dalszego funkcjonowania kabaretu. Potem – wzlot – karnawał “Solidarności”, sukces na festiwalu w Arezzo i znów – wielka przepaść – stan wojenny, zamknięcie Piwnicy i gościnne, żałobne występy w kościołach.

Te wszystkie rafy dały jednak Piwnicy nową siłę. Właściwie mogę powiedzieć, że program kabaretu, do którego się włączyłem jako siedemnastolatek, to był pojedynek kompozytorów. Jest takie zdanie, wyłowione przez Grechutę z “Dzienników” Gombrowicza, cytat z Szekspira: “Biada podrzędnym istotom, kiedy wejdą między ostrza potężnych szermierzy”. A ja właśnie wszedłem między ostrza Zbigniewa Raja, Zygmunta Koniecznego, Jana Kantego Pawluśkiewicza, Marka Grechuty, Zbyszka Preisnera. I musiałem jakoś sobie poradzić. 

 

– Wiem, że jest Pan skromnym człowiekiem. Pozwoli Pan jednak, że zacytuję dwie wypowiedzi. Marcin Kydryński powiedział: „Turnau jest muzycznie bardziej wyrafinowany niż ktokolwiek ze śpiewających poetów”, zaś Janusz R. Kowalczyk napisał: „Dwa (…) utwory (…) zilustrował i zintelektualizował [podkreślenie RS] muzycznie Grzegorz Turnau” (cytaty za książką Wracając do moich Baranów). Podobne zachwyty słyszałem w Inowrocławiu, gdzie organizuje Pan koncerty pod nazwą Inowrocławska Noc Solannowa. Czy nadal korzysta Pan z intelektualnych i organizacyjnych doświadczeń wyniesionych z Piwnicy?


Trzeba przypomnieć, że Piwnica była przede wszystkim grą towarzyską, a nie teatrzykiem rewiowym. Poziom warsztatowy – zwłaszcza od strony muzycznej – stale rósł, ale przecież to nie sprawność i rzemiosło estradowe decydowały o powodzeniu kabaretu, na którego sobotnie występy nigdy nie można było dostać biletów. Właśnie: to słowo – bilet. Piwnica w moim pojęciu to był bilet do ciekawszego życia, gdzie patos historii i wielkiej literatury mógł być w każdej chwili powodem do okrutnego żartu, a ludzka słabość i śmieszność źródłem prostego wzruszenia i zachwytu, w przejmującej ciszy. Gdzie nic nie było oczywiste i gdzie bezbronność była najgroźniejszym orężem.

 

– Za jedną z najważniejszych propozycji artystyczno-wykonawczych uważa Pan swój udział w oratorium Nieszpory Ludźmierskie Leszka Aleksandra Moczulskiego i Jana Kantego Pawluśkiewicza. Na czym polegała wielkość tego utworu?


Nie wiem. Nie jestem człowiekiem szczególnie rozmodlonym. Może to wada, może byłoby mi łatwiej żyć. Ale nie jestem. Szukam sposobów na życie, jak wszyscy, czasem, przez chwilę, żyję w złudzeniu, że coś znalazłem. “Nieszpory” mają takie frazy, w których owo złudzenie jest wyjątkowo silne. I tak to trwa, od dwudziestu kilku lat. Muzykę Pawluśkiewicza traktuję zresztą jako całość, jako dzieło kompletne, spójne, niezależne. “Nieszpory” to fragment większej całości.

 

– Janusz R. Kowalczyk w książce Wracając do moich Baranów zacytował Pana wypowiedź: „Jak się nie było czegoś pewnym, biegło się do Piotra, teraz trzeba sobie samemu odpowiedzieć”. Jak Pan sobie obecnie radzi w trudnych sytuacjach bez Piotra Skrzyneckiego?


No tak, rzeczywiście Piotr ofiarnie pełnił tę rolę “cadyka”. Kiedyś powiedział mi, że całe życie się starał, by nie mieć nic wspólnego z urzędnikami i nie mieć obowiązków rodzicielskich, a musi – z racji zażyłości – bez przerwy chodzić po urzędach, by załatwiać cudze sprawy i fotografować się z cudzymi dziećmi. Wiem, że z jego zdaniem liczyli się bardzo wybitni reżyserzy, aktorzy, kompozytorzy. I chyba to jest kluczowe: Piwnica była tak naprawdę w głowie tego człowieka. Jej ekspozycja, czy projekcja, to był kabaret – piosenki, skecze, monologi. Ale tak naprawdę ona istniała w jego wyobraźni, syciła jego intelekt. Była mu też potrzebna jako rytuał, jako świadectwo obecności rytmu w jego bardzo poetyckim – jak mówił na pogrzebie ks. Tischner – i oryginalnym życiu.

 

– Mówi Pan o sobie: „… jestem dość sentymentalnym i nostalgicznym człowiekiem, o poczuciu humoru zbliżonym do Kabaretu Starszych Panów” (cyt. za Wracając do moich Baranów). Jakie podobieństwa i różnice między tymi kabaretami zechciałby Pan wskazać?


Właściwie żadnych podobieństw nie ma. Poza prostą, najprostszą z możliwych nicią: Boy-Żeleński. I Piwnica, i Jeremi Przybora, mieli coś wspólnego z „Zielonym Balonikiem”. Piwnica poprzez środowiskową, miejską funkcję gromadzenia elity. Pan Przybora poprzez boyowski „rym żartotwórczy”, no i skłonność do francuskiej piosenki kabaretowej. Na szczęście te światy – Starszych Panów i Piwnicy – pozostały osobne i możemy je odwiedzać w dowolnie wybranych terminach.

 

– Dziękuję za rozmowę

Roman Soroczyński


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko