Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (38)

0
273

Zdzisław Antolski


MOJE KIELCE LITERACKIE (38)

WOLNOŚĆ W NIEBIESKIM VOLKSWAGENIE

 

sienkiewicz-kielceŻeby wiedzieć, co się dzieje w kraju i w moim mieście, trzeba było czytać partyjny dziennik „Słowo Ludu”, a zwłaszcza sobotni dodatek kulturalny, gdzie zamieszczano sprawozdania z imprez, recenzje i wywiady z twórcami, również z pisarzami regionalnymi. Kiedyś trafiłem na rozmowę z poetą i prozaikiem, Henrykiem Jachimowskim, który bardzo mi zaimponował. Po pierwsze ubierał się całkiem inaczej niż nasi regionalni pisarze, którzy nie wychodzili z garniturów i krawatów, chyba w nich nawet spali.

Henryk, dla odmiany, paradował w ubrankach dżinsowych, nosił skórzane kamizelki, wełniane swetry, z wyłożonymi kołnierzami od kolorowych koszul. Buty zazwyczaj zamszowe, do tego często szal, zarzucony niedbale na szyję. A jakby tego było mało, nie rozstawał się z fajką. Wyglądał bardzo dostojnie, jak jakiś pisarz francuski czy włoski, albo nawet amerykański, jakby żywcem wyjęty z pisma „Forum”, w którym umieszczano przedruki z zachodnich magazynów.

Kilka lat wcześniej Henryk Jachimowski zdobył prestiżową wówczas i cenioną w światku literackim nagrodę imieniem Stanisława Piętaka, za powieść „Skaza”, o czym powiadamiały najważniejsze pisma: „Twórczość”, „Życie Literackie” czy warszawska „Kultura”, Dodawało mu to splendoru, a i dla środowiska było ważne, że jest wśród nas pisarz liczący się na krajowej arenie, a tylko jakiś pamiętnikarz partyzancki z Armii Ludowej, jak nie przymierzając Mieczysław Moczar, którego książka „Barwy walki” wydana została w gigantycznym nakładzie a następnie sfilmowana.  Musieliśmy pod przymusem, w ramach szkolnych wycieczek, uczestniczyć w seansach filmowych tego wybitnego dzieła.

Poza tym Henryk był laureatem konkursu poetyckiego „Czerwonej Róży” w Gdańsku, a to mówiło samo za siebie. Ukończył filologię polską na WSP w Krakowie, pracował w dziale wydawnictw Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Kielcach, był też przewodniczącym kolegium serii wydawniczej miesięcznika „Przemiany”  Właśnie wtedy przygotowywał do druku debiutancki tomik mojego przyjaciela ze studiów – Józefa Andrzeja Grochowiny.

Poznałem Henryka osobiście, na promocji książki „Bazar poetycki”, w słynnym Klubie Dziennikarza, gdzie znalazłem się w licznym gronie debiutantów, Spośród których na dłużej zaprzyjaźniłem się z Adamem Ochwanowskim i Janem Stępniem. Adama znalem zresztą z lat dziecinnych, kiedy z rodzicami mieszkałem w jego wsi – Złota, w powiecie pińczowskim. Chodziliśmy do wiejskiego przedszkola, w starej szkole, zbudowanej przed wojną przez Komitet pod przewodnictwem dziedzica Wesołowskiego. Dwór dziedzica, w ruinie, stał w przepięknym parku, z aleją olbrzymich wiązów, niedaleko starej szkoły i linii kolejki wąskotorowej, która przed wojną służyła dziedzicowi do transportu płodów rolnych z jego majątku. Później, w latach 60., w miejsce dworu postawiono nową szkołę, „tysiąclatkę”. Samego dziedzica zastrzelili partyzanci jeszcze w czasie wojny. Sprawa szła o pieniądze i o honor, a więc mieszanka wybuchowa. Jedni to zdarzenie uznawali za objaw sprawiedliwości dziejowej, a inni za zwykłe zabójstwo, Zdania są podzielone wśród historyków do dzisiaj.

Henryk też pochodził z Ponidzia, z sąsiedniego powiatu – jędrzejowskiego. Pracował, jako wykładowca, na Uniwersytecie Ludowym w Rożnicy, gdzie się urodził i nadal mieszkali tam jego rodzice. Uniwersytet miał siedzibę w pięknym dworku ziemiański, którego właścicieli przymusowo wysiedlono, a prowadził go sławny na Kielecczyźnie prozaik i publicysta: Waldemar Babinicz. Tam Henryk poznał wybitnego poetę, Ernesta Brylla, który kilka razy przyjeżdżał na spotkania autorskie,  i całą śmietankę literatów peerelowskich, z Jarosławem Iwaszkiewiczem na czele. Babinicz świetnie lawirował wśród sprzecznych interesów poszczególnych dostojników partyjnych, ale też jego przedwojenne literackie konotacje przydawały mu się w przyjaźniach z Iwaszkiewiczem, czy też wywodzącym się z Kielecczyzny, Józefem Ozgą Michalskim, wówczas dygnitarzem, wysoko postawionym w hierarchii władz PRL.

Jednak nawet tak wysokie koneksje i poparcia okazały się zupełnie nieprzydatne w czasie antysemickiej nagonki, jaką w marcu 1969 roku rozpętał swoim przemówieniem, sam pierwszy sekretarz partii komunistycznej – Władysław Gomułka. Jedną z ofiar marca 68., stał się właśnie Waldemar Babinicz, który był pochodzenia żydowskiego. Donosiciele twierdzili, że publicznie, wobec swoich studentów, cieszył się z agresji Izraela na państwo egipskie i chwalił postawę Antoniego Słonimskiego, który krytykował bicie przez ormowców protestujących studentów.

Znaleźli się lokalni działacze, którzy pozbawili go intratnego stanowiska, aby potem zająć jego miejsce, a dziennik partyjny „Słowo Ludu”, wywlekał na światło dzienne jego rodzinne tajemnice, między innymi: bigamię, spowodowaną wojennymi wędrówkami. Babinicz nie chciał się ukorzyć przed partyjnymi sędziami, choć dawano mu takie szanse. Henryk podejrzewał, że Babinicz tak nasiąkł ziemiańskimi murami dworku, że zaczął zachowywać się jak szlachcić, który na zagrodzie, równy wojewodzie.

Rok po swoim zwolnieniu, upokorzony Babinicz zmarł na atak serca w Nałęczowie, gdzie przeniósł się wraz z żoną i córką. Od tamtej pory Henryk nie lubił polityki, nie należał do żadnej partii. Właśnie na Uniwersytecie Ludowym w Rożnicy odbywały się spotkania dyskusyjne członków grupy „Ponidzie”, a w 1965 r. ukazała się tzw, „szkatułka poetycka”, zawierająca osiem tomików w jednej, gustownej, oprawie.

W Jędrzejowie doszło do spotkania Henryka z Ryszardem Miernikiem. Reprezentowali dwa archetypiczne typy polskie, Henio – Rejent Milczek, a Rysio – Cześnik Raptusiewicz. Nie przeszkodziło im to w zawiązaniu długoletniej przyjaźni, właściwie do grobowej deski, a w przeciwieństwie do bohaterów „Zemsty” Fredry, nie zwalczali się, ale raczej uzupełniali wzajemnie w literackiej działalności. Raz tylko byłem świadkiem groteskowej kłótni między nimi, podczas omawiania sztuki Henryka, wystawionej w krakowskim teatrze STU.

Ryszard miał tego dnia zdecydowanie zły humor i trochę dociął Henrykowi, krytykując pewne niedociągnięcia w inscenizacji sztuki. Henryk, oburzony i dotknięty do żywego, w wielkiej emocji, chwycił krawieckie, redakcyjne nożyce Rysia i obciął mu nimi krawat. Po tym desperackim wyczynie dostał krwotoku z nosa, który jednak jego dzielne dziewczyny-redaktorki, szybko zatamowały. Ryszard natomiast miał świetny ubaw i chodził z tym kikutem krawata przez resztę dnia, żeby wieczorem napić się wódki z Henrykiem i swoim serdecznym kolegą – Jurkiem Fronczykiem, rzeźbiarzem. I ja tam byłem, miód i wino piłem… chciałoby się powiedzieć. Bowiem na początku lat 80., za wstawiennictwem Ryszarda i Henryka, zostałem zatrudniony w Ośrodku Kultury Literackiej, w jednym pokoju z Ryszardem Miernikiem. Zaś Henryk Joachimowski, piętro wyżej, pracował jako redaktor wydawnictwa, które miało być filią Wydawnictwa Łódzkiego.

Ciężko było wytrzymać z Rysiem, bo zazwyczaj rano był w złym humorze i nie odpowiadał na żadne grzeczne pytania, ani zaczepki, dopiero po kilku godzinach ślęczenia w swoich rękopisach, które wielkimi nożycami przycinał i sklejał (nie było wówczas komputerów), wypogadzał się nieco, sięgał do kieszeni, wyjmował sfatygowany portfel, wyjmował zmiętolony banknot i wysyłał mnie do pobliskich delikatesów po flaszkę. Później, sącząc delikatnie trunek, opowiadał o swoich przygodach, spotkanych ludziach, partyzantach. Jego opowieści często okraszone były pikantnymi anegdotami.

Ryszard martwił się wówczas o swojego podopiecznego, poetę Adama Ochwanowskiego, który przepadł bez wieści, gdzieś na bezkresnych preriach Ameryki. Denerwowało to innego pisarza, Andrzeja Lenartowskiego, który rozpuścił plotkę, że Adam został w Stanach zasztyletowany przez Murzyna, podczas bójki o kobietę.

Ale wróćmy do wieczoru promocyjnego almanachu „Bazar poetycki” w 1974 r.. Wówczas Henio Jachimowski, sceptycznie oceniał twórczość młodych poetów zamieszczoną w książeczce. Uniesiony ambicją stoczyłem z nim długi spór literacki, popisując się nieco swoją – ubogą jeszcze – erudycją. Ale Henio polubił mnie, chociaż myślałem, że się obraził, że ja, szczeniak, pouczam go, czym jest literatura.

Jakiś czas po tym wieczorze wracałem z Karczówki, kiedy przy chodniku zatrzymał się niebieski volkswagen, a z okna machał przyjaźnie nie kto inny, tylko Henryk, mój niedawny adwersarz w dyskusji. Powiedział, że podwiezie mnie do miasta, a kiedy ruszyliśmy, zaczął opowieść swoim samochodzie, który jest dla niego niezbędny do życia. – Mam czasem takie doły psychiczne – mówił Henryk – że wsiadam do mojego samochodu i jadę na wieś, wprost do ojca, na tydzień lub dwa, ale potem uciekam stamtąd, nie mogę patrzeć, jak ojciec się starzeje, narzeka… Innym razem coś mnie gna do kolegów pisarzy w Warszawie, posiedzę z nimi w Czytelniku, dowiem się, co nowego na salonach, w telewizji, w wydawnictwach i wracam z powrotem do Kielc. Muszę też często jeździć do Łodzi, bo chcę, aby w Kielcach powstała filia Wydawnictwa Łódzkiego. A jak mam ochotę, to wyskoczę zimą na narty do Zakopanego. Ten samochód to moja wolność, co ja bym zrobił bez niego?

Volkswagena kupił tanio, po wypadku, od innego poety, Bogdana Pasternaka. Ten pozbył się samochodu, bo mu się źle kojarzył, tak przynajmniej słyszałem kiedyś przy wódce, wolał siedzieć w chatce, jaką sobie wybudował w Górach Świętokrzyskich, na zboczach „góry domowej” Stefana Żeromskiego – Radostowej.

Pojechaliśmy z Henrykiem do jego mieszkania w najdłuższym bloku w mieście, mrówkowcu. Pokazywał mi swoją zasobną bibliotekę, biurko, przy którym pisał, rozłożone papiery, fajkę… Napiliśmy się kawy i po kuśtyczku dobrego koniaku z Pewexu. Henio lubił odrobinę luksusu i przeszkadzał mu dym z moich najtańszych papierosów – sportów. Sięgnął do barku, gdzie przechowywał amerykańskie „camele” i poczęstował kilkoma…

Henryk, chociaż pochodził ze wsi, był okazem typowego mieszczucha, lubił przesiadywać w kawiarniach, szczególnie w Klubie Dziennikarza i teatralnej „Dziurce”. W tej ostatniej była szumnie nazywana „lożą” dla pisarzy, czyli właściwie, kącikiem, uchyłkiem w piwnicy. Na ścianach ślicznie odmalowano kilku miejscowych „ludzi pióra’, bowiem istniała ścisła więź między plastykami a literatami. Ilustrowali nasze tomiki, a my z kolei na wernisażach malarskich czytaliśmy swoje wiersze. Była to zasługa Rysia Miernika, który wytrwale budował więzi między środowiskami.

Henryk w kawiarni lubił często samotność i bywał „w nastroju nieprzysiadalnym”, jeszcze zanim zaczęło to być modne za sprawą Świetlickiego. Oto wiersz Henryka z 1971 roku:

 

piję kawę

 

(sam) bo lubię sam często
nie dochodzę
więc on też nie dochodzi (poeta)
dzisiaj
możliwe że też nie doszedł
do niczego
ale do kogo
doszedł i ja do jednego (wódki) i jednego
co kiwnął na mnie żebym siadł i zrozumiał jego i
jego brak nogi w lesie a potem w łóżku posiadanie
protezy za to ty masz zdrowe kulony! mówi
ale za to
brak mi opowiadania rozczarowania chociaż
mi nie brak
mi ochoty żebym siadł
do jego mówienia i zachowania iż
zaczął się zachowywać potem
jak przedtem w lesie
zza drzewa stołu do mnie z butelki iż wziął mnie za innego
jak drugi (inny) też wziął mnie za innego dzisiaj
że nie jestem nasz człowiek, a czyj! jestem
sam często
za często
a co
to już nie wolno mi często

 

Sytuacja knajpiano kawiarniane z pogaduszkami przy stolikach, urywanymi zdaniami, to była jego specjalność. Najbardziej to widoczne jest w książce prozatorskiej Henryka, „Mgła”. Piszę „prozatorskiej”, bo ani to powieść ani opowiadania, strumień zdarzeń zdominowanych przez słowa, które tracą na znaczeniach poprzez strach. Książka była metaforą komunizmu, podsłuchów, donosów, zakazów, cenzury, pochodów, partyjnej nowomowy. Trochę w niej Becketta, trochę Ionesco, ale sporo Mrożka i Gombrowicza, także Janusza Głowackiego i Tadeusza Konwickiego. Ale przede wszystkim był sam Henryk Jachimowski i jego pesymistyczne spojrzenie na naturę ludzką..

Henryk zrósł się z Kielcami, co widać w jego wierszu (jednym z moich ulubionych) pt. „byt miasta”,

 

tak to byłoby najprostsze
wyjechać wyrzec się tego miasta wmurowanego we mnie rozburzonego
w czasie pisania przez nas wierszy róży
naszych wyrastających kamień na kamieniu rodzonej
we mnie Marii najlepszej zamienionej w klozet
na szczęście też w bar karmiący mnie
bez którego my poeci bylibyśmy jak urzędnicy którzy
rozmnożyli się zalęgli to miasto
z ruin i róż zatryumfowali i zadufali się
w sobie niektórzy poeci
drukują i czytają tu swoje wiersze przydzielonym
im do wysłuchiwania paniom są wśród nich
jeszcze niczego sobie kobiety nadające się
pod nóż nasz język poetów przemienia się wtedy
w bełkot rodzących się dzieci w ten rytm codzienny pisk w którym
nie ma już miejsca na poezję najwyżej
dla dzieci napisze któryś z nich jeszcze wierszyk wyda wydali
siebie skacząc z najwyższego piętra w dół
albo już nie jako poeta lecz szczur wyskoczy w górę, ach
te skoki w górę ten byt i odbyt tego miasta
najprościej byłoby się wyrzec mojej najlepszej
ruiny
baru naszego wyjechać
dla zdobycia perspektyw wyjechać
do stolicy ach stolica!
to jest dopiero dla poety obszar
to jest dopiero ściek

 

Pisarz i jego niebieski volkswagen, byli nieodłącznymi elementami miasta. Jeśli szedłem do jakiegoś klubu, teatru czy do Biura Wystaw Artystycznych i widziałem z oddali parkującego niebieskiego volkswagena, mogłem być pewien, że na imprezie będzie Henio. Zawsze przyjazny, serdeczny i troskliwy, choć na zewnątrz kpiarski i sceptyczny.

:

Zdzisław Antolski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko