Tomasz Marek Sobieraj – Instytut

0
364
Ryszard Tomczyk

Tomasz Marek Sobieraj



Instytut 

 

 

tomczyk twa


Teraz już wiem, że mózg wariata wygląda właściwie tak samo, jak mózg geniusza. A często nawet jest nieco ładniejszy. Jakby bardziej słoneczny, weselszy, w kolorze ciepłego beżu albo kremu z karpatki, a nie zimnoszary. Drobne żyłki naczyń krwionośnych są bardziej wyraziste, mocniej splątane, niczym młode gałązki dzikiego wina. I zazwyczaj jest nieco większy. Różnice dostrzegłem analizując setki tych organów w podziemiach Instytutu Herzoga, gdzie pracowałem od roku na stanowisku krojczego. Przepraszam, od tygodnia już starszego krojczego.Wbrew banalnej nazwie mojej funkcji, zakres obowiązków miałem całkiem pokaźny. Zanim przystępowałem do krojenia mózgów w centymetrowej grubości plastry, najpierw, po wyjęciu ze słoja, musiałem je dokładnie umyć letnią wodą, następnie zmierzyć, zważyć i sfotografować, oddzielić poszczególne płaty, most, rdzeń i móżdżek, później szczegółowo opisać w grubym brulionie  i dodatkowo w specjalnej bazie danych. Dopiero po tych wszystkich, wprowadzających do właściwego aktu czynnościach, kładłem mózg, a w zasadzie poszczególne elementy mózgowia, na krajalnicy takiej zupełnie zwyczajnej, do chleba, jaką prawie wszyscy mają w domach, nawet nie śniąc, że może mieć niepospolite a równie pożyteczne zastosowanie. Soczyste plastry układałem równo w dwóch rządkach na niklowanych tacach i wsuwałem w otwór windy, którą jechały do laboratorium na parterze budynku, gdzie zajmowali się nimi analitycy.

 

Świeże mózgi dostarczano w każdy poniedziałek, rano, koło dziewiątej. Przyjeżdżały żółto zieloną ciężarówką zakładów lodziarskich, w specjalnych kubełkach, wyglądających jak duże opakowania lodów brzoskwiniowych. Kiedy przez ściany mojej piwnicznej krajalni słyszałem wesoły klakson lodziarki, biegłem na górę, by wraz z innymi pracownikami Instytutu obejrzeć nową partię organów. Radość i gwar towarzyszyły tym cotygodniowym dostawom. Przepychankom, kuksańcom i żartom nad pojemnikami nie było końca. Dopiero nadejście kierownika zaopatrzenia uspokajało podnieconą atmosferę, a my rozchodziliśmy się do swoich pomieszczeń, oczekując aż transport dotrze najpierw do sortowni, później do krajalni, a na końcu do działu analiz. Od czasu do czasu przywożono do nas mózg geniusza lub jakiegoś wyjątkowego wariata. Wiedzieliśmy o tym od razu, bowiem w takim przypadku opakowanie nie miało oznaczeń. Wtedy, z szacunkiem i w kompletnej ciszy, patrzyliśmy na samotnie stojące na podłodze pudełko, zanim sam dyrektor nie zszedł po nie i nie zabrał najpierw do swojego gabinetu, by uczcić wydarzenie lampką koniaku, w jakże wyborowym towarzystwie.

 

Jak już wspomniałem, tydzień temu dostałem awans, jednak towarzyszące temu okoliczności nie należały do przyjemnych. Mój poprzednik, wieloletni pracownik Instytutu, człowiek, dzięki któremu pokochałem krajalnictwo, i który nauczył mnie mistrzostwa w fachu, zginął tragicznie na posterunku, wykonując zawodowe obowiązki. Śmierć piękna i zaszczytna, ale jednocześnie to przykład straszliwego pecha. Z powodu choroby reumatycznej tracił czucie w palcach, o czym wiedzieliśmy tylko my dwaj. Owego feralnego dnia, zapewne z powodu bolesnego zesztywnienia stawów, upuścił na podłogę plasterek szykowanego na cito mózgu. Schylając się, by go podnieść, uderzył głową o kant metalowego stołu, stracił przytomność i upadł na podłogę ponownie uderzając się w głowę, tym razem tak mocno, że zmarł natychmiast, nie wypowiedziawszy nawet słowa. Jak wykazała sekcja zwłok, miał w tym miejscu tętniak, który i tak, prędzej czy później, spowodowałby zgon. Pośmiertnie odznaczono go Medalem za Zasługi i mianowano nadkrojczym, wdowa otrzymała prawie nowy zegarek oraz dyplom, a ja awans wraz z mózgiem kolegi do krojenia. Gazetka naszych związków zawodowych opublikowała piękny nekrolog, biografię i zdjęcie starszego krojczego przy pracy. Radiowęzeł emitował wspomnienia i gawędy o nim. Pogrzeb był udany, przemawiał dyrektor Instytutu, marsz żałobny zagrała orkiestra dęta Zjednoczonych Miejskich Zakładów Lodziarskich, czyli popularne „Zm(r)zliny”. Wielu z nas miało łzy w oczach i dyskretnie wycierało nosy służbowymi chusteczkami.

 

Instytut dbał o swoich pracowników. Do dyspozycji mieliśmy własny ośrodek wczasowy, kręgielnię, przychodnię lekarską i bufet. Bufet był dla nas najważniejszy. Serwowano w nim wyśmienite potrawy, przygotowywane przez zespół najlepszych w mieście kucharzy. Za specjalność zakładu uznaliśmy jednogłośnie parówki podawane z zasmażaną kiszoną kapustą, tak wykwintne, delikatne, smaczne i pożywne, że opiewali je w wierszach miejscowi poeci, a zawodowi znawcy kuchni dawali pięć widelców w przewodnikach gastronomicznych. W bufecie odbywały się spotkania towarzyskie, szkolenia, wyprawiano w nim imieniny, wesela, chrzciny i komunie. Stanowił dodatkowe pokaźne źródło dochodów naszej placówki, która od czasu wprowadzenia reform gospodarczych i obniżenia dotacji budżetowych musiała przynosić dochody. Jak we wszystkich instytucjach kraju, objętych nową ekonomią, tak i u nas sprywatyzowano zyski i upowszechniono koszty, dzięki czemu niektórym powodziło się nie najgorzej. Oprócz bufetu, bardzo też lubiliśmy nasz ośrodek wczasowy, malowniczo położony nad sztucznym jeziorkiem, u podnóża zrekultywowanej hałdy popiołów z pobliskiej elektrowni. W miłych, kameralnych, tekturowych domkach wielu z nas spędziło swoje najpiękniejsze chwile w życiu.

 

Statutowym celem Instytutu było pozyskiwanie najwartościowszych komórek z mózgowia, które po pobraniu i selekcji sztucznie rozmnażano po to, by je wszczepić potrzebującym pacjentom. Wszczepienia stały się obowiązkowe od czasu pamiętnej ustawy o wolności i równości, nakazującej zabieg wszystkim obywatelom, rzecz jasna dla ich dobra. Ten akt prawny, niezbędny w nowoczesnym państwie, odróżniał nas od zacofanych społeczeństw, żyjących w nierównościach i niesprawiedliwości. Stanowiliśmy awangardę awangardy, realizując program wyrównywania szans. Wiadomo przecież, że mózgowie sportowców czy wojskowych ma niewiele kory, za to nadmiernie rozwinięty móżdżek, odpowiedzialny za siłę mięśni i utrzymanie wyprostowanej postawy ciała, dlatego przeszczepiano im komórki z pola korowego kojarzeniowego i korowego ośrodka mowy. Z kolei wielu artystom oprócz kory, brakuje często komórek podwzgórza regulujących gospodarkę hormonalną, łaknienie, czuwanie i sen, które za to w nadmiarze występują u polityków i urzędników. W ten sposób, dzięki nowoczesnej neurotransplantologii, wszyscy obywatele w końcu mogli stać się mniej więcej równi. Jednak problemy też istniały. Największy był z ośrodkami korowymi odpowiedzialnymi za pamięć, myślenie i inteligencję. Ciągły deficyt tych wyspecjalizowanych komórek doprowadził do podjęcia eksperymentów z przeszczepianiem ich z mózgów zwierząt domowych. Wyniki okazały się obiecujące, czasem nawet przekraczały oczekiwania naukowców, ale nowe komórki po jakimś czasie ginęły, do tego drastycznie uległo zmniejszeniu pogłowie psów i kotów. Dlatego każdy mózg, zawierający silnie rozwinięte ośrodki korowe, był na wagę złota.

 

Realizację programu wszczepień przewidziano na lata. Pacjentów między osiemnastym a pięćdziesiątym rokiem życia wybierano losowo, młodszych, od noworodków począwszy, zabierano na zabiegi rocznikami. Osoby po pięćdziesiątce nie kwalifikowały się do przeszczepów, ponieważ średnia trwania życia nie przekraczała sześćdziesięciu lat i taki zabieg w ich przypadku byłby marnotrawstwem cennych tkanek. My, pracownicy realizującej kluczową część programu placówki, nie mieliśmy żadnych preferencji. Wręcz przeciwnie, ustawa nakazywała, aby ludzi zatrudnionych w neuroresorcie poddawać zabiegowi jako ostatnich. Odczuwaliśmy to jako pewną niesprawiedliwość, nawet dyskryminację, ale tak zdecydowała w referendum większość obywateli. Za to z radością mogliśmy obserwować efekty naszej i chirurgów pracy osobnicy po transplantacji komórek mózgowia, niezależnie od życiowych okoliczności, byli bardzo spokojni i szczęśliwi. Może nawet za bardzo. Właśnie w związku z tym przesadnym zadowoleniem pojawiały się głosy krytyków przedsięwzięcia, którzy twierdzili, że poddani przeszczepom wyglądają raczej na ludzi, którym coś usunięto niż dodano. Malkontenci i defetyści są zawsze, na szczęście program nie robił dla nich wyjątków, więc niezadowolonych systematycznnie ubywało. Optymizm rósł. Budowaliśmy dla wszystkich nowy, wspaniały świat.

 

Lubiłem swoją pracę. Jednak po pięciu dniach wysiłku z radością spacerowałem po łąkach i zagajnikach otaczających miasto, dotleniając się i rozciągając pokurczone, zwiotczałe mięśnie. A w niedzielne popołudnia zaglądałem do kawiarni o wdzięcznej nazwie „Natasza”. Zaopatrzony w papierosy, gazety z całego tygodnia i przeznaczoną na tę okazję kwotę, zasiadałem na sofie ustawionej przy oknie, rozkoszując się niebiańskim aromatem świeżo zmielonego ziarna, smakiem papierosa, kawy i torcika tiramisu. To moje jedyne zmysłowe nałogi. Przeznaczałem na nie niewiele, wytrzymując nienasycenie możliwie jak najdłużej, aż do niemal fizycznego bólu, tak aby chwila zaspokojenia eksplodowała we mnie niczym spełniona namiętność niecierpliwych kochanków, niewidzących się od tygodnia. Drugą kawę i drugiego papierosa wchłaniałem już bez pośpiechu, spokojnie, niczym rasowy koneser, z czułym wyrafinowaniem doświadczonego amanta, smakując płyn po kropelce, zaciągając się powoli, samemu stając się kawą i dymem. Tak, byłem wtedy kawą  i dymem. Czyste metafizyczne uczucie, jednocześnie czysta, niezwykła zmysłowość i pełnia rozkoszy. Smaki i aromaty wypełniały całe moje ciało, każdą komórkę i myśl. Uwielbiałem ten stan najwyższego wyciszenia. Trwał kilkanaście minut, czasem nawet pół godziny. Po nim następowała godzina niezmąconej pogody ducha, którą poświęcałem lekturze gazet i obserwacji przechodniów. Później nadchodziło niepokojące, z minuty na minutę bardziej dokuczliwe uczucie niedopasowania do świata i ogólnego niedosytu, które zazwyczaj zabijałem kilkoma kieliszkami wiśniówki. Na koniec wypijałem jeszcze kieliszek wódki, a la mani`ere russe, jak mawiała moja babcia z Petersburga, i miękkim krokiem marynarza wychodziłem. Tak też było tej niedzieli.

 

Zmierzałem z kawiarni w stronę przystanku tramwajowego, gdy nagle z bramy wyskoczyła grupa wyrostków. Poczułem tępe, mocne ukłucie w plecy, potem drugie. Upadłem na chodnik. Spod marynarki wypływała ciepła krew. Nie sądziłem, że jest aż tak ciepła i lepka. Dwóch napastników przeszukiwało kieszenie mojego płaszcza. Po chwili poczułem senność, zamknąłem oczy. Zrobiło mi się nad wyraz przyjemnie, wypełniał mnie spokój. Myślałem, że nie zdążę na tramwaj i nie wrócę do domu na ulubiony serial. Zdumiewające, ale nie martwiło mnie to specjalnie. Przyjemność była coraz większa, narastała, zacząłem się zastanawiać, kiedy nastąpi apogeum rozkoszy. Czekałem. Nie nastapiło. Nastała ciemność. Słyszałem cichnące kroki napastników. Kolejne, co pamiętam, to twarze lekarzy pochylonych nade mną. Jeden miał takie śmieszne, zakręcone do góry wąsy, jak małomiasteczkowy fryzjer na starych filmach. Widziałem, jak wyjmują mój mózg, obcinając nożem połączenia nerwowe. Dziwny stan. Niczego nie czułem, żadnego dotyku czy bólu, wiedziałem natomiast, jakimś nadzwyczaj jasnym nadpojmowaniem, że wyjmowali mnie z ciała, jednocześnie widziałem wszystko z zewnątrz i od środka. Zrozumiałem, że jestem już tylko samym mózgiem. Gdy włożyli mnie do pudełka z naklejoną roześmianą brzoskwinką, ponownie nastała ciemność.

 

Obudziły mnie znajome głosy, śmiechy i żarty. Unosiłem się w głębokiej czerni. Po chwili nastąpiło coś, jak lekkie uderzenie w spód pudełka. To stół pomyślałem. Gdy uchyliła się pokrywa, ucieszyłem się ogromnie. Patrzyła na mnie przyjazna, pucołowata twarz kierownika sortowni. „Cześć!” krzyknąłem wyciągając rękę, i zacząłem, może trochę nieskładnie, opowiadać swoją niezwykłą przygodę. Brak jakiejkolwiek reakcji nadsortowacza przypomniał mi, że jestem samym mózgiem, szarawym magazynem myśli i uczuć, a nie kolegą z pracy. Nie miałem już ciała, ubrania i okularów. Posmutniałem. Lubiłem chłopaków z sortowni i laboratorium, ale wiedziałem, co dalej nastąpi. Oddzielanie, krojenie, smutne, nudne życie na pożywce, transplantacja. Ogarnął mnie paraliżujący strach przed przyszłością i jednocześnie ciekawość, komu zostanę wszczepiony. Może komuś sławnemu? Piosenkarce? Kurtyzanie? Piłkarzowi? Gwieździe telewizji? Najchętniej jednak znalazłbym się w głowie jakiegoś generała albo chociaż pułkownika, o czym marzyłem od lat zawsze mi imponowały lampasy, epolety, błyszczące guziki i kolorowe berety z kutasikami.

 

 

Rozglądając się po sortowni rozmyślałem o zadziwiających i niepoznanych właściwościach mózgu. W jak wielkim błędzie tkwiły całe pokolenia naukowców, uważając, że wraz z obumarciem jego pnia, kończy się życie. Przecież ja żyłem. I to jak! Moje możliwości psychofizyczne wyraźnie wzrosły. Szczególnie interesująca była niezwykła, zwierzęca sprawność niektórych zmysłów, głównie wzroku i węchu, która pozwalała na oglądanie świata jednocześnie z kilku perspektyw i wyczuwanie zapachów przez ściany. Posiadłem też nadzwyczajną jasność myśli. Nagle zrozumiałem istotę wszechrzeczy. Bez najmniejszego wysiłku znalazłem rozwiązania dwóch odwiecznych zagadek natury istnienia i poznawalności prawdy, które od zarania dziejów zaprzątały umysły myślicieli. Problemy aksjologii okazały się zwykłą błahostką. W podobnym stanie wyostrzenia zmysłów i nadświadomości już kiedyś byłem. Tak, jakieś dwadzieścia lat temu, gdy podczas studiów sprawdzaliśmy z kolegami połączone działanie alkoholu i narkotyków, własnoręcznie produkując te specyfiki w pracowni chemicznej. Syntetyczna meskalina z podrabianą żubrówką dawały zbliżony efekt.

 

Po chwili wylądowałem w słoiku a właściwie czymś w rodzaju głębokiej salaterki i taśmociągiem sunąłem przez ciemny tunel. Gdy pojawiło się światło, rozpoznałem krajalnię i pracującego w moim zastępstwie jednego z laborantów.

 

Najciekawiej zrobiło się, gdy podzielił mnie na części, zdecydowanymi ruchami odrywając od siebie płaty, most, rdzeń i móżdżek. Czułem się tak, jakbym nagle zaistniał w kilku postaciach o różnych, skrajnych właściwościach psychofizycznych. Jeden ja był atletą, inny pieśniarzem, jeszcze inny kretynem, kawałek mnie robił nawet wrażenie poety i filozofa. Jakiś mały ja świntuch wyglądal na onanistę, inny na windę towarową. Ten stan wielodzielności w jedności uległ pogłębieniu, gdy ostra tarcza krajalnicy cięła mnie, porozdzielanego, na plastry. Po tym zabiegu stałem się już grupą atletów, pieśniarzy, kretynów i filozofów w jednym. Część z nich onanizowała się w windzie jednocześnie wystękując wiersze awangardowych poetów. Fascynujące! Ja jeden byłem wielością istnień! Tego stanu nie dała mi nigdy żadna substancja ani sen. Zadowolony, leżąc na wygodnej, dużej niklowanej tacy, czekałem, a nawet można rzec, czekaliśmy, na nowe doznania.

 

Po krótkiej podróży z podziemi na parter budynku znalazłem się przed szerokimi, metalowymi drzwiami, za którymi znajdował się jasno oświetlony korytarz, a na jego końcu gruba, przeźroczysta zasłona z szerokich pasków tworzywa. Za nią, w białych fartuchach i czepkach, wokół wielkich kotłów, pracowali ludzie, mieszając w nich coś i dosypując różowy granulat z małych wiaderek. Pachniało mączką rybną i celulozą. Zaniepokoiłem się, gdy pod jedną ścianą hali dostrzegłem puste, niklowane tace, zaś pod drugą sterty świeżych parówek.

 

EPILOG

 

Kilka tygodni później telewizja podała sensacyjną informację. Otóż pewien leśniczy twierdził, że porozumiewa się z niedźwiedziem, zamieszkującym w pobliskim rezerwacie. Podobno przerażone stworzenie przekazało mu wiadomość, wydrapując słowa pazurem na piasku, że jest pracownikiem Instytutu Herzoga i znanym poetą awangardowym. Leśniczy powtarzał też inne niesamowite wyznania zwierzęcia, na przykład jakoby Instytut zajmował się produkcją delikatesowych parówek, których podstawowym składnikiem są ludzkie mózgi. Mężczyznę uznano za chorego i przewieziono do kliniki psychiatrycznej, gdzie wkrótce popełnił samobójstwo. Wczoraj natomiast władze poinformowały, że niebezpieczny, chory na wściekliznę niedźwiedź, grasujący w pobliżu miasta, posądzany także o bezczelne włamanie do sklepu spożywczego, został zastrzelony. Ludzie mówią, że na jego legowisku znaleziono opróżnioną butelkę wiśniówki i równo ułożone opakowania po skradzionych parówkach.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko