Z Michałem Jagiełłą rozmawiał Krzysztof Lubczyński

0
244

Michał Jagiełło (1941-2016)

 

Zmarł Michał Jagielło, taternik, prozaik, poeta, eseista. Ciagle nie mogę się oswoić z tym faktem, ponieważ ze swoją wyprostowaną i krzepką, ukształtowaną w górskich przestrzeniach sylwetką wydawał mi się mocny jak dąb.  Poniższa rozmowa miała miejsce w 2007 roku, a jej tekst został pomieszony w moim zbiorze rozmów i szkiców literackich “Mieszanka firmowa” (2011). Michała nie ma już z nami, ale może tym bardziej warto przypomnieć tekst tej rozmowy.

 


Z MICHAŁEM JAGIEŁŁĄ, pisarzem, taternikiem i ratownikiem rozmawiał Krzysztof Lubczyński

 

Burze mijają

 

wolanie-w-gorachNie nęciło Ciebie, pisarza z instynktem politycznym, żeby opisać, w powieści politycznej z kluczem albo we wspomnieniach, ten roczny pobyt w gmachu KC PZPR w dramatycznym polskim roku 1981 i swoje odejście z partii 13 grudnia 1981 roku?

 

– To rzeczywiście był co do oczka, od grudnia do grudnia, rok w Wydziale Kultury KC, rewolucyjny rok. Mam jednak silnie rozwinięty, niektórzy mówią nawet, że zbyt silny instynkt lojalności wobec środowisk, w których znajdują się z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie pod karabinem. Uruchamia się we mnie lojalność wobec miejsca, w którym jestem. Dotyczy to nie tylko mojego środowiska alpinistycznego i ratowniczego, ale też tego okresu w KC. Ogranicza mnie jako pisarza, zwłaszcza jako pisarza sensacyjnego. Dlatego nie piszę demaskatorskich utworów o ludziach gór, choć cóż prostszego niż poplotkować, kto z kim spał, albo kto się spił. I choć sprawy mojej obecności w partii i w KC siedzą we mnie, to nie chcę do nich odnosić się wprost. Wykorzystuję te i inne doświadczenia w formie mocno odkształconej i zmetaforyzowanej. Wspomniany rok był niesłychanie intensywny i bardzo mnie przeorał etyczno-moralnie, w pewnym sensie zmienił. Przez ten gmach przewinęli się bliscy mi ludzie: Hieronim Kubiak i Józef Klasa, który odszedł wcześniej – zresztą nie ze swojej woli. Znalazł się też tam – w bezpośrednim sąsiedztwie I Sekretarza Stanisława Kani – Zbigniew Regucki, dobry znajomy z krakowskiego ZSP. Z życzliwością wspominam także Mieczysława Wojtczaka. Poza tym, już poza gmachem byli w partii tacy znajomi, jak Maciek Szumowski.

 

To wy byliście te „sentymentalne mięczaki, które najchętniej wycałowałyby się z komitetem strajkowym”, o których w znanej scenie w „Człowieku z żelaza” Andrzeja Wajdy  mówi do dziennikarza Winkla dyrektor Badecki?

 

– Myślę, że tak. W maju 1981 roku, kiedy przyczyniłem się do wysłania na konkurs do Cannes „Człowieka z żelaza”, zadzwonił do mnie Stanisław Kociołek, ówczesny I sekretarz Komitetu Warszawskiego partii i nazwał mnie: „papierowym tygrysem”. Byłem dla niego mięczakiem oddającym pole. Kociołek był „Człowiekiem z żelaza” zainteresowany osobiście, bo tam go oskarżano za grudzień 1970 roku w Gdyni, obarczano odpowiedzialnością za masakrę, że jakoby wezwał stoczniowców do pracy, by ich pchnąć pod kule milicji. W tej akurat sprawie wierzę Kociołkowi twierdzącemu, że to co się stało w Gdyni, było tragicznym zbiegiem okoliczności.

 

Ciekawie było w tym gmachu KC?

 

– Bardzo. Pole obserwacji było pasjonujące. To był ciekawy „zwierzyniec”, choć nie same potwory w nim były, ale ludzie bardzo różni, reprezentujący różne odcienie poglądów politycznych, różniący się także kulturowo. Napięcie powstawało choćby dlatego, że ja kontaktowałem się już, jako członek kierownictwa Wydziału Kultury, z Jerzym Turowiczem czy Jackiem Woźniakowskim, a moi koledzy spotykali się z betonami. Z tego powodu obdarzono mnie ksywką „krakowska plastelina”, mówiono, że jestem „miękki jak Kubiak”, na co odwinąłem się mówiąc, że „krakowska plastelina  nie będzie się przyklejać do warszawskiego betonu”. Od pewnego czasu zacząłem czuć się tam coraz bardziej obco i myśleć o odejściu, ale nie z hukiem.

 

Czyli Twoja postawa była w pewnym sensie rewersem tej perspektywy bardzo krytycznej z kolei wobec „Solidarności”, z jakiej Roman Bratny napisał swój głośny „Rok w trumnie”…

 

– Tak, to trafne przeciwstawienie. Przed decyzją o odejściu wstrzymywało mnie jednak to, że jestem zadaniowcem i chciałem dokończyć kilka spraw, które zacząłem. N.p. trzeba było przepchnąć jakiś film i w tym celu rozmawiałem z ludźmi z cenzury. Jednego pytam: „Czy ty musisz być taki inteligentny i chwytać w lot najdelikatniejszą aluzję?” Na co on, że inne postępowanie obrażało by jego inteligencję, a ja na to, że „ to niech obraża”. Przecież na swój sposób angażowałem się w tak ważne filmy jak „Matka Królów” Janusza Zaorskiego, „Dreszcze” Wojciecha Marczewskiego, „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. A poza tym było przecie˝ ciśnienie bieżącego życia: strajki, demonstracje, protesty. W pewnym momencie uświadomiłem sobie jednak, że mogę tak trwać latami i to mnie zaniepokoiło. To także wpłynęło na moj`a decyzję 13 grudnia. Po latach miałem okazję długiej rozmowy na ten temat z generałem Wojciechem Jaruzelskim, już jako byłym prezydentem. W pewnym momencie powiedział mi, że pewnie złamał mi życie. Odpowiedziałem, że nie, że moja obecność w KC była w sumie doświadczeniem, które mnie wzbogaciło, choćby w tym sensie, że właśnie wtedy pozbyłem się złudzeń co do możliwości reformy systemu. Zresztą – dodałem – być może gdyby nie ten epizod w Wydziale Kultury i gdyby nie moja reakcja na stan wojenny, to 9 lat później nie zostałbym wiceministrem kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i nie pełniłbym tej funkcji przez 8 lat.

 

Jaki masz stosunek do generała Jaruzelskiego?

 

– Dużo by o tym mówić, bo to tragiczna postać. Z jednej strony odnoszę się do niego z szacunkiem, bo nie przeszkadzał w tworzeniu III RP. Z drugiej – mam do niego pretensje za stan wojenny, z trzeciej – może stan wojenny był jedynym wyjściem w tamtej sytuacji…. To jeden z tych zawęźlonych „polskich tematów” na miarę antycznych tragedii. Zreszt`a napisałem o tym, po latach w jednym z numerów opozycyjnego kwartalnika „Krytyka” z 1988 roku socjologiczny tekst analizujący postawy pracowników partyjnych KC w tamtym okresie.

 

I jakie one były?

 

– Dominował pogląd, że jako naród zostaliśmy wpisani w powojenny, pojałtański układ sił nie z naszej woli i nie ma ma na to mocnych, że jeśli coś się nie zmieni w ZSRR, to i u nas nie ma szans na zmiany. Typowym reprezentantem takiej postawy był Andrzej Wasilewski, skądinąd twórczy dyrektor Państwowego Instytutu Wydawniczego, ciekawy człowiek. Miał mi za złe moją postawę, mówił, że ludzie kultury posuwają się za daleko, że „Solidarność” doprowadzi do tego, .co zdarzyło się w husakowskiej Czechosłowacji po sierpniu 1968 roku, gdzie przedstawiciele opozycyjnej elity intelektualnej, wybitni uczeni, twórcy i intelektualiści pracowali jako dozorcy i palacze c.o. Jednak jako szef PIW wydawał książki, które podgryzały realny socjalizm. Dla kamuflażu, n.p. pozycje z serii Biblioteka Myśli Współczesnej, wydawał ze wstępem, że autor burżuazyjny myli się, ale na tyle ciekawie, że warto poznać jego poglądy.

 

A zdarzali się jeszcze ideowcy, ludzie deklarujący światopogląd socjalistyczny, komunistyczny?

 

–  Zdarzały się deklarowane motywacje ideowe, choć rzadziej. Powiem jeszcze coś. Chociaż w pewnym momencie uznałem, że chcę rozstać się z tym towarzystwem, to uważam, że takich ludzi jak ja, którzy współpracowali z władzą, z systemem, i to nie pod karabinem, były w Polsce miliony. Tego nie wolno przekreślać i potępiać, a już na pewno podciągać pod jeden strychulec. Na pewno nie szukam dla siebie alibi.

 

A jaka motywacja kierowała Tobą, gdy w 1966 roku,  jako młody człowiek, wstępowałeś do partii?

 

– Ja pochodziłem, jak to mówiło, z rodziny kmiecej z miechowskiego, a moje „królewskie” nazwisko, to nazwisko litewskie występuj`ace w różnych odmianach, także jako Jogajła, Jogałła itp. Moja rodzina to byli bogaci gospodarze, którzy zostali zniszczeni jako kułacy.  To nie był powód do miłości do partii, ale z drugiej strony bliski mi był humanistyczny socjalizm PPS Jana Strzeleckiego. Ten nurt w partii ciągle żył, gdzieś na uboczu, ale jednak. Po latach, tacy ludzie jak Kazimierz Barcikowski czy Józef Tejchma pojawili się nieprzypadkowo. Oni byli po trosze, choć niedeklaratywnie,  z tego ducha. To pozwoliło mi być w partii przez lata, z pewną nadzieją na zmianę. Ale nie robię z siebie Konrada Wallenroda, ani nie twierdzę, że poszedłem tam pod karabinem, a także nie mówię, że doznałem „ukąszenia heglowskiego”. Poszedłem w 1966 roku na „plebanię”, jak się wtedy w Zakopanem mawiało na komitet powiatowy partii, z bardzo konkretnego powodu: chciałem, aby przestała się za mną ciągnąć opinia, że to jest ten, któremu odmówiono paszportu, a szło to za mną od odmowy paszportu w 1962 roku. Był też i powód drugi, nazwijmy go społeczno–oportunistycznym: chciałem, aby Pogotowie Górskie miało w partii „swojego człowieka”. Bez tego trudno było skutecznie działać. I niektórzy z ratowniczej starszyzny dali mi na to swoje „błogosławieństwo”. Jeden z nich wyraził nadzieję: „Chyba się im nie dasz?” Chyba się nie dałem. To zresztą bardziej u mnie skomplikowane – ja wciąż rozliczam się z zaangażowania  w System.

 

Po jakimś czasie od odejścia z KC zaangażowałeś się we współpracę z jezuickim „Przeglądem Powszechnym”. Wywołało to w prasie oficjalnej, jak to się wtedy mówiło, ironiczne komentarze, m.in. o ile dobrze pamiętam, rzecznika rządu Jerzego Urbana, który pokpiwał, że przeszedłeś Pan prosto z KC do jezuitów…

 

– Ale i ja sam miałem poczucie groteskowości tej sytuacji i ani wtedy, ani teraz nie miałem tego za złe panu Jerzemu. Ja zresztą jestem człowiekiem, który chyba ma twardy rdzeń i wszedłszy do pisma jezuitów bynajmniej nie popadłem w dewocję. Kiedy redaktor naczelny, o. Stanisław Opiela SJ zaproponował mi współpracę, otwarcie powiedziałem mu, kim jestem. Co prawda, ożywiła się we mnie potrzeba powrotu do katolickiej wspólnoty, ale się nie powiodła. Uważam się za agnostyka. Choć z wiekiem coraz bardziej przychylam się do przekonania, że Bóg jest tworem ludzkim. Jakiś czas temu zapytałem o. Wacława Oszajcę SJ, czy wypada, żeby w stopce redakcyjnej pisma jezuitów, o tradycji sięgającej lat 80. XIX wieku. Odpowiedział: „Przecież Staszek Opiela nie przepytywał cię z pacierza”. To prawda. Dodam, że w „PP” pisywali stale bardzo interesujący ludzie: Nawojka Ciesielska, Kazimierz Dziewanowski, Krzysztof Kłopotowski, Andrzej Osęka… Z tamtego czasu wryły mi się w pamięć słowa naszego naczelnego, ojca Staszka Opieli, który powiedział pewnego dnia: „Chodzi nam o Polskę, o demokrację. Chciałbym wierzyć, że polski Kościół pogodzi się kiedyś z demokracją i pluralizmem”. Powiedział to w 1983 roku! Te wątpliwości okazały się uzasadnione, bo jak się wkrótce okazało, Kościół katolicki w Polsce nie bardzo był na demokrację i pluralizm przygotowany.

 

Jesteś autorem „Próby rozmowy”, drugiej edycji, znacznie rozszerzonej wydanej w Niezależnej Oficynie Wydawniczej w roku 1988 książki „»Tygodnik Powszechny« i komunizm (1945-1953)”. Czy pisząc tę książkę ponad 20 lat temu spodziewałeś się że katolicyzm otwarty spod znaku „TP” zostanie zepchnięty do narożnika i że zapanuje katolicyzm Radia Maryja?

 

– Nie, ale wierzę, że ten pierwszy wróci kiedyś na należne mu miejsce w świadomości społecznej.

 

A jak się czujesz w IV RP?

 

– Oczywiście zawsze może być lepiej. Opowiadam się jednak za zmianami ewolucyjnymi, a nie za rewolucją – nawet moralną. Czuję się obywatelem III RP i odpowiada mi życie w niej. Jestem przekonany, że minie obecna burza i powrócimy do rozsądku i spokojnej pracy.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

MICHAŁ JAGIEŁŁO – ur. 23 sierpnia 1941 w Janikowicach koło Miechowa – zm. 1 lutego 2016 roku w Zakopanem, absolwent polonistyki UJ w Krakowie, taternik, alpinista, ratownik górski, publicysta i pisarz. W latach 1964-74 mieszkał w Zakopanem. W tym okresie był aktywnym ratownikiem, brał udział w ponad 150 wyprawach ratunkowych. W latach 1972–1974 był naczelnikiem Grupy Tatrzańskiej GOPR. W tym okresie był związany również z Muzeum Tatrzańskim. Pracował też w zakopiańskim Liceum sztuk Plastycznych im. Adama Kenara. Uczestniczył w wielu wspinaczkach w Tatrach, Alpach, Kaukazie, Pamirze. Pokonał wiele trudnych ścian, największym jego osi`agnięciem alpinistycznym jest nowa droga na północnej ścianie Dent d’Herens. Pod koniec 1974 roku przeniósł się do Warszawy, gdzie zajął się m. in. publicystyką i twórczością literacką. W grudniu 1980 roku mianowany został zastępcą kierownika Wydziału Kultury KC PZPR. Wystąpił z partii tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. W latach 1989 – 1997 był wiceministrem kultury i sztuki, od 1998 do 2007 dyrektorem Biblioteki Narodowej w Warszawie. Laureat nagród za krzewienie partnerstwa z mniejszościami narodowymi i wyznaniowymi. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Napisał m.in. „Obsesję” (1978), „Hotel klasy Lux” (1978), „Wołanie w górach” (1979 i następnie osiem kolejnych wydań), „Bez oddechu” ( 1981), „Studnię” (1985), „Zbójnicką sonatę” (2005), a także tomy wierszy „Goryczka, słodyczka, czas  opowieści” (2007) i “Zszywanie w ucieczce” (2011). Zebrał też antologię „Tatry i poeci” (2007).    


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko