Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
216

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 



Dobrze się myśli takimi esejami

dobrze-sie-mysli-literaturaLiteratura nauczyła nas pragnąć czegoś „innego”, wychodzić poza krąg codziennych przyzwyczajeń, poza rytuał wyznaczany bądź przez konwencję życia wspólnoty, bądź po prostu przez potrzeby ciała, które każe nam jeść, spać i tak dalej. Romantycy eksponowali te funkcje literatury, definiując człowieka jako jedyną istotę, która chce być kimś innym, niż jest (…) Lektura zasiewa w nas coś, czego w nas nie ma, z czym się nie rodzimy, czego nawet nie przejmujemy przez zwyczaje życia rodzinnego (…). I nagle rodzi się czytelnik”.

Deklaracja autorska, której wyselekcjonowany fragment przytoczyłem, a którą autor sformułował nie w trybie chłodnego wstępu, lecz nieskrywanie osobistego wyznania, wywołała we mnie, niczym proustowska magdalenka, wspomnienia czasów minionych, niestety. Tym właśnie była dla mnie kiedyś lektura – aż do pewnego momentu, który nastąpił już w okrutnych czasach świadomościowej dojrzałości, gdy iluzyjna siła literatury przestała na mnie, niestety, podkreślam to z autentycznym bólem, działać. Tęsknię za tamtymi doznaniami, za tamtym klimatem lektury, która spływała na mnie z całą swoją słodyczą iluzji, ale już wiem, że to „se ne vrati”. Nie mniej, znalazłszy  w tej deklaracji kilka wątków, które usposobiły mnie w stosunku do autora kredytowo pozytywnie, jako do, poniekąd, „bratniej duszy”, przystąpiłem do dalszej lektury z najlepszymi nadziejami. I nie zawiodłem się. Ma chyba rację Michał Paweł Markowski, gdy deklaruje brak wątpliwości co do tego, że „nikt nie czyta dziś w Polsce literatury tak wnikliwie i tak namiętnie jak Ryszard Koziołek. Prowokujący erudyta, zadziorny eseista, zaskakujący intelektualista”. „Chyba” ma MPM rację, bo ja bym Koziołkowi dodał do towarzystwa jeszcze co najmniej kilka osób „czytających literaturę tak wnikliwie”, choćby, na przykład,  Jana Tomkowskiego czy Jana Gondowicza, ale niewątpliwie jako „zaskakujący intelektualista” jest Koziołek w swoim rodzaju jedyny.  Koziołek „kupił” mnie już pierwszym z esejów pomieszczonych w tym tomie, esejem o „Lalce” Prusa zatytułowanym, nomen omen, „Trzeba kupić tę miłość”. O „Lalce” jako o portrecie rodzącej się polskiej nowoczesności, także w jej aspekcie kapitalistyczno-handlowym napisano już sporo, nawet weszło to ostatnimi laty w modę u literaturoznawców. Koziołek napisał o „Lalce” jako o powieści o przedmiotach-fetyszach, ale tylko na pozór dopisał jedynie ot tak, swój głos do tego nurtu. Oto bowiem na koniec swego eseju zaserwował nam, czytelnikom, brawurową i błyskotliwą pointę-woltę. Skonstatowawszy z rezygnacją, że z „Lalki” płynie nauka, iż „nawet w naszych najbardziej szlachetnych czynach i uczuciach zawsze mamy wspólnika, a imię jego jest … Pieniądz”, wyprowadza, niczym „manewr znad Wieprza” i zażywając nas „z mańki”, taki oto wywód: „Tu jednak dostrzegam szanse na opór. Nie tyle w uporczywym przeciwstawianiu tego, co można kupić, temu, co nie ma ceny, ile w przewrotnej zgodzie na to, aby istotnie wszystko stało się przedmiotem refleksji ekonomicznej. Konsekwencją tej zachłanności jest bowiem ostateczna klęska mitu ekonomii jako czystej nauki. Rynek rozpostarty na całokształt życia wciela także wartości nieekonomiczne; brudzi pieniądze. Należy zatem przymusić rzeczników komercjalizacji życia do przyjęcia konsekwencji tej totalności. Jeśli chcemy, aby ekonomia zajmowała się opisem zachowań ludzi pobudzanych mechanizmami rynku, niech obejmuje wszystkie relacje, w jakich jesteśmy ze światem. A zatem także uczucia, moralność, metafizykę, ideologię, bezinteresowność. Spodziewany efekt to implozja, z której mogłyby się wyłonić na powrót inne opisy świata”. Postulat to i ryzykowny i utopijny, ale, trzeba przyznać, że brawurowy, godny właśnie zaskakującego intelektualisty. Rozgrzany esejem o „Lalce” łykałem już z satysfakcją kolejne: „Kod QV”, rzecz o sienkiewiczowskim „Quo vadis”, odczytanym jako wyrafinowany szyfr kulturowo-polityczny ubrany dla niepoznaki w zgrzebną szatę  powierzchowności i prostoty strawnej dla masowego czytelnika; „Ban, Ban Kali(Ban)” o Sienkiewiczu i jego grach z postacią Kalibana,  a nawet wcielaniu się pisarza w tę postać i to na różne sposoby; „Maszyna do pisania”, gdzie Józef Ignacy Kraszewski, ów poczciwy, brodaty dziadunio z kanonicznych portretów, pan Jowialski polskiej prozy historycznej, dla wielu uosobienie nudnej poczciwości literackiej („Znacie? To posłuchajcie”) pokazany jest jako „neurobiologiczna maszyna do pisania”, człowiek XIX-wiecznej nowoczesności i brawurowy, nawet awanturniczy sel-made-men, hedonista, kosmopolita a przy tym prozaik przekorny i bynajmniej nieoczywisty, jak się zwykło powszechnie uważać; „Szary geniusz”, który opowiada o Bolesławie Prusie jako o „mordercy pozytywizmu” raczej niż jego najbardziej emblematycznej postaci, jako o protoplaście Houelelbecqa i jako o humoryście paradoksalnym, bo do gruntu smutnym; „Kto jeszcze umrze przez Robespierre’a” – o Stanisławie Przybyszewskiej, polskim Nietzschem i Holderlinie płci żeńskiej w jednym, zdychającym z biedy i w uniesieniu duchowym w gdańskim baraku i o tym, czy pewna angielska pisarka popularnych powieści historycznych poradzi sobie z biografią tej płomiennej polskiej pisarki, córki „Szatana”, o przedziwnej mądrości Hanny Malewskiej, o „Życiu z Brzozowskim”, i wieloletnim zmaganiu się z nim – Andrzeja Mencwela, o nieustannie uciekającym Marku Bieńczyku – współczesnym polskim „kuzynku mistrza Rameau”, o powieści historycznej w wybornym eseju „Szkopuł i koniektura” i o szeregu jeszcze innych współczesnych i mniej współczesnych autorach (Parnickim, Mrożku, Pilchu, Stasiuku, Tokarczuk i innych), ze szczyptą tematyki nieliterackiej (choćby architekturze), a też i nawet o Bogu, teologii i o Johnie Donne w kontekście pewnej tragikomicznej przygody sepulkralnej autora.

Biegając za Ryszardem Koziołkiem, za jego myślami, tematami, kaprysami, niespodziankami, paradoksami, rozdziawiając gębę na niektóre jego wolty i numery prestidigitatorskie, na zaskakujące wnioski i pointy, można się zadyszeć, spocić, można czasem zwątpić w siłę własnej przenikliwości, popaść w kompleksy z powodu nieruchawości i sztywności własnych procesów myślowych. Jednak ten sport bardzo jest zdrowy, pomaga zrywać zwapnienia we własnych komórkach myślowych. Koziołek jest jak taki trener, jak taki nauczyciel gimnastyki, którego się lubi. Nie męczy ćwiczeniami polegającymi na nudnym toczeniu piłki lekarskiej, ale dba także o przyjemność czytelnika, pisząc z wdziękiem i finezją stylu. Myśl Koziołka bywa często na tyle oryginalna i ekstrawagancka, a przy tym wystrzeliwana z szybkością bębenkowego colta, że nie każdemu czytelnikowi, nie w każdym momencie i nie zawsze uda się za nią nadążyć i na czas pojąć. Ba, być może niektóre passusy nadal będą skrywać się dla tego czy innego czytelnika w obłoku tajemnicy, będącej owocem kreatywnego i nieszablonowego umysłu autora, który (jak wiele oryginalnych umysłów nie jest wolny od pewnej dawki autyzmu), ale rzecz nie w tym, żeby wszystko literalnie pojąć, lecz w przyjemności intelektualnej przygody. Koziołek zresztą, przy całej jasności stylistycznej na poziomie języka, nie ułatwia lektury o tyle, że nie dąży (na ogół) w swoich esejach do jakiejś syntetyzującej pointy, konkluzji, resume, do ujęcia zagadnienia w pigułkę łatwą do przełknięcia. Przeciwnie, zgodnie z duchem i praktyką heurystyki zostawia czytelnikowi pole do własnych poszukiwań, stawia przed nim pole do dociekań, podsuwa mu tylko tropy, ale nie włącza mu interpretacyjnego „dżipiesa”. Koziołek podjął się udowodnienia, że ciągle „dobrze się myśli literaturą”. Wykorzystam jego formułę, by wyrazić przekonanie, że również „dobrze się myśli takimi esejami”. Mało, że dobrze – wyśmienicie. Co do mnie, czekając na kolejny tom esejów Ryszarda Koziołka (mam nadzieję, że taki powstanie) będę wracał porcjami do tych, już przeczytanych. Bo naprawdę bardzo dobrze się myśli tymi esejami.

Ryszard Koziołek – „Dobrze się myśli literaturą”, Wyd. Czarne, Uniwersytet Śląski w Katowicach, 2015, str. 285, ISBN 978-83-8049-219-6

 

Każdy ma swoje kino

krotka-ksiazka-o-milosciUprzedzam z góry, że „Krótka książka o miłości”,  to nie poradnik miłosno-erotyczny, lecz rzecz o miłości do kina. Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka znana z programów telewizyjnych poświęconych filmowi właśnie (ale znana także jako recenzentka, krytyczka i prześmiewczyni świata celebrytów) wydała ostatnimi czasy dwie książki poświęcone kulturze, nazwijmy ją tak – popowej. „Ćwiartka raz”, to rodzaj autorskiej syntezy tej kultury w minionym 25-leciu Polski, a „Bomba”, to autorski alfabet czy słownik obszernego grona postaci z kręgów celebrycko-artystycznych. Teraz otrzymaliśmy właśnie ową „Krótką książkę o miłości”, wbrew tytułowi obszerny, subiektywny słownik filmów, które z różnych powodów były ważne dla autorki. O każdym z nich opowiada Korwin-Piotrowska zarówno jako o zjawisku w świecie kina, z jego znaczeniem i rangą, a przy tym ze znawstwem, jak i w płaszczyźnie subiektywnego, osobistego przeżycia. Tom rozpoczyna więc wspomnienie o pierwszym spotkaniu dziewięcioletniej wtedy Karoliny z „Gwiezdnymi wojnami” George Lucasa, w nieistniejącym już dziś warszawskim kinie „Ochota”, a potem wysypuje się przed czytelnikiem worek z filmami, wśród których dominuje głównie wysokiej próby kino amerykańskie, ale spotkać też można takie tytuły europejskie jak radziecki „Idź i patrz” Elema Klimowa czy włosko-francuski „Konformista” Bernardo Bertolucciego. Jako czytelnik zainteresowany historią kina i trochę się też nią po dziennikarsku zajmujący, konfrontowałem „typy” Korwin-Piotrowskiej z własnymi gustami, uwzględniając oczywiście, z pozycji człowieka sporo starszego, różnicę generacyjną, która ma oczywisty wpływ na zakres percepcji. I tak, choć jako widz już 22-letni „Gwiezdne wojny” przyjąłem bardziej przez głowę, estetycznie niż przez serce (acz podziwiam fantazję i rozmach gwiezdnego cyklu), to łączy mnie z autorką niesłabnąca fascynacja choćby „Ojcem chrzestnym” Coppoli, „Konformistą” czy filmami Jean Pierre Melville’a. Zauważalny w „Krótkiej książce” brak choćby starej, w tym przedwojennej, ale też tej z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, klasyki kina, składam na karb właśnie owej różnicy generacyjnej, która sprawiła, że autorka z szeregiem filmów z tego okresu – które w moim dzieciństwie nawet jeszcze od czasu do czasu „chodziły” w kinach i bardzo często pokazywane były w jedynym programie telewizji, najzwyczajniej mogła się już nie zetknąć, a jeśli stało się to po latach, to już tylko w trybie „studyjnym”, archiwistycznym, czyli bez udziału czynnika typowej kinowej emocji dziecięco-młodzieńczej, a to ona rozstrzyga o fascynacjach.

Powyższe uwagi oznaczają zatem tylko tyle, że zawartość mojego subiektywnego słownika fascynacji filmowych byłaby, z wyłuszczonych wyżej powodów, znacząco inna, natomiast nic nie ujmują walorom książki Korwin-Piotrowskiej, której wyborną lekturę nie tylko kinomanom gorąco polecam

Karolina Korwin Piotrowska – „Krótka książka o miłości”, wyd. Prószyński i s-ka, Warszawa 2016, str. 680, ISBN 978-838069-139-1


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko