Zofia Kamińska-Smalewska – Z pamiętnika mojej prababci Rozalii

0
261

Zofia Kamińska-Smalewska



Z pamiętnika mojej prababci Rozalii

 

boznanska matka      W bogatym dworze w Kurowie wraz z dziadkami Nikodemem i Marią wychowywała się Laura. Była jedyną ich wnuczką, której matka zmarła w połogu. Niezwykle urodziwa dziewczynka miała filigranową budowę ciała i niesłychanie wrażliwą psychikę. Dziadkowie, bogaci ziemianie byli jedynymi jej krewnymi. Starali się, aby wychowywała się w dostatku i pod okiem dwóch guwernantek uczyła się łaciny i wielu innych przedmiotów potrzebnych panience z dobrego domu.

    Szczególną troską otaczano jej wątłe zdrowie, gdyż występujące u niej ataki epilepsji – choroby na tamte lata nieznanej, a postrzeganej jako opętanie przez złe moce – występowały dość często.

    Kiedy Laura skończyła osiemnaście lat, jej babcia Maria odeszła we śnie, a dziadek postanowił ją wydać za bogatego kupca żydowskiego, starszego od niej o całe dwadzieścia dwa lata.

       Dwudziestego pierwszego marca 1865 roku Nikodem nie chcąc, aby jego ukochana Laurka została starą panną, postanowił wydać przyjęcie zaręczynowe.

    W nocy, w pełnej poświacie księżyca, Laura łkając w szydełkowaną koronkami poduszkę, usłyszała głos zmarłej babki, która odradzała jej to małżeństwo bez miłości, a jedynie zawarte w celu pomnożenia majątku.

    Rano, kiedy Laura wyszła do ogrodu i zaczęła przechadzać się, podziwiając budzącą się do życia przyrodę, i rozpamiętując nocny dyskurs z nieboszczką, powzięła decyzję, że mimo wszystko nie będzie się sprzeciwiać woli swego opiekuna i podpisze ślubną intercyzę.

      Stawiwszy się na umówioną godzinę w gabinecie dziadka, Laura sięgnęła po pióro i wtedy… stało się coś dziwnego. Jakaś nadprzyrodzona siła – jakby w celu przeszkodzenia złożenia podpisu – wywołała u niej silny atak epileptyczny. Dziewczyną zatrzęsło tak silnie, że obecny przy tym opiekun z trudem odjął jej dłonie od poręczy wieńczącej blat biurka. Kałamarz całą swoją zawartość atramentu wylał na nieszczęsny dokument.

    Dla Laury był to widomy znak, że jej babcia Maria czuwa przy niej i nie ma po co próbować zmieniać jej zdania. Rozpacz dziewczyny był tym większa, że wykrzykując iż nie godzi się na zamążpójście, sprzeciwiła się woli dziadka, hańbiąc nie tylko jego dobre imię, ale i swoje własne oraz potencjalnego narzeczonego, który zgodził się z nią ożenić pomimo jej ułomności zdrowotnych.

      Nieszczere intencje narzeczonego wobec Laury znała tylko babcia, która była na tamtym świecie i nad wszystkim czuwała.

      Wkrótce po zaistniałym incydencie dziadek poważnie się rozchorował i mimo troskliwej opieki wnuczki, umarł. Młoda dziewczyna została zupełnie sama z ogromnym majątkiem, ale bez żadnego pojęcia, jak nim zarządzać. Bez mężczyzny, który mógł by ją wspierać i jej pomagać.

      Laura kilkakrotnie jeszcze odrzucała zaloty innych kawalerów, upatrując w nich jedynie chęci zagarnięcia dóbr Kurowa, a babka jeszcze kilkakrotnie w nocy prowadziła z nią dysputy co do losów majątku, namawiając wnuczkę, aby sprzedała dobra i przekazała fundusze na budowę kościoła w Lublinie. W domniemanym przez Laurę zamyśle nieboszczki pozostawała nadzieja, że ofiara sprawi wyswobodzenie jej z mocy uciążliwej choroby.

      W dniu 15 maja 1876 roku majątek ostatecznie został sprzedany. Laura kupiła kamienicę w Lublinie przy ulicy Brukowej, a resztę pieniędzy przekazała na budowę kościoła.

 

*

    Po kolejnej bezsennej nocy z powodu uporczywego bólu, Laura przysnęła nad ranem, by obudzić się na odgłos kukułki zegara w salonie wykrzykującej godzinę ósmą. Z trudem uniosła ciężkie powieki i rozmasowała dłońmi twarz.

    Zaspana usiadła na swoim metalowym łóżku i wlepiła wzrok w sękate deski podłogi. Przez firanki wdzierało się blade światło poranka. W jego czerwono – złotych smugach unosiły się srebrzyste drobinki kurzu. Zza okna wydobywały się dźwięki budzącego się miasta.

    Laura powoli wstała i niedbałym ruchem dłoni przeczesała swoje długie blond włosy. Szyja bolała więc wygięła ją mocno, jak to robi zraniony ptak, aż chrupnęło. Biorąc głęboki oddech ze skamieniałą twarzą podeszła do okna i otworzyła je. Chłodny wiatr wdarł  się do niewielkiego pokoju na poddaszu. Kolejny dzień  jej staropanieńskiego życia zaczął się  jak każdy inny nie zwiastujący szczególnych zmian na lepsze jutro.

    Kobieta, nie pozostawiając sobie złudzeń, tępo patrzyła na witające ją sztyletowate promienie słoneczne, które ogrzewały jej bose stopy, siejąc okruchy nadziei.

    Ludzie chodzili już tu i tam, krzątając się wokół własnych spraw i problemów. Karczmarz zamiatał przed swoją oberżą, kupiec głośno nawoływał przechodniów do zakupu swoich towarów, a  przekupka z sąsiedniego stoiska darła się wniebogłosy, próbując zwrócić na siebie uwagę.

    Na ulicy turkotała po kocich łbach dwukółka, tocząc się leniwie. Woźnica krzyczał i klął jak szewc, bo gromadka rozbrykanych dzieci wbiegła mu wprost pod konie, płosząc zwierzęta.

    Laura odeszła od okna, podeszła do szafy, otworzyła ją i po krótkim namyśle wybrała  najładniejszą swoją sukienkę z organtyny w kolorze ciepłego różu. Na głowę założyła  kapelusik słomkowy z fikuśnym wykończeniem ronda. Rozejrzała się po pokoju, jakby chciała  zapamiętać każdy szczegół, przeżegnała się i wyszła.

    Wolnym krokiem skierowała się w stronę bramy małego kościółka. Otworzyła ją z oporem, aż kute zawiasy jęknęły rozdzierająco w proteście. Usiadła w pierwszej ławce, aby Najwyższy mógł ją dostrzec, a i ona mogła spojrzeć prosto, wyobrażając sobie, że patrzy Mu w oczy, i zadać z głębi duszy kilka nurtujących ją pytań, na które nie znała odpowiedzi.

    Schodząc z tego świata z własnej woli, musiała się upewnić, że nie ma dla niej nadziei na zmianę i nie będzie jej nikt na tym świecie opłakiwał.

    Nagle jej wzrok zatrzymał się na trzech bezładnie leżących na ziemi sylwetkach. Obok o ścianę stały oparte mary. Nad nieboszczykami pochylali się ksiądz Ambroży z kościelnym Jakubem. – Psia krew! – mruknął Jakub i dorzucił jeszcze kilka szpetnych przekleństw ku przerażonemu spojrzeniu księdza.

    – O bogowie! – jęknął ksiądz, rozpoznając w zmarłych rodzinę Morawskich.

    – Ale co się stało? – zapytał sam siebie Jakub, kiwając z niedowierzaniem głową. Obok ojca pana Morawskiego z grymasem przerażenia leżała jego żona i w skulonej pozycji ich syn.

    W Lublinie panowała tajemnicza choroba zwana hiszpanką. – Czyżby ona była sprawczynią tego okrutnego nieszczęścia? – przemknęło przez myśl kościelnemu, który dopiero teraz zauważył klęczącą Laurę. Dziewczyna nie spuszczała wzroku z Jezusa wiszącego na krzyżu.

    Odrętwiała z przerażenia Laura widząc rozmiar nieszczęścia, którego stała się mimowolnym świadkiem, nagle uświadomiła sobie, że z bocznej nawy dobiega słabe kwilenie niemowlęcia. Obejrzała się za siebie. Nikogo tam nie było jednak, ale…  słuch ją nie mylił. Wydawało jej się, że słyszy dziecko. Uświadomiła wtedy sobie, że to nieszczęście spotkało jej sąsiadów z oficyny. Skoro tak, brakuje niemowlęcia.

     Jeszcze raz przyklęknęła, aby dokończyć swoją modlitwę. Dziecko na pewno zostało samo w mieszkaniu. – O Boże!.. Co z Rozalką? – przypomniała sobie jej imię. – Chyba żyje? Myśli bombardowały jej umysł ze zdwojoną siłą. Poderwała się z klęczek i czym prędzej popędziła na oślep, potykając się o przechodniów.

    Nadprzyrodzona chyba siła unosiła ją, dodając przysłowiowych skrzydeł. Gdy stanęła przed drzwiami Morawskich, bez pukania i czekania na zaproszenie z zewnątrz, pchnęła je z całej siły. W progu nagle wyrósł rosły młody mężczyzna o czarnym, od kilku dni nie golonym, zaroście.

    – Och witaj, Laura! – Ucieszył się na jej widok. Laszlo Budzyn, syn emigranta z Węgier trzymał ma rękach zawiniętą w kraciastą chustę trzymiesięczną Rozalkę, która zanosiła się płaczem. Laszlo terminował u kowala.

    Chłopak obejmował niezdarnie swoimi wielkimi łapskami niemowlę, próbując je na swój sposób uspokoić.

    – Józefie święty! Laszlo, co tutaj się stało?!

    Węgier chyba sam też zadawał sobie to pytanie, bo stał na rozstawionych nogach jak zapora.

    – No suńże się, cholera! – ponagliła go Laura. Zdenerwowana kobieta odepchnęła mężczyznę i sprytnym ruchem jednocześnie odebrała zanoszące się płaczem niemowlę. Przytuliła go do piersi i zaczęła głaskać po główce. Laszlo nadal stał i patrzał na Laurę, która starała się uspokoić dziewczynkę. Po chwili ruszył do kuchni, aby znaleźć butelkę z mlekiem. Laura tuliła małą, a spływające na nią nieoczekiwane macierzyństwo zacierało widmo jej bezsilności, która owładnęła ją tego poranka.

    – Dziwne – mruknęła sama do siebie, kładąc w kołyskę uspokojone i nakarmione dziecko. 

    Laszlo wymknął się niepostrzeżenie, pozostawiając uchylone drzwi. Na stole leżała kartka, na której koślawym pismem wykaligrafował informację dla niej: „Będę z mlekiem”.

    Do pokoju wwiewał chłód sprawiający, że na ciele Laury pojawiła się gęsia skórka.

    – Co ja chciałam, Boże, co ja chciałam najlepszego zrobić? Co stało by się z tym bezbronnym dzieckiem, gdybym popełniła samobójstwo? – Zadając sobie te pytania, długo wpatrywała się w pobielany wapnem sufit, powoli dochodząc do siebie.

Laura spojrzała na śpiącą dziewczynkę i uśmiechnęła się pierwszy raz od wielu miesięcy.

 

*

    Mała Rozalka rozwijała się jak pączek róży. I tak często nazywała ją Laura, kiedy maleństwo z rumieńcami na twarzyczce wypowiadało pierwsze niezdarnie składane sylaby w słowie mama.

    Laszlo Roch Budzyn bywał teraz w domu Laury częstym gościem. Przychodząc pod pretekstem opieki i dostarczania mleka dla Rozalki. Laura nawet polubiła te wizyty, co zapewne sprawiło, że z czasem stawały się one coraz częstsze.

    Laszlo sam nigdy nie przypuszczał, że taka „mimoza” jak Laura będzie w stanie znaleźć w sobie na tyle siły i miłości, aby sprostać trudom wychowania małego dziecka. Do tego tak silnie oddziaływać na jego zmysły, budząc pożądanie.

     Tego lata Laura postanowiła z Rozalką wyjechać na wieś do swojej matki chrzestnej Aureli Jakubiec. Laszlo zaproponował jej wynajęcie od kowala bryczki. …I własne towarzystwo w podróży.

    W małym gospodarstwie Aurelii znajdował się duży sad i ogród warzywny, a co najważniejsze – świeże mleko od krowy dla Rozalki. Byłby to zapewne całkiem normalny wyjazd poza miasto, gdyby niecodzienne obcowanie ze sobą tych dwojga młodych ludzi.

    Laura, ta filigranowa osóbka była niezwykle atrakcyjną kobietą i miała silny wpływ na Węgra. On, w przeciwieństwie do niej, nosił w sobie gorący temperament.

Laszlo coraz częściej łapał się na tym, że mimo woli obserwuje ją na każdym kroku. Patrzy jak się porusza po sadzie, a to niosąc na ramieniu kosz jabłek, a to jak siada na ławeczce pod klonem zakładając nogę na nogę pod przewiewną batystową, długą do ziemi sukienką, by potem, jak wstaje i idzie przez ogród, kołysać kusząco biodrami. Jego wzrok przykuwały kształtne, swobodnie układające się piersi Laury, kusząc i nęcąc go niezwykle mocno.

Na obserwacjach jednak zawsze się kończyło. Coraz mocniej biło jednak jego serce na widok krzątającej się po obejściu Laury, a i ona coraz częściej wydawała się być mu bardziej przychylna, wymieniając z nim przypadkowe spojrzenia i uśmiechy przyozdabiane leciutkim, nieśmiałym rumieńcem.

    Miłość przyszła do Laury tak nieoczekiwanie, jak i nieprzewidziane jej macierzyństwo. W drugą niedzielę pobytu w Kurowie do matki chrzestnej przyszli swaty – w towarzystwie krewnego Laszlo – Dobora Budzyna omówić sprawę zrękowin.

Po smakowitym gościńcu ustalono ostatecznie termin, kiedy młodzi złożą sobie przyrzeczenie narzeczeństwa.

    W dniu 10 lipca 1880 roku starosta ceremonii zaręczyn poprowadził Laurę i Laszlo wokoło stołu, okrążając go trzykrotnie. Na stole, na pięknej koronkowej serwecie, ułożono zaręczynowy kołacz w kształcie plecionki.

    Laszlo szedł wpatrzony w dziewczynę, której za chwilę miał złożyć przyrzeczenie zaślubin.  Gdy oboje usiedli na przystrojonych odświętnie krzesłach, ich ręce połączyły się nad chlebem. Dłonie oblubieńców na znak połączenia w przyszły związek starosta uroczystości przewiązał chustą specjalnie zrobioną przez koronczarkę Józię.

    – ”Z wolą, czy z niewolą związana?” – starosta zapytał trzykrotnie. 

    – ”Z wolą” – odpowiedzieli zgodnie goście zebrani na uroczystości.

    Starosta rozwiązał ręce młodym, przełamał chleb na pół i podał narzeczonym.

    Laszlo pomalutku ujął delikatną dłoń Laury i wsunął pierścionek z rubinowym oczkiem na jej serdeczny palec.

    Oblubienica chcąc mu podziękować, w prezencie podarowała ukochanemu własnoręcznie uszytą lnianą, bieloną na słońcu koszulę z wyszytym jego monogramem.

     Laszlo po raz pierwszy oficjalnie objął ją i pocałował. W podarunku pani swojego serca ofiarowując dodatkowo własnoręcznie wykonaną przetyczkę do kądzieli i rzeźbioną przęślicę oraz piękną parę skórzanych trzewiczków.

    Na stoły wniesiono jadło i napitki. Laszlo trzymał na rękach Rozalkę, która wbijała mu się rączkami w sumiaste, wywinięte na bindę wąsy, i figlarnie przekrzywiając główkę śmiała się do siedzącej obok mamy.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko