Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (40)

0
139

Zdzisław Antolski


MOJE KIELCE LITERACKIE (40) 

WZGÓRZE DZIECIŃSTWA

 

sienkiewicz-kielceJak pielgrzym idę do mojej Ziemi Świętej. Przez białe pola lnu, potykając się i powstając z klęczek, z laską ołówka w zgrabiałej dłoni.  Gdzie łąki nad Nidą, pola zbóż i Matka Boża Pełczyska w potrzebie. Idę na sagę, skrótami, do domu.

Tam obszar ziemi, obwiedzione cyrklem słońca koło, z palem przydrożnej figury, wbitym w znikającą dal.  Gdzieś tu nieznany grób starego psa i wiernego kota, cmentarz dzieciństwa. W ogrodzie, pod pomnikiem z krzewu agrestu, poległa armia papierowych żołnierzy.

Płoty i płoty drewniane, za nimi wiejskie ogródki. Wielkogłowe piwonie, długoszyje tulipany, kosmosy-onętki w koronkowych sukienkach. A wszystko zatopione, jak w morzu zielonym, w bzie, w kaskadach zamrożonych fioletu i bieli. Stoją wysmukła malwy i dziewanny, jak maszty okrętu. Słonecznie, żółto, złoto…

Przybyłem tu, na kościelne wzgórze, pewnego majowego dnia, po dwudziestu pięciu latach nieobecności. Patrzyłem na moją ukochaną Wapienną Górę, która góruje nad bliską sercu okolicą, jak obcy, przybysz z dalekiego świata. Majową, kwitnącą drogą, pod baldachimem drzew. Bzy ciekawie wyglądały zza płotów, machały kiściami kwiatów na powitanie. Stanęliśmy pod kościołem, stukają nasze serca przed okutymi drzwiami, czy Matka Boża Pełczyska jest w domu? Wchodzimy z modlitwą, a na wieczór umawiamy się pod kapliczką

Patrzę z Wapiennej Góry na pradolinę, na dachy domów. Nie jest to moja wieś rodzinna, nie mam przecież tu krewnych ani bliskich, oprócz kilku znajomych i przyjaciół. Nie wiem więc, czemu tak porusza mnie ten pejzaż. W dzieciństwie wszystko wygląda bajecznie, tajemniczo, ciekawie, poetycko…

Od razu, od pierwszego wejrzenia urzekło mnie to miejsce. Jakiś słodki aromat w powietrzu, zapach pszczelego miodu pól, czystość i krystaliczność unosząca się wokół. Biały kościół w otoczeniu kasztanowców, dziwny czarodziejski nastrój, dostojna cisza pól, spokój. Wzgórze już chyba zapomniało o mnie, może mnie nawet nie rozpoznało?

Przybyłem, bo chciałem zabrać ze sobą tę część mojej duszy, która tu pozostała i błąkała się bezdomnie, opuszczona, samotna i smutna. Tułała się po wzgórzu, po drogach, pokojach, gdzie już gospodarowali obcy ludzie. Szukałem wzrokiem, między drzewami błąkającego się cienia. No, chodź, mówiłem w myślach do tamtego chudego chłopca, w krótkich spodenkach, smukłego, opalonego, wysmaganego wiatrem Wezmę cię ze sobą do miasta. Tu już nie ma twoich rodziców, w twoim dawnym przybranym domu, w starej szkole, mieszkają obcy ludzie, stoją tam inne meble, ci ludzie mają swoje zwierzęta, nie żyje już pies Karuś i ukochana kotka, z którą odrabiałeś lekcje.

Nie masz tu co robić, wszyscy wyjechali, nawet dziewczynka, w której się kochałeś, wyjechała do wielkiego miasta, mieszka w bloku, wśród ludzkiego mrowia. Wyrwana stąd jak kwiatek polny. Chodź ze mną, bo i mnie ciebie brak, tam w mieście. Twoich naiwnych wzruszeń, kiedy służyłeś w białej komży do majowych nieszporów, twojej naiwności i świeżości.

Tęskniłem za tobą, wiesz, jesteś mi potrzebny. Chciałem o tobie zapomnieć, piłem wódkę, paliłem papierosy, chciałem siebie zniszczyć z żalu, z rozpaczy, wygłupiałem się, robiłem z siebie idiotę i durnia, bo wstydziłem się ciebie. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina…

Zrozumiałem to i teraz proszę cię o przebaczenie… Czy mi wybaczysz, czy wrócisz, czy połączysz się znów ze mną w jedno? Zobaczysz, że i nasi rodzice się ucieszą, bo już myśleli, że jesteś stracony, że zostałeś tutaj na zawsze, że będę tylko ja, pyszałek miejski, chuligan i utracjusz, szyderca i łobuz, ludzki wrak…

Ale ty jesteś tu, pozostałeś, widzę cię, jak przebiegasz między krzewami i pniami drzew. Uwierz, że ja i rodzice zabraliśmy tę wieś ze sobą w pamięci i w swoich duszach, jak niegdyś robili to emigranci płynący za chlebem do Ameryki, bo inaczej nie moglibyśmy normalnie żyć.

Co roku jesienią, pod kościołem, pod koronami drzew, leżało w trawie mnóstwo orzechów kasztanów, a teraz pewnie jest ich jeszcze więcej, bo szkoły już nie ma, dzieci nie ma, mieszkają tam ludzie ze wsi, powiesili firanki w oknach, udomowili klasy lekcyjne, wynieśli ławki, tablice, mapy, pomoce naukowe, maszynę elektrostatyczną, peryskop, modele silników i wyrzeźbionych w drewnie konikach z furmanką.

Nasz ksiądz Antoni, proboszcz, miał zawsze surową twarz i nie wolno mu się było sprzeciwić. Uczył nas religii w organistówce i czasem trzepał uczniowskie plecy trzciną. Latem siedzieliśmy wianuszkiem, obok kościoła, na trawie, wokół księdza, który górował na krześle.

W niedzielę, po mszy, ksiądz wychodził przed zakrystię, a wokół tłoczyły się stare przygarbione kobiety w chustach z frędzlami, do całowania księdza w rękę. Później przeprowadziłem się do miasta wojewódzkiego, do Kielc i czasem spotykałem naszego proboszcza na głównej alejce parku. Szedł do siedziby biskupa, a ja wracałem do domu ze szkoły. Kiwałem głową na powitanie i krzyżowały się nasze spojrzenia.

Nieraz zakradałem się do naszej dzwonnicy, gdzie wisiały głowami w dół, trzy wielkie dzwony, jak kielichy kwiatów. Witał mnie zawsze krzyk kawek, które na przybycie biskupa zakładały nowe, lśniące pióra.

Wzgórze nadal jest ciche i otoczone aurą jakiejś tajemnicy. W myślach nazywam to miejsce moim „sanktuarium”. Może Matka Boża, ze złotego obrazu nad ołtarzem, lubiła się tędy przechadzać, kiedy jej się zbyt zimno robiło w naszym białym, kamiennym kościółku. Kiedy mieliśmy stąd odjeżdżać biegałeś po wzgórzu z aparatem „druh” i robiłeś zdjęcia na pamiątkę. Lato było wtedy wspaniałe; wyzłocone słońcem, kasztany kipiały wprost zielenią, cisza była w powietrzu niesamowita.. Słuchałeś przez radio piosenki „Powrócisz tu…”, Ireny Santor i postanowiłeś wtedy, że musisz tu kiedyś wrócić, na stałe, na zawsze. Zrobiłeś  zdjęcia, sam chciałeś je wywołać i niechcący je zepsułeś. Tak i moje życie się potoczyło, że kiedy chciałem coś zrobić, to zaraz to psułem, klisza się prześwietlała, wszystko znikało i zostawałem sam.

Wokół kościoła widzę nowe, zwyczajne ogrodzenie, bardziej nowoczesne, niż tamto z mojego dzieciństwa, przypominające mury obronnej twierdzy. Wolałem tamto, które pamiętam… I starą plebanię, pochyloną, tajemniczą, mieszkał w niej duch historii, duch przeszłości, który teraz uciekł chyba na cmentarz, do kapliczki Olszowskich. Na stare, porośnięte krzewami groby, o których nikt już nie pamięta, nie zapala tam świeczek, może tylko jedną, z litości, z chrześcijańskiego obowiązku.

Na Wapiennym Wzgórzu stoi nadal Chrystus Frasobliwy z jednego kamiennego ciosu. Biegłem zdyszany pod wiatr, wiejący od góry Zawinnicy. Chrystus, podparty łokciem, siedział na kamiennym słupie, patrzył na mnie z uśmiechem. Był moim kolegą, zwierzałem mu się ze swoich sekretów. Czasem tylko oddawałem się gusłom, kiedy obrywałem płatki kwiatkom szepcząc: kocha, lubi, szanuje…

Chrystus patrzy na kościół i na starą szkołę. Jego twarz zniekształcona jest przez czas, wyżłobiona przez mrozy, deszcze, upały… Wygląda jakby drzemał i marzył, i przez sen się uśmiechał. Po obu jego bokach, trochę z tyłu, rosną dwie robinie akacjowe. Bardzo lubię je, delikatny dotyk ich liści, zerwałem teraz jedną gałązkę i włożyłem między kartki książki. Zasuszę sobie na pamiątkę. Kto je tu posadził przed laty? Może któryś z księży proboszczów, może dziedzic? Ławka dla niego nadal stoi pusta z boku ołtarza.

Za aleją drzew biegła kiedyś twardo udeptana ścieżka, teraz zarosła gęstą trawą, jakby nigdy jej nie było, jakby tu się nie spotykały zakochane pary, jakby nie słychać było gorących szeptów i przyśpieszonych oddechów… Ile takich ścieżek znikło pod trawą?

We śnie biegnę stokiem Zawinnicy. Nad polami śpiewają skowronki. Wokół mnie unosi chmura motyli: pazie królowej, modraszki, cytrynki… Jestem lekki, jak puch z dmuchawców. Unoszę się nad zielonymi trawami, nad dymiącymi ziołami, wśród których jest krzew Mojżesza.

Wiesz, najbardziej dziwi mnie widok trawy na dawnym szkolnym boisku. A byłem po dziecięcemu pewien, że nigdy tu nic nigdy nie wyrośnie, tak było to miejsce udeptane nogami wielu pokoleń uczniów, od Bóg wie jak dawna. Ileż tu odbyło się meczów piłkarskich, głównie w dwa ognie. Nieraz patrzyłem na grających z podziwem dla ich zręczności. Mocno uderzona piłka aż dzwoniła o pierś przy jej chwytaniu. Boisko położone było na skraju kilkusetmetrowej skarpy. Piłka często toczyła się po stoku, które częściowo zarośnięte było trawą, a tam gdzie chodzili ludzie, na tej ścieżce do kościoła i do szkoły, tam jaskrawo świeciły białe kamienie wapienne.

Chłopcy, wychowani na tych pagórkach, potrafili toczącą się w dół piłkę dogonić w połowie stoku. Ale zdarzało się, że mocniej uderzona potoczyła się na sam dół, przez drogę, a następnie poturla się między gospodarskie zabudowania, aż do sadu, pod oborę albo pod budę zdziwionego psa. Tak więc, w czasie szczególnie zawziętych meczów, na skraju stoku stawał dodatkowy kordon złożony z dzieci, które nie brały udziału w grze, a tylko ubezpieczały chwytającego piłkę, żeby ta nie stoczyła się na dół, między chłopskie podwórka. Pościg za uciekającą piłką, wytrącał grających z rytmu i pożerał mnóstwo, cennego w czasie przerwy lekcyjnej, czasu.

I popatrz, teraz na tym boisku, które było twardsze od klepiska, rosną bujnie trawy. Cóż, padały deszcze, wiatr nanosił kurz, ziemię, rozsiewały się chwasty, trwało normalne życie przyrody. Trawa zarasta wszystko. Symbol zapomnienia.

Zniknęła pod zieloną murawą nasza skocznia do skoków w dal, dołek wysypany piachem. Zniknęły z boiska wbite dwa drewniane słupy, do zawieszania siatki. Na północnej ścianie szkoły widnieje jeszcze, wymalowana białą farbą na czerwonych cegłach, bramka do gry w szczypiomiaka. Jej kontury wyblakły już niemal całkiem, śladu po niej niemal nie zostało, trzeba się dopiero dokładnie przyglądać, wodzić palcami po murze.

Dziewczęta pod ścianą grały w piłkę. Odbijały ją o mur głową kilkadziesiąt razy, była to jakaś nigdy nie kończąca się gra, zabawa. Dobierały się takie po dwie, trzy i odbijały piłkę przez wszystkie przerwy lekcyjne, prowadząc przy tym jakieś swoje skomplikowane wyliczenia. Dla chłopaków było to zajęcie dziwne, nudne i żmudne, ale dziewczyny ogarniała gorączka, pasja i oddawały się temu zajęciu przez wszystkie lata, chodzenia do szkoły, na każdej przerwie między lekcjami, kiedy tylko była pogoda.

Na drodze, wzdłuż szkoły, kościoła i cmentarza, położono asfalt. Przykrył on nasze dawne boisko do gry. Musiałbym pożyczyć pióro od Homera, żeby opisać nasza zmagania podczas gry w palanta. Nie widzę także wydeptanych kół, gdzie były stacje. Tyle pokoleń uczniów grało w tym miejscu w dwa ognie, w siatkówkę i w palanta, a teraz nawet ślad nie został. A był to niemalże rytuał, grało się na każdej przerwie, a najbardziej zagorzali zawodnicy zostawali nieraz po lekcjach, ze szkodą dla prac w gospodarstwie. A nieraz potem, kiedy już byli kawalerami po wojsku, wpadali cichaczem na Wapienną Górę, żeby zagrać jeszcze raz, nawet z dzieciakami.

Przychodzili pod mur kościelny w sobotę, przed zachodem słońca. Podstarzali, trzydziestoletni, niektórzy żonaci i dzieciaci. W milczeniu brali w dłonie kije do palanta i gumowe piłeczki. Zdawało im się, że znów są chłopcami, beztroskimi dziećmi. Piłka szybowała wprost ku czerwonemu, zachodzącemu słońcu, które świeciło prosto w oczy, pachniały odurzająco bzy… Śledziłem ich zza kościelnego muru i było mi ich żal, że przeminęła już ich chłopackość, a ich uderzenia są tak silne, że przelatują nad boiskiem, nad Chrystusem Frasobliwym, i lecą gdzieś w przepaść urwiska dawnych kamieniołomów, zarosłego wielkimi ostami i pokrzywami. Wszystko przemija, ich młodzieńcza, kawalerska fantazja i siła także. Przeminie uroda naszych dziewczyn i tylko zapach kasztanów pozostanie, ten sam ale już inny.  Po skończonej grze, rzucali za siebie kije i piłeczki i odchodzili na wieś, napić się wódki, ze zgarbionymi plecami i pochylonymi głowami.

Może gdybym miał tu mieszkać zawsze, to nie było by mi tak strasznie smutno? Codzienność nie skłania do zachwytów na przyrodą, zmusza do troski o bieżące potrzeby. Inni ludzie wprawiają nas często w gniew, trzeba ciągle zabiegać o zabezpieczenie swojego bytu, a to nuży.

Wzięło mnie w ramiona, to ciepłe powietrze, nasycone trawami.

Pogładził mnie po twarzy, ten wiatr od lasu.

Popłakało się niebo z radości.

Wywiesiło w oknie firankę tęczy

– Wróciłeś, dziecko. Wróciłeś.

Zostań.

 

Zdzisław Antolski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko