Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
62

Wacław Holewiński

Mebluję głowę książkami

mebluje-glowe



Kurdowie. Oby im się udało

 

zielone migdalyMówią o sobie że są największym narodem bez ojczyzny. To nieprawda, więcej jest na przykład Tamilów. Ale na pewno są największym narodem, który z taką determinacją, od tylu lat, walczy o swoją niepodległość. Ilu ich jest? Dobre pytanie. A kto to wie. Może trzydzieści, może czterdzieści, a oni sami mówią, że sześćdziesiąt milionów.

W 1990 roku, trochę przez przypadek – chcieliśmy jechać do Bagdadu, ale dosłownie w dniu, w którym zamierzaliśmy przekroczyć granicę, Irak najechał Kuwejt i nikogo już nie wpuszczano – znaleźliśmy się z żoną i małą córeczką w tureckim Kurdystanie, w pobliżu jeziora Van. Nie były to czasy, gdy stać nas było na hotele, mieliśmy namiot. Podjechaliśmy do jakiejś wioski, zapytaliśmy czy pozwolą nam go gdzieś rozbić. Nie pozwolili, zaprosili do siebie. Kolacja z mężczyznami, spanie na dachu, szafa pełna broni. Próbowaliśmy rozmawiać. Sporo wiedzieli o Polsce, jakoś się do nas porównywali. Któryś powiedział że nie mieliśmy przez ponad sto lat swojego kraju. Zawstydziłem się, prawie nic o nich nie wiedziałem. Znali trzy polskie nazwiska. Nie, nie Wałęsy. Znali Jaruzelskiego, papieża i Bońka.

Bieda. Tak, było bardzo biednie. Ale chętnie uchyliliby nam nieba. Byli nieprawdopodobnie gościnni. Trochę ich wypytywaliśmy. Zaskoczyła nas informacja, że cała wioska składa się na studia kogoś z młodych. Mówili o uniwersytecie w Diyarbakir. Najlepiej jeśli to medycyna. Albo nauczyciel. Mówili, że nie ma możliwości aby taka osoba do nich nie wróciła.

Kursowaliśmy od wioski do wioski.

Była w tej naszej wyprawie jeszcze jedna obserwacja. Wszędzie tureckie strażnice, żołnierze nieufnie przyglądający się każdemu obcemu. I mur, mur nienawiści odgradzający Turków od Kurdów. Kiedy mieliśmy już wracać, ostatniego dnia, siedzieliśmy w knajpie poznanego wcześniej Turka. Ni z tego ni z owego zatrzymała się przed nią duża ciężarówka. Wyskoczył z niej kierowca, chciał się z nami przywitać i pożegnać jednocześnie. Właściciel knajpy, zanim podał nam rękę, zaczął go rugać od najgorszych. Nie miał wstępu do jego lokalu. Żaden Kurd nie miał tam wstępu…

Czytałem książkę Smoleńskiego i raz po raz nasuwały mi się tamte obrazy.

To prawda, „Zielone migdały…” to nie reportaż z tureckiego Kurdystanu. To książka o irackich Kurdach. Ale nie ma co ukrywać – i tu i tam byli traktowani podobnie. Ćwierć wieku temu i teraz. Kim więc są? Do kogo należy ziemia, która zamieszkują? Jakie są ich prawa i czy w ogóle odnosi się do nich system? Jakikolwiek? Będą mieli to państwo czy nie będą? Znajdą w tej swojej ciągnącej się od pokoleń walce sojuszników, sprzymierzeńców, kogoś, kto powie: tak, mają do tego prawo?

Żyją w czterech państwach: Iranie, Iraku, Syrii i Turcji. Są też ich mniejsze skupiska w Rosji, Afganistanie, większe i mniejsze diaspory w wielu państwach świata.

Skupmy się na tych pierwszych czterech. Wszędzie byli prześladowani, torturowani, mordowani. I nie da się powiedzieć że gdzieś bardziej, a gdzieś mniej. To prawda, w Iraku Saddama Husajna zastosowano najbardziej radykalne metody. Podczas operacji Al-Anfal, w Halabdzy użyto gazu. Zabito tam pięć, a może więcej tysięcy ludzi. Zniszczono pięć tysięcy wiosek, „tylko jednego dnia, 14 kwietnia 1988 roku, z Kurdystanu wywieziono na pustynię na południu Iraku trzydzieści tysięcy jeńców. Do dziś nie odnaleziono ani jednego. Irbilskie Centrum Al-Anfal podaje, że w ciągu kilku miesięcy 1988 roku zaginęło bez wieści sto osiemdziesiąt dwa tysiące Kurdów.” Kto o tym dziś pamięta?

Gdzie indziej było lepiej? Nawet jeśli, to i tak tragedia goniła tragedię. „Dzieje Kurdów to – powtórzmy – pasmo powstań i pacyfikacji. Zabijano ich w Turcji, od czasów gdy Atatürk wymyślił sobie, że na gruzach imperium osmańskiego stworzy jednonarodowe państwo tureckie, choćby po trupach ormiańskich i kurdyjskich. […] Kurdów zabijał szach Reza Pahlawi i ten który zabrał mu tron – ajatollah Chomeini. W Syrii dobrą okazją do masakr jawił się choćby mecz piłkarski rozgrywany w kurdyjskim mieście; kibice na trybunach byli, wedle policji, nielegalnym, politycznym i antypaństwowym zgromadzeniem. Podczas II wojny światowej niewielkie społeczności sowieckich Kurdów osiadłych na Kaukazie towarzysz Stalin kazał wywozić wagonami bydlęcymi w głąb Azji, bez prawa do powrotu.”

Zrywali się, walczyli, wpadali w pułapki ideologii – marksizmu, potem wojowniczego islamu. Niektórzy zakotwiczyli w nich na dobre, większość odrzuciła. Przegrywali, emigrowali. Raz w jedną, raz w drugą stronę. W mrozie, bez jedzenia, cynicznie odpychani od granic.

Zlitowano się.  Jatka, która urządził Husajn tłumiąc kurdyjskie powstanie po porażce w Kuwejcie, na chwilę otworzyła oczy świata na problem. Mają swoją enklawę powyżej 36 równoleżnika. Mają swój parlament, który nie może się zebrać, mają swoje traumy wynikające z walk między tymi, którzy opowiedzieli się za Talabanim, a tymi, którzy wybrali Barzaniego. Są inni. Mają swoje meczety, islam. I kobiety, które mają prawa („Kurdystan jest jedynym krajem na Bliskim Wschodzie, gdzie kobieta z mocy prawa musi mieć taką samą pensję jak mężczyzna na równorzędnym stanowisku.”), walczą ramię w ramię z mężczyznami, to tam zakazano i wprowadzono w życie zakaz obrzezania kobiet. W tym swoim państwie nie-państwie ścigają się ze światem. Smoleński jeździł tam przez kilka lat. Supermarket – symbol normalnego świata, doganiania go. Jakiś nieprawdopodobny boom budowlany, powracający emigranci, antykwariusz, z którym liczą się wszystkie domy aukcyjne świata, znajomości, klany, ropa, żyzna ziemia, na której – to ewenement w tym rejonie świata – nie brakuje wody, Turcy, którzy zwęszyli interes i zainwestowali tam miliardy dolarów. I prawo, o którym wszyscy mówią, przyrównują go do prawa w innych krajach.

Widziałem Kurdów. Oczywiście, Smoleński poznał ich sto razy lepiej. Ale pewnie obu nam imponują. Swoją odwagą, determinacją, dumą. Są blisko i jednocześnie bardzo daleko, gdzieś na peryferiach cywilizacji, w miejscu, w którym zapętliły się interesy wielu możnych tego świata. Nie mieli, nie mają i nie będą mieli łatwo. Ale oby im się udało.

 

Paweł Smoleński – Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, str. 173.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko