Stanisław Nyczaj – Dom ze słów Jana Lechickiego

0
293

Stanisław Nyczaj


Dom ze słów Jana Lechickiego


lechicki wybor wierszyWydanym niedawno retrospektywnym tomem Jan Lechicki sumuje swój dorobek poetycki, na który składają się wiersze z opublikowanych dotychczas zbiorków, takich jak Kształt bólu, Przetaczanie myśli, Tomograf duszy, Pojedynek z sobą, oraz rozproszone po czasopismach, zwłaszcza po numerach „IKARA”, „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego”. Usystematyzował je autor nie wedle chronologii, lecz pod kątem tematyki, problemowo. Tym samym uwydatnił wyraziściej, co go najczęściej inspirowało, najgłębiej wzruszało, niepokoiło i skłaniało do refleksji.


Czytelnika zainteresuje każda tematyczno-problemowa sekwencja. Może on książkę otworzyć na dowolnej stronie i znajdzie, czego szuka i oczekuje: dobrą, poruszającą uczucia i wyobraźnię, jak też wymowną lirykę. Ale jeszcze bardziej wciągnie go lektura, gdy zacznie książkę czytać systematycznie od stron pierwszych, wglądając uważnie w treść następujących po sobie działów. Ową treść stanowią głównie obrazy i myśli, wyrażone językiem tyleż prostym (bezpośrednim, komunikatywnym), co i stylistyką metafory bądź sentencjonalnej zwięzłości.


Korzenie


Pierwszy dział pod tym tytułem mówi o rodowodzie poety, jego związkach z „nawożoną ostrymi kamieniami” ziemią łagowską na Świętokrzyżczyźnie, domem rodzinnym „z maciejką pod oknem” przy „starej wierzbie nad Łagowicą”. Mówi o bosym i głodnym dzieciństwie od „kołyski na zdartych biegunach” po „widzenie wybuchów bomb” i „słyszenie szumu pocisków katiuszy”; dzieciństwie zgrzebnym naznaczonym w „genetycznym kodzie” wojną, holocaustem, a także doskwierającą obsesyjnie „pustką samotności […] niebyłych dni”. Mówi o wyniesionych z doświadczeń przekonaniach, a właściwie roztropnych wątpliwościach wynikłych z „przewlekłego zapalenia uczuć” i „nadmiernego widzenia świata”, czyli wrodzonej nadwrażliwości. Czyni rozrachunek przed własnym lustrzanym obliczem, „które zniekształciły czas / i meteoryty / rzucane przez ludzką / nienawiść”. Po pojedynku z niespokojnymi myślami znowu, na kolejnych stronach, wracają obrazy ze wspomnieniowej podróży ku „zmarszczkom twarzy Matki” i odzywa się „ostrym nożem w piersiach” ból tęsknoty za tym, co bezpowrotnie stracone. Dalej jawią się sceny szpitalnych bezsennych nocy z „zygzakami elektrokardiogramu”, „przywiązaniem do kroplówki”, gdzie nie wolno pytać „czy warto żyć?” (bo „byłaby to obraza życia”), za to wolno marzyć, choćby złudnie „błądzić / po opłotkach życia / w poszukiwaniu drogi / jedynej i słusznej”. Na jęk karetki pogotowia, gdy „noc zaciska łapy / na szyi ostatniej zgłoski / umierającego dnia”, podmiot wiersza Nokturn niepokoi się: „Jak odnaleźć / w składnicy złomu dwudziestego wieku / własne Ja”. Gdy to „Ja”, z kolei – z właściwym poecie przymrużeniem oka – powątpiewa nawet w istnienie duszy w swoim skołatanym wnętrzu, które waha się odwiedzić.


Ta dusza jednak istnieje i cała odsłania się w poezji, mającej w sobie tajemną metafizykę. Kontynuację wątku związanego z poezją i rolą poety odnajdujemy w refleksyjnym dziale drugim, zatytułowanym


Peregrynacje liryczne


 Jan Lechicki przekonuje, że nawet ta „niedzisiejsza” poezja marzeń, miłosnych westchnień i spacerów po Mlecznej Drodze, jest właśnie dziś potrzebna, pomimo zwątpienia w to, iż poeta jest w stanie zmienić świat, skoro wznoszony przez niego dom ze słów okazuje się „nieodporny na wstrząsy cywilizacji”. „Każdy jego wiersz / to nowe odkrycie” i „wymyślone przez niego metafory / należy chronić”. Zresztą, to on sam, często wytykany przez tłum jako dziwak, wariat, podejrzany odmieniec, jest w istocie „kwintesencją poezji”, „metaforą w ludzkiej skórze / która błąka się / w zwariowanym tłumie”. Następuje więc odwrócenie perspektywy spojrzenia i oceny poety: z potocznej, zwyczajnej, prozaicznej na zadziwioną niezwykłością postawy, przejętą mocą jego uduchowienia. Że można istnieć, zachowywać się i czuć inaczej. Że można być kimś Innym (przez duże „i”). W tym przekonaniu w naszym środowisku literackim partneruje Janowi Lechickiemu Henryk Morawski (poświęcił on zagadnieniu odrębny zbiorek Inni). Ten przywilej nadwrażliwej inności poety, który „pisze długi poemat / o nieskończoności uczuć”, wymaga, zdaniem J. Lechickiego, takiej zmiany poglądu, iż jeśli już posądzać poetę o jakąś nienormalność, to taką, że „jest nieuleczalnie chory / na człowieka”, tzn. dogłębnie przejęty ludzkim losem. I nie ma temu wyczuleniu (czy nawet, jak kto uzna, przeczuleniu) końca: „dlatego [poeta] nie stawia kropki / po ostatnim słowie”.


Jan Lechicki jako długoletni lekarz praktyk, aktywny publicysta i działacz służby zdrowia nie stawiał też nigdy kropki w staraniach, zabiegach, wysiłkach o podstawowe dobro ludzkiego życia, jakim jest zdrowie. Jakże przejmująco i pięknie odzwierciedla się to również w jego poezji! – tu znajduje wyraz w dziale trzecim


Muza i medycyna


– „Usiłuję przetaczać moim czytelnikom – zwierzał się przed laty, co jako redaktor umieściłem na okładce tomiku Przetaczanie myśli – odczucia i prawdy wyniesione m.in. z wieloletnich doświadczeń zawodowych. Wiersze moje stają się niekiedy rodzajem wzajemnej spowiedzi miedzy pacjentem i lekarzem”.


A w związku z moim zagajeniem do rozmowy pomieszczonej zamiast wstępu w tomiku Tomograf duszy: iż pisze o szpitalu, lekarzach, pielęgniarkach, chorych, o „metamorfozach szpitalnego bólu”, lęku mającym „oddech przyspieszony, tętno niemiarowe i skórę białą”, o „gasnących oczach dziecka”; iż pojawiają się motywy butli tlenowej, kroplówki, „czerwonych świateł na drzwiach sal”; iż padają fachowe łacińskie terminy i orzeczenia diagnozy niepokojące tajemniczym szyfrem niczym na kartach chorobowych – odpowiedział:


 – Jako lekarz przyglądający się na co dzień ludzkiemu cierpieniu chciałbym w owych utworach wyrażać własny stosunek do odwiecznych strapień i niepokojów człowieka: bólu, choroby, śmierci, przemijania. Jest to tematyka, oczywiście, stara jak świat. Zazwyczaj wszak podejmowali ją tylko ci, którzy cierpieli. Mnie interesuje ona głównie jako obserwatora ludzkich dramatów, chociaż i sam bywam chory.


Zwłaszcza – dodam – czułego obserwatora ludzi udręczonych bólem i lękiem. Lechicki, pomimo długoletniej praktyki w aż trzech specjalnościach medycznych, nie poddał się „szczepionce” profesjonalnego zobojętnienia. Stąd jego poetyckie „diagnozy” mają taki ludzki wymiar. Czytelnik-„pacjent”, jakże często poszukujący wsparcia uczuciowego poza fachową poradą, odnajdzie w strofach lekarza-poety również logoterapeutyczne wartości.


W tym zbiorze – podobnie jak spośród wcześniejszych w Pojedynku z sobą – owo współczujące uwrażliwienie przechodzi z incydentalności obserwacji, doznań, przeżyć w uogólnienie stosunku do współczesnego człowieka końca XX wieku zagrożonego przez cywilizacyjny szok. Podmiot wierszy odbiera niepokojące sygnały ze świata i zarazem stara się wszystkich, których trapi niepokój, natchnąć nadzieją.


Liryki o przemijaniu

 

Jednak na drodze do tej z coraz większym trudem wywalczanej nadziei przykrym cieniem kładzie się trauma ludzkiego przemijania. Gdy naraz „chodzić nie dają / przywiązane do nóg / ciężarki lat / Serce wymaga / generalnego remontu / a mechanik nie ma / części zamiennych”. Kiedy tylko „smutek i trwoga / idą obok siebie”. Kiedy, niczym najstraszniejsze widziadło, może przyśnić się obraz z wiersza Jesień życia, jak „Daleko za horyzontem / tłum starców czeka / aby się dostać na drugi brzeg / wezbranego niebezpiecznie Styksu”. Gdy do reszty przygnębia „depresja starcza”, najdokuczliwsza w Domu Starców. Ta stany i doznawane nagminnie gorzkie samopoczucia może łagodzić jedynie odradzająca życie wiosna, pozwalająca przez zaabsorbowanie „walką powietrzną / dwóch motyli” zapomnieć o nieuchronności drogi donikąd. Czwarty dział, zawierający liryki o przemijaniu,, pozostaje w pamięci jako swoiste, cenne w profilaktyce świadomości katharsis, rozładowujące – najdotkliwsze z bezbolesnych – uczucie strachu… przed niechybnym odejściem.


Refleksje o polityce

 

Dział ten stawia nas na odmianę w sytuacji życiowego wrzenia. Aż „piasek w oczy szczypie”, bo tu na każdym kroku „człowiek człowiekowi wilkiem”. Tu „syreny krzyczą na trwogę / wyścig trwa”, a „do mety kręta droga”. Tu „nienawiść zabija / jak morowa choroba”. W bezpardonowej walce „poległych nikt nie liczy / ważne zwycięstwo / za wszelką cenę”. Dopiero sygnał karetki pogotowia uprzytamnia, jak bardzo to wrzenie jest ryzykowne, jak wielu przypłaca je życiem będąc w sile wieku. „Bomby słowne wybuchają seriami / zabijają i ranią niewinnych”. Jan Lechicki, wchodząc w trudną tematykę z ogromną pasją, nie tylko kreśli dramatyczne obrazy bezkrwawych bitew, ale i przestrzega. Oto wymowny fragment z wiersza Amen:


Ciężkie działa strzelają

do podświadomości tłumu

Kanonierzy nie wiedzą co czynią

bo krew się nie leje

ale zapach prochu

drażni nozdrza

i dusi sumienie


Zagrożone jest społeczne i jednostkowe morale, skoro pieniądze stają się „ważniejsze od romantycznej miłości i rodziny”, a u „wodzirejów bankowych kont […] przyspieszenie / bicia serca / powodują spadki i wzrosty / na giełdzie”. Nieformalny tryptyk o obłudzie: Fałszywi świadkowie Wątpliwi bohaterzy Fałszywi święci kończą gorzkie słowa etycznej dyskwalifikacji nadużyć i pozorów: „wkoło czuję odór zgniły / spod sztucznej żrący aureoli”. Nic zatem dziwnego, że „na Ziemi / w harmidrze jęków i zgrzytów / coraz trudniej / wsłuchać się / w bicie ludzkiego serca”. Totalną kapitulację niekontrolowanego rozwoju cywilizacji, a nie tryumf, jak się hurraoptymistom wydaje, obwieszcza podmiot wiersza Wejście w XXI wiek:


Wykąpany w wodzie

niezdatnej do picia

ani do celów gospodarczych

ubrany w garnitur

z polichlorku winylu

w butach skażonych

radioaktywną glebą

wchodzę w XXI wiek

który wita mnie uroczyście

syrenami apokalipsy


Mocne w swym znaczeniowym i artystycznym wyrazie są wiersze-protesty Jana Lechickiego, przede wszystkim Nawiedzeni, Sprzeciw, Marzenia. Poeta, ceniący mowę skrótu, nie godzi się na różne formy i przejawy ich nadużycia: oszukiwanie wiernych gołosłowiem pod przybraniem w kaptur średniowiecznej tradycji, małostkowe kupczenie dobrem, zatruwanie naiwnych nienawistną pogardą.


Moi mistrzowie

 

Wartościową przeciwwagą są słowa mistrzów, do których wiarygodnego autorytetu odnosi się poeta w dziale szóstym: nośne liryczne wypowiedzi „proboszcza polskiej poezji” ks. Jana Twardowskiego (będące „ewangelią dla wierzących inaczej”), Zbigniewa Herberta (zwiedzającego świat „z plecakiem metafor / w uniformie Pana Cogito”), Wisławy Szymborskiej (rozdawczyni trafnych metafor i ciepłych żartów), Tadeusza Różewicza (obserwatora życia „z zamkniętymi oczami wyobraźni”), Stanisława Barańczaka (od którego „nauczył się / jak operować / z chirurgiczną precyzją / podatnym na infekcję słowem”).

Wiersze z podróży

 

Okazały tom kończą strofy z podróży do czarnogórskiego Sutomore (gdzie „gruboziarnisty piasek plaży / jak encelefalogram / rejestruje myśli” m.in. „o zamordowanych Żydach z [rodzinnego] miasteczka Łagowa”), do litewskich Druskiennik (gdzie „ptaki śpiewają po polsku / muchy kąsają po litewsku / a Niemen na zakolach / szemrze z wileńskim akcentem”), do Splitu i Dubrownika w Chorwacji „zanurzonych w morzu historii” (której lud „swobodę ukochał / nad życie”), do Plitwickich Jezior na Bałkanach (gdzie poeci znajdują „oazę nieskazitelnego piękna”), na Węgry (gdzie w Bungallo nad gorącymi wodami kąpieliska „potomkowie Bema i Petofiego / moczą strudzone ciała / w historii obu narodów”) i Hajduszoboszlo (gdzie poeta „w południe patrzy rozmarzony / na wyłaniające się z brudnych basenów / boginie, westalki i nałożnice / o prawie idealnych kształtach”), do wiecznego miasta Rzymu o niezliczonych atrakcjach zostawiających mętlik w głowie turysty, na szczyt Wezuwiusza „przykryty płaszczem / wulkanicznego pyłu”, do „zawieszonych między ziemią a niebem” klasztorów Wielkiego Meteoru, Świętego Warłama i Świętej Trójcy z pokłonem podziwu znad Wisły, do tunezyjskiej oazy w Górach Atlas, na bazar i starożytnych łaźni w Efezie, do Barcelony na fontannę „tańczącą poezją kolorów”, do kościoła Sagrada Familia w Gaudi „szczytami swoimi sięgającymi nieba / odsłaniającego nową przestrzeń”, do świętego Graala w Montserrat, na cmentarz Orląt Lwowskich, do uzdrowiska w Truskawcu z ludzką menażerią, by popatrzeć na stuletnie klony i dęby, jak stają na baczność przy dźwiękach poloneza Ogińskiego i gdzie w parku „karpackie lasy szumią / z kresowym akcentem”, przed ołtarz pergamońskiego kościoła w Berlinie, w którym przemieszały się epoki.


Czas ustawicznego „przetaczania myśli”


Liryka Jana Lechickiego ma swoje własne, odrębne oblicze. Przede wszystkim z uwagi na częste i wrażliwe odniesienia do tematyki wynikającej niejako bezpośrednio z medycznych doświadczeń zawodowych autora. Wyzwala ona „ciemną” ekspresję refleksyjnego smutku, nad nieuchronnym przemijaniem. Prócz ostoi w śródziemnomorskiej tradycji kulturowej ważne jest w niej poczucie więzi z osobistą tradycją: stron rodzinnych, z krainą-miejscem pochodzenia, zakorzenienia się. Dla autora tym miejscem jest Łagów, darzony sentymentem i jako oaza wspomnień i jako cel częstych radosnych odwiedzin.


„Chwytanie chwil” jest jakby zachłyśnięciem się rzeczywistością i nabieraniem powietrza w płuca. Sił i skrzydeł wyobraźni dodają wrażenia z obcowania z przyrodą, sztuką architektoniczną zwiedzanych krajów, z tradycją dającą myśli niezbędne oparcie.


Przychodzą jednak od czasu do czasu i te przesilające się w udrękę bezsenne noce. Wtedy czas „przetaczania myśli tam i z powrotem” tworzy zupełnie inny sytuacyjnie klimat.


Poezja Jana Lechickiego jest przy tym bardzo bliska dziejącej się „tu i teraz” współczesności ze wszystkimi jej dramatami cywilizacyjnymi i politycznymi. W tej mierze nierzadko wprost eksploduje surowo osądzającymi nasz czas myśloobrazami, zawierającymi, prócz mądrości z wnikliwego spojrzenia, silny – inspirujący i ekscytujący Czytelnika podczas lektury – ładunek ekspresji.

Stanisław Nyczaj

Jan Lechicki, Wybór wierszy, Kielce 2015, wyd. P.U. COMPUS, s. 208.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko