Jan Adam Borzęcki – U stołu Pańskiego

0
56

Jan Adam Borzęcki

 

U stołu Pańskiego

 

makowskidf5aOstatnie dni były szczególnie gorące, bo oprócz przygotowania do egzaminu, odbywaliśmy próby spowiedzi i komunii. Siostra Pelagia siedziała na krześle i udawała księdza, a my klękaliśmy u jej stóp i recytowaliśmy formułkę spowiedzi. Najbardziej śmieszna wydawała mi się sytuacja, kiedy mając głowę na wysokości jej kolan mówiłem siląc się na powagę: „Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję, a ciebie, Ojcze Duchowny, proszę o rozgrzeszenie i pokutę za nie”. Szczególnie śmieszył mnie ten ojciec duchowny, bo co spojrzałem na odgrywającą księdza siostrę Pelagię, aż się we mnie gotowało z wewnętrznej wesołości. A potem siostra zamiast stuły podawała jakąś wyblakłą szeroką wstążkę, którą całowało się z nabożnym uszanowaniem. Jeszcze pocieszniej wyglądała próba komunii. Klękaliśmy szeregiem, otwieraliśmy gęby i wysuwaliśmy języki, a siostra szła wzdłuż szpaleru sprawdzając, czy wszyscy otwarliśmy je na właściwą szerokość i czy ktoś zbytnio nie wywalił jęzora. A jeśli miała jakieś zastrzeżenia, po raz kolejny demonstrowała właściwy wariant. Najpierw robiła z ust dziobek, rozchylała wydatne wargi i wysuwała połowę swego mięsistego języka. Potem my wszyscy robiliśmy dziobek, staraliśmy się otworzyć usta na właściwą szerokość i wysunąć odpowiednią cześć języka. A ponieważ ten ostatni fragment przysparzał nam najwięcej problemów – przede wszystkim chłopakom, którzy celowo robili z języka łopatę – chcąc zmusić nas do wyważenia proporcji, kazała najpierw wywalać cały język, a potem stopniowo go cofać. Chodziła tak wzdłuż szeregu i dyrygowała:


— Wsuń jeszcze trochę, bo tyle go wysunąłeś, że by ci się zmieścił bochenek chleba. Czy ci ktoś kazał robić z języka świńskie koryto?!


Najgorzej wychodziło Tadkowi, który po wielu próbach doszedł do wniosku, że pewnie ma za długi język.


Potem był egzamin przed proboszczem. Wszyscy bardzo się tego bali, bo właśnie wtedy ksiądz najbardziej odgrywał się na siostrach. Chcąc udowodnić, że źle nas przygotowały do komunii, celowo zadawał najtrudniejsze pytania i za byle co obcesowo sztorcował siostrę Pelagię. Dla niej najbardziej upokarzające było to, że czynił to w naszej obecności. Gdyby nie strach, pewnie byśmy się z tego cieszyli, bo siostra musiała się czuć tak samo, jak my na lekcjach religii. Pamiętam, że proboszcz pytał mnie o sakramenty święte i szczególnie uparł się na bierzmowanie. Zupełnie jakby wiedział, że akurat o nim wiem najmniej. Na szczęście dostało się nie mnie, lecz siostrze, a ponieważ na inne pytania odpowiedziałem zadowalająco, proboszcz łaskawie uznał, że jestem godzien dostąpić komunijnego wtajemniczenia.


W końcu nadszedł ten dzień. Stojąc w kolejce do konfesjonału analizowałem szczegółowo przykazania boskie i kościelne, i wytężając pamięć starałem się nie uronić nawet najmniejszego przewinienia. Wydawało mi się, że ten jeden zapomniany grzeszek może zniweczyć ważność całego sakramentu. Zadawałem więc sobie pytanie, co też może się stać, jeśli przeoczę jakiś większy grzech? Bo przecież może się zdarzyć, że kiedy po otrzymaniu rozgrzeszenia uklęknę przy ołtarzu, aby przyjąć komunię, gdzieś spod kościelnego sklepienia rozlegnie się boski głos zakazujący księdzu udzielenia mi jej? A może nawet po świętokradczym dotknięciu opłatka padnę trupem? Toteż starałem się zrobić najuczciwszy bilans moich przewin. I nagle poczułem się wielkim grzesznikiem. Do rangi wielkiego kamienia urosła każda ukradziona śliwka, każde słowo uznawane za przekleństwo, każde maleńkie kłamstwo popełnione raczej z nadmiaru wyobraźni, niż z chęci oszustwa. Ale były także dylematy większego kalibru. No bo jak opowiedzieć księdzu o naszych porzeczkowych oglądankach z Rysią, podglądaniu dziewczyn w kąpieli albo słuchaniu sprośnych kawałów? Poznawszy prawdę, ksiądz z całą pewnością nie dopuści mnie do komunii. Tragedia byłaby tym większa, że w szafie wisi już biały strój z obszytym białą lamówką marynarskim kołnierzem. I zaproszono już gości na komunijną uroczystość! O największych grzechach lepiej więc byłoby nie mówić, ale jeśli tak zrobię, to Bóg i tak będzie wiedział, że go oszukuję i komunia będzie nieważna. Powiedziałem więc wszystko, a ksiądz okazał się wyrozumiały i dał mi rozgrzeszenie. Z wielkiej radości, zamiast w stułę, pocałowałem go w rękę. A potem pełen wewnętrznej euforii odmówiłem pokutną litanię do Najświętszego Serca Jezusowego i lekki pofrunąłem do domu.


Nigdy później nie przystępowałem do konfesjonału z takim nabożeństwem i strachem. (…) Z czasem moje zaangażowanie znacznie opadło i już nie umiałem wykrzesać w sobie wiary, że tak naprawdę spowiadam się Bogu, a to ucho za kratką konfesjonału jest końcówką boskiego organu słuchu. Mimo angażowania woli, nie mogłem sobie wmówić, że adresatem spowiedzi pozostawał Bóg, zaś księże ucho jest nie tyle boską skrzynką kontaktową, co śmietnikiem, gdzie wyrzuca się informacje o wszelkich niegodziwościach, z których wiele było nimi tylko dlatego, że figurowały w boskim kodeksie. W praktyce wiele grzechów nie miało żadnych negatywnych konotacji i nie wywoływało poczucia winy. Później doszedłem do wniosku, że to subiektywne wartościowanie opierało się na jakiejś wewnętrznej intuicji, według której grzechem był jedynie czyn szkodzący bliźniemu. Mimo usilnej autosugestii nie byłem bowiem w stanie wmówić sobie braku winy w przypadku kradzieży, świadomego zniszczenia cudzej rzeczy lub nawet przypadkowego uszkodzenia czyjegoś ciała. Nie rozumiałem zaś, co oznacza używanie boskiego imienia nadaremno. Bo czy grzechem może być zawołanie „o Boże! o Jezu! albo Jezus Maria!”. Nie pojmowałem też naganności podglądania kąpiących się i opalających dziewczyn. Nigdy nie przyszło mi do głowy, aby grzechem były nasze porzeczkowe oglądanki z Rysią, z których zresztą nigdy się nie spowiadałem. Podobnie jak z myśli, które w kościelnym katalogu określane są jako nieczyste. Nie rozumiałem też traktowania jako grzechu używania słów uznawanych za przekleństwa. Tym bardziej że nie bardzo wiedziałem, co to znaczy, a doświadczenie życiowe dowodziło płynności ich traktowania. Bo jeśli matka karciła mnie za „cholerę”, to babka surowo napominała już za „kurcze pieczone”. Nie pojmowałem też naganności słów uznawanych za oczywiste przekleństwa i długo zastanawiałem się, co też oznaczać może powszechnie potępione słowo „kurwa”. Pamiętam konsternację, a potem gniew dorosłych, kiedy przy jakiejś okazji z dumą wyrecytowałem zasłyszany dwuwiersz: „kurwa kurwie łba nie urwie”. Do dziś widzę czerwoną ze wstydu twarz matki, zrywającego się z krzesła i wymierzającego mi klapsa ojca i zgorszone spojrzenia kuzynów. A ja stałem nieświadomy treści popełnionego przestępstwa i przytłoczony ciężarem niezrozumiałego zbiorowego potępienia. Tym dotkliwsze było poczucie krzywdy za niezasłużoną karę. Wiele lat później, podczas studiów prawniczych, przypadek ten pomógł mi zrozumieć pojęcie przestępstwa jako świadomego naruszenia normy prawnej, która to świadomość jest podstawowym warunkiem zarówno naganności czynu, jak i skutecznej kary. Bo co z tego, że ojciec za ową kurwę, co drugiej łba nie urwie wlepił mi kilka pasów, skoro nie wiedziałem, dlaczego doprowadził do czerwoności moje pośladki. Równie dobrze mogłem oberwać za powiedzenie „Ala ma kota” lub „las jest zielony”. Jak w takiej sytuacji wzbudzić żal za grzechy?


(…) Ale po pierwszej spowiedzi wracałem naprawdę lepszy. To był taki dziwny trans, którego później nigdy nie doświadczyłem. Idąc modliłem się, kłaniałem nieznajomym, pozdrawiałem drzewa i zwierzęta. Najświętsze wydawały mi się wierzby, podobne pochylonym pielgrzymom idącym w kierunku wyglądającej zza wysokich topól kościelnej wieży. Najtkliwiej przemawiałem do Nieba, które opuściło się tak nisko, że weszło w moje usta, oczy i serce. Czułem je na sobie i w sobie. Dziwiłem się, że z tej duchowej czystości nie stałem się przezroczysty i jestem widoczny dla mijających mnie bliźnich. Pamiętam, że ciążyła mi nawet moja cielesność. To była chyba najbardziej spontaniczna modlitwa, jaką słyszała tamta droga. I tak gorąca, że aż dziw, iż nie wyschło od niej błoto. Nigdy potem droga ta nie była tak piękna, a ja nigdy już nie byłem napełniony takim zachwytem dla świata, kiedy stare rosochate wierzby wydawały mi się cudem natury, a rozległy widok dawał poczucie takiej lekkości, że miało się wrażenie, iż do latania wcale nie trzeba skrzydeł. Nic dziwnego, że usta same układały się do modlitwy, która płynęła prosto do Nieba jak słup dymu z ogniska sprawiedliwego Abla. Dziękowałem więc Bogu za to, że żyję i że dał mi dobrych rodziców. Ale także za te odległe góry i lasy, zwierzęta i rośliny. Pewnie nie wymieniałem tego wszystkiego, ale wszystko to miałem na myśli.


Oczekiwanie na jutrzejszą komunię nadzwyczajnie się dłużyło. I choć zwykle zasypiałem jeszcze przed przyłożeniem głowy do poduszki, tej nocy sen jakoś nie nadchodził. Była pełnia i księżyc wydawał się okiem Pana Boga, obserwującego mnie i sprawdzającego, czy godzien jestem wejść do grona wtajemniczonych. Starałem się więc przez cały czas uśmiechać do księżyca i myśleć wyłącznie o dobrych sprawach. Jak zwykle szczekały psy, rechotały żaby, pachniało siano i lekko szumiały drzewa. Ale tej nocy wszystko to było jakieś szczególne, a ja czułem się jak dobrze nastrojony odbiornik metafizycznych przesłań. Zasnąłem chyba nad ranem, bo przed mrokiem snu zapamiętałem jasny pas na wschodzie.


Rano ojciec zaprzągł konia i z całą rodziną pojechaliśmy do kościoła. W ręku miałem gromnicę przepasaną białą wstążką. Całkiem nową, nie zaś tę, którą matka stawiała w oknie podczas burzy, a ostatnio podczas pożaru sąsiadowej stodoły, kiedy języki ognia łakomie pochylały się nad dachem naszego domu. Nie miałem wątpliwości, że dom ocalał tylko dzięki gromnicy, bo chociaż strażacy bez przerwy polewali dach wodą,  gdyby nie ucichł wiatr, pewnie i tak dosięgłaby nas ogniowa mściwość. A tu w najgroźniejszym momencie wiatr przestał wiać, płomień sflaczał i już nie sięgnął dachu naszej chałupy. Może więc powinienem był wziąć tamtą? Pewnie byłbym ją wziął, gdyby nie to, że miała ją w ręku umierająca Kunicka. A stało się tak dlatego, że kiedy już żegnała się z tym światem i trzeba jej było dać na drogę zapaloną gromnicę, domowa gdzieś się zapodziała. Przysłali więc po nią do nas i z naszą gromnicą Kunicka oddała ducha. A kiedy ją zwrócili, babka radziła wrzucić do ognia, bo jeszcze gotowa sprowadzić do domu śmierć, ale matka się nie zgodziła, bo to była gromnica przywieziona z Częstochowy. Moja była kupiona w mieście, w sklepie, w którym można było dostać prawie wszystko – od gwoździ po śledzie. Pamiętam, jak zbulwersowało mnie, że gromnice stały w blaszanej polewaczce, a książeczki do nabożeństwa leżały obok kleistych muchołapek. Dopiero matka wytłumaczyła mi, że święta powaga gromnic, książeczek, medalików i wszystkich innych religijnych akcesoriów zaczyna się od poświęcenia w kościele. Ale i tak byłem zgorszony. Całe szczęście, że moja książeczka do nabożeństwa nie sąsiadowała z muchołapkami, bo nasze modlitewniki siostra kupiła w specjalnym sklepie, w którym sprzedają tylko święte przedmioty. Książeczka miała białe okładki z wytłoczonym kielichem i wystającą hostią.


Jechaliśmy w szpalerze furmanek, na których siedzieli wystrojeni pierwszokomuniści. Siedzieli w gronie rodziców naturalnych i chrzestnych, rodzeństwa i wszelakiego kuzynostwa. Pamiętam nawet, jak ubrani byli rodzice i brat: ojciec w bardzo rzadko wkładanym czarnym garniturze i białej koszuli, a matka w mojej ulubionej jasnoniebieskiej sukience w chabry. Tylko brat był naburmuszony, bo rodzice kazali mu założyć krótkie spodnie i koszulę z krótkim rękawem. W dodatku, co spojrzał na moje lekkie buty, to z wściekłości zaciskał zęby. Doskonale go rozumiałem i współczułem, że musiał założyć sandały z warsztatu naszego szewca Parkota. Dziś powiedziałbym, że był znakomitym fachowcem, a jego solidne buty powinny znaleźć się w muzeum rzemiosła. Kto wie, czy za kilkaset lat przyszły archeolog nie wygrzebie Parkotowych półbutów, które świadczyć będą o wysokim poziomie wytworów XX wieku. Tak mówię dziś, ale wtedy byłem innego zdania. Wtedy jeszcze nie umiałem docenić Parkotowej solidności i traktowałem ją jak najpodlejszą wadę. Rzecz w tym, że jego buty miały grubą podeszwę i równie solidny wierzch. Były ciężkie, sztywne, a chodzenie w nich traktowało się jak karę. Miały w sobie coś z końskich podków i więziennych kajdan. Nawet dziś wydaje mi się, że nasze letnie chodzenie boso powodowane było lękiem przed obuciem chodaków made in Parkot. Toteż jednym z największych marzeń było posiadanie butów ze sklepu – lekkich, eleganckich, modnych, z cienką podeszwą i miękkim wierzchem. Ponieważ jednak pod względem trwałości przegrywały z Parkotowymi chodakami, tedy były w rodzicielskiej pogardzie. Ale co innego codzienne chodzenie, a co innego komunia! Właśnie z tej okazji dostałem swoje pierwsze sklepowe buty. Były to czarne błyszczące półbuty z wąskimi czubami, a dziurki na sznurowadła miały metalową obwódkę. Chyba cieszyłem się z nich bardziej niż z komunijnego zegarka. Tym bardziej że takie buty miało tylko kilku kolegów, a zegarek był prezentem powszechnym.


W kościele stałem w tłumie rówieśników i słuchałem głoszonych przez proboszcza wzniosłości. Niewiele z tej mowy zapamiętałem, ale siostra zadbała, abyśmy otrzymali odpis. Proboszcz mówił więc:


— Wiara jest dobrodziejstwem waszym. Nasza wiara potrafi wytłumaczyć wszelkie wątpliwości. W niej znajdziecie uspokojenie, ona osłoni was przed rzeczywistymi i urojonymi problemami tego świata. Ona wskaże wam ideał, do którego człowiek dążyć musi, aby być człowiekiem.


Mówił jeszcze o latarni morskiej, wietrze dmącym w żagle i przewodniku po labiryncie życia. Ale jeśli mówił to do nas, tej grupy ubranej na biało, stojącej pośrodku kościoła i mającej po raz pierwszy uklęknąć u stołu Pańskiego, to nie osiągnął zbyt wiele. Większość tej metaforyki była dla nas niezrozumiała, a w dodatku wszystko docierało w sposób przytłumiony. Wszak byliśmy najważniejszymi bohaterami tej ceremonii, głównym elementem merytorycznym i scenograficznym. Na nas skupiała się uwaga dziadków, rodziców i kuzynów, którzy obserwowali nas, podziwiali, porównywali i czuwali. A my czuliśmy na sobie tę wielką odpowiedzialność i chcieliśmy jej sprostać. Każde z nas więc starało się nie poruszać, trzymać gromnicę na wysokości ramienia, a nawet zbytnio nie mrugać. Staliśmy jak wrośnięci w posadzkę, nieco przestraszeni, wyciszeni i przejęci.


Sam akt pierwszej komunii był wielkim przeżyciem. Na chwilę przed uklęknięciem u stóp ołtarza wrócił problem stricte techniczny, którego podstawowym dylematem była długość wysuniętego języka i szerokość otwartych ust. Co prawda odbywaliśmy próby, ale co innego otwierać gębę przy siostrze, a co innego przed księdzem. Starałem się więc przypomnieć sobie instruktaż, ale przed uklęknięciem na stopniach ołtarza wszystko zapomniałem i opanowało mnie przerażenie. Ukląkłem, nie będąc pewnym, czy w ogóle uda mi się otworzyć usta.


Pamiętam drżącą rękę proboszcza kładącego na mój język bielutki krążek. Pamiętam, że bałem się, czy jak motyl nie sfrunie na posadzkę. A kiedy już opłatek znalazł się na moim języku, na chwilę poczułem się bezradny. Nie wiedziałem, jak długo mam go trzymać w ustach i czy połknąć go tak jak połyka się każde inne jedzenie. Nie wiedziałem, co oznacza, że opłatek przykleił mi się do podniebienia i kiedy operując językiem usiłowałem go odkleić, zbił się w miękką grudkę, która z wrażenia i braku śliny uwięzła mi w gardle. Na szczęście tylko na chwilę, bowiem zaraz zsunęła się w głąb. A potem była nagła radość. Wydawało mi się, że widzę, jak Bóg rozświetla moje wnętrze, chodzi we mnie i zagląda w każdy zakamarek. I jest ze mnie zadowolony, bo nigdzie nie znajduje śladu grzechu.


Takie były pierwsze odczucia z przyjęcia drugiego, po chrzcie, sakramentu. Ale problemy te wracały jeszcze podczas wielu komunii, zakłócając owo wzniosłe misterium. Potem nauczyłem się już otwierać usta i wysuwać język na właściwą długość, ale wciąż wydawało mi się, że przyjmuję komunię nie tak, jak powinno się przyjmować Boga. Wydawało mi się, że czynię to zbyt prozaicznie, nazbyt ludzko. Tymczasem spożywanie Ciała Bożego to przecież coś innego, niż przełknięcie zwykłego kawałka chleba. A już nigdy nie ośmieliłbym się zrobić tego, czego dopuścił się jeden z moich kolegów, który po przyjęciu komunii szybko wychodził, wyjmował komunikant z ust i pokazywał go innym, mówiąc że to tylko zwykły opłatek. Dziś z perspektywy wieku mógłbym usprawiedliwiać go naiwną próbą poznania prawdy, ale mimo zmiany światopoglądu, myślę o nim z niechęcią. Pewnie dlatego, że zbyt obcesowo dyskwalifikował treść sakramentu i brutalnie racjonalizował symbole. Że zbyt wcześnie wywoływał podejrzliwość i kopał dół pod dziecięcym idealizmem. Ponieważ zbyt rewolucyjnie przyspieszał dorosłość. I tak jakoś się stało, że kolega źle rozegrał życie i skończył z nożem w plecach, a ja nie potrafiąc tego wytłumaczyć, wiążę to z tamtym komunijnym świętokradztwem.


Ale długo jeszcze przyjmując komunię, nie miałem wątpliwości, że ten biały krążek zawiera ideał, który jest w stanie uczynić mnie lepszym. Toteż starałem się przyjmować go w odpowiedniej oprawie. W oczekiwaniu na komunijny akt klęczałem przy ołtarzu z zamkniętymi oczami, usiłując dostrzec tę jasność, która ma mnie wypełnić. Ze wszystkich sił wytężałem wiarę, chcąc zobaczyć drogę, którą wejdzie we mnie sam Jezus. Może nawet na ramionach będzie niósł baranka, jak ten z obrazka o dobrym pasterzu? Toteż starałem się jak najbardziej rozluźnić, aby drogę tę uczynić maksymalnie wygodną. Wtedy nie miałem wątpliwości, że taka droga istnieje. Że wzdłuż niej rosną wierzby, topole, mirabelki i dzikie czereśnie z owocami słodkimi jak łaska boska. Że wiedzie grzbietem wyniosłych wzgórz, z których po obu stronach widać szeroki i zachwycający, widny świat. Tak jak z kochowskiej góry albo świętokrzyskiego Gołoborza. I właśnie ten ekstatyczny zachwyt uznać można za najwyższą formę modlitwy. Utwardzałem ten wewnętrzny gościniec dobrymi uczynkami, wyrównywałem obietnicami bycia lepszym, spajałem najczystszą miłością. Siałem w sobie ciszę i starannie myłem okna mojego sumienia.


Bo właśnie wtedy, pewnie pod wpływem tego wewnętrznego światła, po raz pierwszy zobaczyłem sumienie.


Na początku nie przeszkadzało mi, że nie wiem, co to jest sumienie, gdzie we mnie mieszka ani jak wygląda. Najpierw wyobrażałem je sobie na wzór oka nieustannie śledzącego moje poczynania i surowo je osądzającego. Jeśli byłem dobry, było szeroko otwarte i miało kolor pogodnego błękitu, a jeżeli osądzało mnie negatywnie, było srogo przymrużone i niemal granatowe. Wtedy podobne było do posępnej siostry Pelagii, która podnosząc do góry wskazujący palec prawej dłoni, zapowiadała piekielne męki. I mówiła, że istnieją granice boskiej cierpliwości i kto wie, czy właśnie ich nie przekroczyliśmy. Kuliliśmy się więc i czekali na natychmiastową karę, a kiedy niebiosa jej nie zsyłały, dochodziliśmy do wniosku, że konto naszych przewin widocznie nie jest jeszcze pełne albo wyrozumiałość boska jest większa od spolegliwości siostry Pelagii. Czasem wyobrażałem sobie sumienie jako wielkie akwarium, w które wpadają moje uczynki i zamieniają się w śliczne, kolorowe rybki. Pływają wśród zielonych wodorostów, trą brzuszkami o czyściutki piasek i urządzają wyścigi. A te najszlachetniejsze wypływają na wierzch i ulatują w niebo w postaci robaczków świętojańskich. Wzbiją się w górę całkiem pionowo, jak dym zwiastujący dobrą pogodę. Dopuszczałem także możliwość, że przy akwarium siedzą aniołowie, łowią moje dobre uczynki i żywią się nimi, a z każdym kęsem ich twarze nabierają blasku. Złe uczynki trafiały zaś do innego akwarium, gdzie opadały na dno i gdzie były oślizłe, grzeszne myśli, zbutwiałe przekleństwa i kłamstwa oraz większe i mniejsze nieposłuszeństwa. Oblepiały się czarną mazią i cuchnęły, a ja musiałem babrać się we własnych brudach, szorować dno piaskiem wyrzutów. Wyobrażałem sobie, że w tym grzesznym szlamie żyją małe włochate diabliki, które czepiają się jak wszy i podgryzają mieszkające we mnie dobro. Miały inną postać, ale były tak samo ohydne, jak pijawki, przy pomocy których ciotka Katarzyna obniżała sobie ciśnienie krwi. Do dziś pamiętam te obłe, pierścieniowate, ciemnoczerwone, workowate i ociężałe cielska, przy których pospolita glista wydaje się być szczytem zręczności i wdzięku. Pamiętam je wczepione w ciotczyną nogę i zawzięcie pompujące krew. Z każdą minutą nabrzmiewały, stając się najpierw grubymi kroplami, potem miniaturowymi beczkami, a w końcu wręcz cysternami. A kiedy już wypełniły się do granic wytrzymałości, odpadały jedna po drugiej, pozostawiając ślady w postaci maleńkich krwawych punkcików. Zdarzało się, że obrazy te przybierały postać sennych koszmarów. Najczęściej śniło mi się, że leżę gdzieś nad wodą, a tysiące wypełzających z mułu pijawek wczepia się w moje ciało i uruchamia swe ssące pompy. A ja czuję nie tylko szelest i ból rozcinanej skóry, ale i coraz mniejsze ciśnienie krwi. Jestem coraz słabszy, nie mogę poruszyć nogami ani rękami. Tymczasem te potworne małe bestie wciskają mi się do nosa, uszu i pod powieki… Budziłem się z krzykiem i bojąc się powrotu koszmaru, za wszelką cenę starałem się nie zasnąć. I chociaż później wiele istot i zjawisk wywoływało we mnie odrazę, to pijawki wciąż pozostają na czele listy ohydztw.


Później wyobrażałem sobie, że sumienie jest czymś w rodzaju czujnika, w jaki Bóg zaopatrzył nas wyprawiając na ten świat. Urządzenie to zaprogramowane jest tak, aby odróżnić dobro od zła i odpowiednio reagować. Przy czym jest tak dobrze zabezpieczone, iż programu tego nie da się złamać, zmienić ani skutecznie wyciszyć. Można go okresowo zagłuszyć, ale w końcu sumienie przemówi i tak. Jeszcze później wyobrażałem sobie, że sumienie to wewnętrzny kompas, który niezależnie od położenia pokazuje dobrą północ. A więc stronę ducha, gdzie mieszczą się przyrodzone szlachetności, będące boskim śladem naszego człowieczeństwa. Wszelkie odchylenia są skrupulatnie rejestrowane i stawiane nam przed oczy, stwarzając szansę na uświadomienie sobie konieczności korekty kursu. Jeśli ta nie zostanie dokonana, sumienie cierpliwie powtarza sygnały dopóty, dopóki widzi szansę sprowadzenia nas na właściwą drogę. Ale jeśli nawet przestaje przypominać, to wcale nie znaczy, że zrezygnowało. Ono tylko przyczaiło się i czeka na stosowny moment, a potem włączy projektor i postawi przed oczy odpowiedni fragment pamięci. Bo z sumieniem jest tak jak z cieniem. Wystarczy, że słońce schowa się za chmury lub nastanie noc, a wydaje się, że już nikt nas nie śledzi. Ale nawet szczypta światła wyprowadza nas z błędu.


Klęczałem z opłatkiem w ustach i przyrzekałem Bogu, że nie przysporzę mu zmartwień. A potem, trzymając prawą dłoń na Ewangelii, w imieniu swoim i reszty komunijnych nowicjuszy ślubowałem Bogu miłość, wierność i oddanie. Ale już wtedy otrzymałem znak, że cnót tych nie dochowam. Oto bowiem klęcząca obok dziewczynka nieostrożnie zbliżyła do mnie zapaloną świecę, od której zajęła się zawiązana na ramieniu biała wstążka. Poczuwszy gorąco i bojąc się o całość mojej pięknej szaty, na moment oderwałem dłoń od świętej księgi i zdusiłem nią ogień. Już wtedy nie okazałem się na tyle silny, aby ofiarować Bogu nieco bólu i bluzę z marynarskim kołnierzem.


Przy komunii dostałem także mały ozdobny zeszycik, w którym po wieczornym pacierzu miałem zapisywać dobre uczynki. Zeszycik był cienki, wszystkiego osiem stroniczek, nie licząc okładki z obrazkiem anioła stróża z twarzą tak skonsternowaną, jakby nagle przestraszył się odpowiedzialności. Oto leży przede mną tamten zeszycik, który miał pęcznieć od zapisów moich dobrych uczynków i wystarczyć mi najwyżej na tydzień. Ale okazało się, że siły woli wystarczyło jedynie na trzy dni. Pierwszego dnia zanotowałem, że zamiotłem podwórko, umyłem w izbie podłogę i przyniosłem świeże kwiaty. Następnego dnia napoiłem za ojca krowy, byłem grzeczny dla babki oraz aż trzy razy zmówiłem pacierz. Kolejny dzień nie był już tak udany, bo pod datą figuruje jedynie tajemnicze hasło „buty”. Być może, chodziło o wyczyszczenie ojcu obuwia, a może zaniesienie do szewca matczynych pantofli? Potem mój zeszycik dobrych uczynków musiał mi się gdzieś zapodziać albo – co bardziej prawdopodobne – nie chciało mi się go wypełniać. Prawdopodobnie i tym razem zawinił grzech lenistwa. Musiałem za to odpokutować, bo kiedy tydzień po komunii siostra katechetka sprawdzała nasze zeszyciki-dobrouczynniki, za brak wpisów wysłała mnie do spowiedzi, a ksiądz dał mi za pokutę trzykrotne odmówienie litanii do Najświętszej Maryi Panny. Nie byłem z tego zadowolony, ale i tak ją wolałem od litanii do Serca Jezusowego. Chyba dlatego, że tę pierwszą odmawiałem pod obrazem łagodnie uśmiechniętej Matki Boskiej, a z drugą musiałbym klęczeć pod obrazem Jezusa z nagim sercem oplecionym cierniami, z których kapały wielkie krople purpurowej krwi. A ponieważ na krew zawsze patrzyłem z odrazą, tedy pod obrazem Chrystusa modliłem się tylko w ramach pokuty. Na początku działo się tak dość często, bo proboszcz uwielbiał sercową litanię i po każdej spowiedzi ołtarz z krwawym obrazem otoczony był wianuszkiem klęczących pokutników. Najgorsze było zaś, że niezależnie od ciężaru grzechów pokuta była zawsze taka sama – dwie litanie dziennie przez cały tydzień. Z tym że popołudniową trzeba było odmówić w kościele. Oczywiście po uprzednim zameldowaniu się proboszczowi. Na szczęście potem w parafii zjawił się wikary, który preferował litanię do Matki Boskiej. W dodatku nakazywał odmawiać ją średnio tylko trzy razy i w porze wygodnej dla pokutnika. Nic więc dziwnego, że konfesjonał wikarego był oblegany, a u proboszcza spowiadały się tylko szczególnie nawiedzone baby.

 

(Fragment powieści „Świętość z obrazka”)


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko