Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
217

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



„Poszli się p…dolić”

 

byczakrewMniej więcej w połowie lat siedemdziesiątych po raz pierwszy zobaczyłem plakat Franciszka Starowieyskiego. Nie musiałem daleko szukać, wisiał w pokoju mojej nieco starszej siostry. Do czego to był plakat – nie pamiętam. Próbowałem odświeżyć pamięć, przeszukując Internet. Ale nie jestem pewien. Wiem, że zrobił na mnie wrażenie, że trudno było oderwać od niego wzrok. Co więcej robił wrażenie za każdym razem, gdy go widziałem.

Potem wielokrotnie oglądałem Starowieyskiego w telewizji. Opowiadał i rysował. Z tym swoim charakterystycznym niewymawianiem „r”. Miałem wrażenie, że gdy zaczynał mówić, jego rysunki zmieniały rzeczywistość. Szybkie ruchy ręki, jakaś gwałtowność, ale i precyzja przecież, wyolbrzymione ciała, akty, dzioby wyrastające z twarzy, puste oczodoły, kończyny odarte z mięsa. Coś w tych rysunkach było niepokojącego – wtłaczały w świat nierzeczywisty, czasami zohydzony, czasami jak ze snu, czasami na pograniczu wrażliwości i paniki.

Był artystą wybitnym, nie ma wątpliwości. Czy spełnionym? Jakie to ma znaczenie? Jakie ma znaczenie dziś, siedem lat po jego śmierci? Odchodził kilka lat przed śmiercią, nie tylko fizycznie, także artystycznie. Ale może cała sztuka plakatu – w świecie zdominowanym przez komputer – straciła na znaczeniu? Bo przecież jednym przyciskiem, jednym kliknięciem może dziś grafik to, co jeszcze trzydzieści, czterdzieści lat temu zajmowało tygodnie.

Izabela Górnicka-Zdziech, autorka „Byczej krwi” była dla Starowieyskiego bez wątpienia kimś szczególnym. To z nią napisał trzy swoje książki: „Przewodnik inteligentnego snoba według Franciszka Starowieyskiego”, „Przewodnik zacnego kolekcjonera według Franciszka Starowieyskiego”, „Przewodnik po kobietach według Franciszka Starowieyskiego”. Spędziła z nim dziesiątki, może setki godzin. I, mam wrażenie, że ta nowa książka, wspomnienie po wielkim magu polskiej grafiki, polskiego rysunku, była dla niej koniecznością, rodzajem zobowiązania, chęcią przedłużenia jego obecności wśród nie tylko wielbicieli jego talentu, także tych, którzy byli za młodzi aby zobaczyć go na żywo.

Lubił dominować, lubił gadać, lubił sport, lubił tysiące rzeczy. Kobiece piersi na przykład. Do wielu mówił: „pokaż cycki”. Mam wrażenie, że bez wielkiego podtekstu erotycznego. Lubił kobiece ciało, albo tylko jego fragment. Kiedyś poprosił którąś z przyjaciółek aby mu pozowała nago. Rysował, rysował. Modelka nie mogła uwierzyć, że to ona. Jakieś grube ciało. Gdzie w tym jestem ja? – zapytała. Pokazał jej fragment ramienia.

Opowiadają o Starowieyskim jego przyjaciele, rodzina – żona, synowie, brat. Rok po roku. Ci którzy byli blisko i ci, którzy się z nim zetknęli. Nie miał przyjaciół w świecie malarzy. Miał ich gdzie indziej – wśród kolekcjonerów staroci. Bo „Jan Byk” – tak podpisywał swe dzieła w młodości, tak się przedstawiał, był przede wszystkim kolekcjonerem, bywalcem wszelkich targów staroci. To tam wydawał pieniądze zarobione gdzie indziej. Tworzył do tych rzeczy legendy. Zmyślone i prawdziwe. Dawał przedmiotom inne, nowe życie. Miał do nich oko, potrafił wypatrzeć perełkę tam, gdzie nikt jej nie dostrzegał. Określić jej wiek, pochodzenie, przeznaczenie. Zdumiewał. Był uparty. Kupował i kupował. Jeden z synów opowiada, że w domu czuł się jak w muzeum, że przez wiele lat na żadnym meblu nie można było usiąść, mogły się połamać, wymagały renowacji, naprawy. Zbierał wszystko „co było stare, piękne i wyjątkowe: zegary, zbroje, białą broń, tkaniny, monety.”

Był z bogatej rodziny. Dwór w Siedliskach, guwernantka, dobre maniery. Wojna, śmierć ojca, okupacja (cudna opowieść o sikającym Hitlerze, który zatrzymał się u nich w drodze dokądś  – „widzieliśmy z bratem jego członka”), powojenna rzeczywistość, wszystko zmieniły.

Brat twierdzi, że był niezwykle zdolny, że wierszy uczył się w pół godziny, gdy on potrzebował na to trzech dni. I ten talent w ręku. A może raczej w głowie i rękach. Czasami myślę, że nie ma przypadku, że ludzi zdolni trafiają tam, gdzie powinni, że nie ma innej drogi. Starowieyski wiedział zdaje się od małego, gdzie jego miejsce. Potrafił kpić. Papierosy Triumf? Skrót? No przecież: „Tu Ruskie Iwany Ukradły Maszyny Fabryczne”. I zaraz potem być do bólu poważny. Płaczący gołąbek pokoju po agresji Sowieckiej na Węgry w ’56.

Lubił kobiety, wiele mu ulegało. Zdaje się, że kochał, prawdziwie kochał Teresę, drugą swoją żonę. Historyka sztuki. Jej zdanie było dla niego ważne. Kilka jej listów w tej książce. Osobistych, pełnych oddania, bycia przy, na drugim planie. Pewnie nie mogło być inaczej. Ale pełnych też tęsknoty, gdy wyjeżdżał na dłużej, na kilka miesięcy. Byłby bez niej innym człowiekiem, to pewne. Ale i ona zapłaciła za to swoją cenę. „Być żoną wielkiego artysty to znaczy być wtartym w podłogę, ponieważ siła takiego talentu miażdży wszystko wokół.”

Piął się w artystycznych hierarchiach przez lata. Był obecny w każdym sklepie z plakatami w Europie. Niemcy mówili o nim „największy dadaista niemieckiego renesansu żyje w Polsce”. Zadziwiające, prawie nie malował olejami. Inaczej – robił to w zasadzie tylko w Ameryce. Na tyle dobrze, że otworzyła przed nim swe podwoje nowojorska MoMA. Ale żywiołem był rysunek i plakat.

Miał przywary. Dziś śmieszne. „Był snobem. Uwielbiał opowiadać, że ród Bibersteinów Starowieyskich był skoligacony ze wszystkimi królewskimi dworami Europy.” Albo to pytanie przyjaciela o ilość kobiet. Ten oświadcza, że czterysta pięćdziesiąt. Absurdalnie. Starowieyski natychmiast oświadcza, że on czterysta osiemdziesiąt. Musiał być lepszy. Nawet, gdy był już całkiem słaby, lepiej od masażysty wiedział, jak ten powinien wykonywać swoją robotę. Znał się i już…

Potrzebował wbrew pozorom ludzi. Trochę jak średniowieczni kuglarze potrzebował ich obecności. Zrealizował dwadzieścia siedem Teatrów Rysowania. Rysował i rozmawiał z publicznością. Nikt tego po nim nie powtórzył.

Tak, dla mojego pokolenia był wielowymiarową legendą. Górnicka-Zdziech ją ocala. Na jak długo? Nie wiem, nie mam pojęcia. Może przetrwa tylko w tych opowieściach przyjaciół? W galeriach? W muzeach, gdzie znalazły się kolekcje jego staroci? W obscenicznym języku, którym potrafił szokować? Nie, raczej nie. Jan Byk wciąż przecież pręży muskuły. I biegnie za tramwajem. Nie dlatego, że go nie stać na bilet, jest po prostu szybszy…

 

Izabela Górnicka-Zdziech – Franciszek Starowieyski. Bycza krew, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016, str. 352.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko