Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
64

Wacław Holewiński


Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe

 



Czarownice w halkach na skrzekliwych schodach

 

Lekkie halki czarowicPrzed laty przeczytałem „Czerwony ołówek”, ważną książkę Elżbiety Isakiewicz o Henryku Sławiku, niezwykłym człowieku, polskim Wallenbergu. Książkę, którą powinno się zalecać jako lekturę obowiązkową przy kształtowaniu relacji polsko-żydowskich. Potem już nic jej autorstwa nie wpadło w moje ręce. Wiedziałem że pisze, wydaje, że jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ale jakoś nie było okazji „dotknąć” tych innych jej książek. I nagle odezwała się do mnie, przysłała egzemplarz najnowszej…

„Lekkie halki…” mnie oczarowały. To kompletnie inna książka niż „Czerwony ołówek”. Inna pod każdym względem. To przede wszystkim złamanie schematów – połączenie opowiadania, felietonu, reportażu. Złamanie w formie – żaden z tekstów nie przekracza swą objętością dwóch stron. Złamanie, bo inaczej niż w każdym z tych gatunków, Isakiewicz „uparła się” aby znaleźć na zakończenie dobrą puentę, perełkę finalizującą pomysł. I czyni to w sposób godzien zazdrości. Złamanie, bo porusza się… no właśnie… Porusza się gdzie chce: w historii, w emocjach, w pamięci, w obyczaju, w literaturze.

„Nie rozstaję się z moim poszarpanym notatnikiem” – oświadcza autorka. I wiem że tak właśnie jest. Trochę jej tych reporterskich nawyków zazdroszczę. Bo sam często łapię jakiś strzęp rozmowy na ulicy i kiedy chcę po jakimś czasie, już w domu, zapisać – brakuje mi słowa, myśli, tego wszystkiego, co „na żywo” jest błyskiem, zawirowaniem, odmiennością. A Isakiewicz notuje natychmiast. Potrafi, co – wbrew pozorom – nie tak częste, pełnymi garściami czerpać z zasłyszanych, wydaje się prostych, banalnych, opowieści. Ale przecież nie są one ani proste, ani banalne. Jak ta o kobiecie, która wiezie w torbie zdechłego psa aby go pogrzebać na działce. W pociągu jakiś mężczyzna oferuje jej pomoc w taszczeniu ciężaru. Pyta co ma w torbie. – Mięso – odpowiada kobieta, bo wstyd przecież powiedzieć, że to truchło. Nawet jeśli psie. I nagle mężczyzna zwiewa z tą torbą.

„Powtarzają się ludzkie doświadczenia, o tak. Ale czy ktoś stracił psa dwa razy, jak ja? Czy któryś złodziej w historii, rozchylając torbę z łupem – aż do jej spodu, napotkał tylko czaszkę okradzioną z grobu?”

Albo inna historia. Tu już nikt nie odważyłby się powiedzieć, że banalna. Kto z państwa wie, kim była Ida Siekmann? Gotów jestem przyjąć zakład, że 99,99% nie tylko Polaków, także współczesnych Niemców, wzruszyłoby ramionami. Kobieta „nikt”. A jednak… Jednak zapisała się na trwałe w historii. Nie tej wielkiej, tej małej, ludzkiej. To pierwsza uciekinierka z zamurowywanego wschodniego Berlina.

„Tamtego sierpniowego ranka 1961 Ida wymoszcza pierzyną, poduchami i kocami miejsce, w którym spodziewa się upaść – nie chce się zabić, czeka na nią siostra – i skacze.

Tego samego dnia od doznanych obrażeń umiera. Śmierć ma wolną, zachodnią, więc i pogrzeb z honorami jak się patrzy. Przez lata będą jej – pierwszej ofierze muru berlińskiego – składać kwiaty i szaraczki i dostojnicy.

Nie wiadomo, czy Ida Siekmann uciekała od totalitaryzmu. Pewne, że uciekała od ociemniałej kamienicy.”

Od ociemniałej kamienicy? Taka puenta? Marna? O nie, przeciwnie. W domu Siekmann zamurowano wszystkie okna, drzwi wychodzące na Zachód. Ten mur obrósł później straszną sławą, zginęły tam setki ludzi, w zachodnim Berlinie powstało Muzeum Ucieczek. Powinniśmy pamiętać? A kto nas w tym wyręczy?

I zaraz potem opowieść o szkolnej koleżance, może więcej przyjaciółce – która zeszła na złą drogę. Narkotyki, alkohol śmierć. I wyparcie autorki „Lekkich halek…” z pamięci matki tamtej dziewczyny. Nie było nic, żadnej córki, żadnej przyjaciółki, nic. Albo ta o mężczyźnie, który uparł się aby wydobyć zwłoki żony z zatopionego promu. I jeszcze ta o kobiecie pytającej: „przyjmie pani bochenek chleba?”

Pytam Isakiewicz czemu podzieliła książkę porami roku. Odpowiada: lubię porządek. To widać. Waży słowa, nie pozwala emocjom wziąć górę – nawet tam, gdzie wydawałoby się emocje są nieodzowne. Mówi: przecież jestem pisarką. No tak, odpowiadam, choć nie jestem przekonany, że jest zupełnie pewna tych słów. Pisarką faktu, nie zmyślenia, bujdy, nawet nie puszczonej samopas wyobraźni. Precyzyjnie oddaje rzeczywistość.

Dlaczego Czechow? Jest, jest wielki Czechow obecny w kilku rozdziałach. Nie ma wątpliwości, to ulubiony autor. „Kiedy umrę, chciałabym się znaleźć obok niego – oznajmia. – Bo to piękny mężczyzna.”

Kobieta pełna gębą. Dotknie tego, co napisane, zakocha się w słowie. Mężczyzna wypięknieje w jej oczach. Kobieta… W ciuchlandzie obok innej, starszej. Jeszcze czas aby dobrze wyglądać, porządnie, elegancko się ubrać? Tamta pyta, a Isakiewicz lekko ją szturchnie słowem. No bo jak? Jak nie teraz, to kiedy? Jakie znaczenie ma wiek?

To naprawdę mikroopowieści, ale może właśnie w takich najtrudniej zmieścić pełną historię. Nawet taką trwającą kilka sekund, albo kilkadziesiąt lat. Paradoks? Może te sekundy ważniejsze, trwalsze, z głębszym znaczeniem?

Lubię, lubię ten rytm zatrzymanych, obrazów, sensu i absurdu, niedopowiedzeń, poetyckich skojarzeń. Tych z trudem uciułanych chwil szczęścia i zgrzytającej rozpaczy Ale też lubię polszczyznę autorki, te wszystkie „skrzekliwe schody”, „klatki przeziębłe pamiętliwą wilgocią”, „wzroku jak popiół wygasłym”.

Isakiewicz gdzieś blisko do tytułowych czarownic. Czaruje. Skutecznie. Powabnie. I co ciekawe – na poważnie.

 

Elżbieta Isakiewicz – Lekkie halki czarownic i inne mikroopowieści, Wydawnictwo Perspektywa, Ostrów Wielkopolski 2015, str. 209.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko