Jacek Bocheński – Metro i Czas letni

0
153

Jacek Bocheński



Metro i Czas letni


bochenskiPociągu jeszcze nie widać. Zapowiada, że nadjeżdża, odgłosami podobnymi do kaszlnięć. Zaraz potem wydaje z siebie najpierw szmer, który jednak szybko zamienia w coś bliższego trąbieniu, w przeciągłe, potężniejące, jakby zachrapanie metalowego smoka. Bardzo długie. A smok już błysnął w głębi tunelu jednym ślepiem, rozjaśnił tam z lekka ciemność żółtawą poświatą. Niepostrzeżenie kończy swoje smocze zachrapanie, przekształca je w ryk, i już wtacza się z reflektorami, hukiem i grzmotem na peron, gdzie stoję. Wsiadam do drżącego jeszcze wagonu, bo to jest moje metro warszawskie. I jadę. Cały czas wśród łomotu i właściwych metru warszawskiemu stuków, przez które z trudem przebija się tylko głos męski, wywołujący raz po raz nazwy kolejnych stacji. Brzmi to trochę tak, jak brzmiał kiedyś głos herolda, gdy musiał z obwieszczeniem zwrócić się do tłumu. Ale ja w metrze jestem zadowolony, bo mimo huku słyszę. A drugiego metra nie mam do dyspozycji . I żaden Kowalski nigdzie w Polsce nie ma.

Najbliższe drugie metro jest w Berlinie. Tam nazywa się U-Bahn. Sunie miękko jak po maśle, ciche jak szemrzący strumyk. A przystanki zapowiada kobieta aksamitnym głosem w taki sposób, jakby przekazywała poufną informację każdemu pasażerowi na ucho.

Polak jest dziś człowiekiem bywałym w świecie, a już wpaść o rzut beretem do Berlina może bardzo łatwo, dlatego Kowalski najprawdopodobniej kiedyś tym U-Bahnem jechał. I co sobie myślał, gdy w bezszelestnym pociągu aksamitnogłosa kobieta mówiła tonem, jakim w Polsce nikt do niego nie mówi?

Co to znaczy – myślał – że Niemcy mają tak fajnie, a ja nie? Tu u nich wszystko, czego tknąć jest lepsze, u mnie w Polsce gorsze. Tu idzie jak po maśle, u mnie jak po grudzie. Tu życie jest wypasione, w Polsce dziadowskie, a nawet to, co jest w obu życiach takie samo, tu wygląda na fajniejsze, tam na lichsze. Nie zgadzam się żyć zawsze gorzej. Nie dam sobie zmarnować życia . Mam w dupie Polskę. Emigruję. Do fajniejszego świata.

Ale to pomyślał, często też potem zrobił Kowalski pewnego gatunku. Bo jest i drugi gatunek, liczniejszy. Kowalski drugiego gatunku zareagował inaczej.

Co to znaczy – zirytował się – że Niemcy mają tak fajnie, a ja nie! Co to za skurwysyństwo się dzieje! O, jak się wszystkiego nachapali, jak się, dranie jedne, wywyższają nad biednym Polakiem, jacy to ważni panowie wszędzie nad wszystkim, a najbardziej nad Polską, tak strasznie przez wszystkich skrzywdzoną. I Hitlera mieli, zbrodniarza, babcia mi opowiadała, jak jej dom spalili, pradziadka zamordowali. A teraz jak to chytrze wykombinowali, cwane bestie, chodźcie, powiedzieli, do Unii, Europejczykami, kurwa, będziecie, fajnie będziecie mieli. A na co wychodzi, ot, w takim metrze? Na to, przed czym ostrzegał od początku Ojciec Tadeusz w Radiu Maryja: broń Panie Boże, nie idźcie do Unii, bo będziecie parobkami u Niemców. Ale nie ma głupich. Ja parobkiem u Niemców nie będę. Ja mam w dupie ich Europę, bo jestem Polakiem, a Polacy to dumny naród i Polska to piękny kraj, i będziemy jeszcze mistrzami świata, i od morza do morza, a cudzoziemskie wypierdki europejskie mogą Polakom naskoczyć, tak nam dopomóż Bóg!

CZAS LETNI

To się nie zmieni. Zima, lato, planeta, trzcina, woda, pies. To będzie.

Zmierzch Zachodu, światło ze Wschodu albo na odwrót: zmierzch Wschodu, światło z Zachodu – to już było albo nie było, będzie albo nie będzie. To jest niepewne. Przyjdą cię aresztować, nie przyjdą. Czy przyjdą, zależy od tego, co mogą i co jakiemuś chwilowemu komuś strzeli do głowy. Wojna, pokój. Tak samo . Czas letni, czas zimowy. Tak samo. Kocha cię Justyna, nie kocha. Tak samo. Zależy od tego, co może i co jej strzeli do głowy.

A pies? Jak świat wygląda z punktu widzenia psa?

Stoi zapatrzony w staw. Zobaczył miskę kolosalnych rozmiarów, pełną wody i obrośniętą badylami zeschłej trzciny po zimie. Zastygł w skupieniu. Trwa ono sekundę. Ale ta sekunda jest przedwieczna i ogarnia trwaniem planetę. Tak stali jego przodkowie milion lat temu, gdziekolwiek byli. Tak będą stali jego potomkowie milion lat po nim. Jeśli, oczywiście, będzie jeszcze woda.

Ruszy nagle pędem , kilkoma błyskawicznymi susami w szuwary, miedzy suche trzciny z trzaskiem, wzburzył je, aż zatrzęsły się dokoła zeszłoroczne wiechy na czubkach badyli. W mgnieniu oka stał się cały chlupotem i bryzganiem, lecz natychmiast znieruchomiał. Ucichł. Kaczka odpływała w oddali. Ścigać ją nie ścigać? Trzeźwo ocenił możliwości. Nie miałby szans. Przecież kaczka w razie czego odleci. Zajął się chłeptaniem wody ze stawu. Szybko wyskoczył z powrotem przez szuwar na ląd. Teraz był żywym kołowrotkiem wodnym, otrząsnął się pośpiesznie, zakręcił pryskającym łbem, parsknął, jakby cały zawirował. I gdzieś pobiegł.

Nie jest jeszcze pora na kąpiele w stawie, uważam. Dopiero co odtajała na nim cienka szybka lodu. Woda musi być bardzo zimna. Pies jednak uważa inaczej. Nie obchodzą go chwilowe ludzkie kalendarze i rachuby czasu, historyczne ani astronomiczne. To on, wskakując do wody, ustanowił dziś rzeczywisty czas letni według swoich przedwiecznych zasad.

Jacek Bocheński blog II

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko