Józef Jasielski – Być jak Krzysztof Krawczyk

0
78

Józef Jasielski – Być jak Krzysztof Krawczyk

 

byc jak kk      Dalibóg, coraz częściej nie pojmuję, jakimi kryteriami kierują się dyrektorzy teatrów i reżyserzy wybierając teksty do realizacji na scenie. Oferta repertuarowa teatrów coraz bardziej mizerna i poszukiwanie „polskiego Szekspira” coraz dramatyczniejsze. Czy chodzi tutaj o własne reżyserskie Ego, czy o złaknioną takowego tematu publiczność ? W Teatrze Miejskim im. W. Gombrowicza w Gdyni gdyński reżyser-dokumentalista filmowy, Andrzej Mańkowski, zrealizował własną sztukę „Być jak Krzysztof Krawczyk”, podążając śladem takich realizacji, jak: „Być jak John Malkovich”, „Być jak Kazimierz Dejna”, „Być jak Marylin Monroe”… Tylko po co być jak Krzysztof Krawczyk ? Średniej klasy piosenkarz, o niezłym głosie, z kilkoma przebojami, uwielbiany przez nasze babcie… Niestety, osnuty na Krawczyku spektakl nie daje odpowiedzi na to zasadnicze pytanie. Wygląda na to, że chodziło o zaprezentowanie publiczności kilku przebojów Pana Krzysztofa w kiepskim wykonaniu i tyle. Dramat tego przedsięwzięcia zaczyna się już od konstrukcji samej sztuki, a raczej scenariusza. Andrzej Mańkowski–autor wymyślił, że głównym bohaterem będzie młody bibliotekarz, Adam Bardziej, który pragnie upodobnić się do swego idola, Krzysztofa Krawczyka. Skąd mu to przyszło do głowy – nie wiadomo. Ten akt „odwzorowania” ma się dokonać…na weselu. A jak „wesele”, to wiadomo: Wyspiański, Wajda, Smarzewski, Wrona… Taka w głowie twórcy naukowa „burza mózgu”, jako metoda analizy tematu modna ostatnio wśród reżyserów, wieszających na ścianach sali prób karteczki z rozlicznymi skojarzeniami…

        Ale do rzeczy. Śpiewający bibliotekarz musi znać „Wesele” Wyspiańskiego” i jeżeli damy mu za partnerkę młodą polonistkę, Agnieszkę Czas, to stosowne cytaty ze znanego dramatu o Polsce posypią się jak z rękawa. A i sam tekst nabierze powagi / skojarzenia ! /. Eksploatowany ponad miarę literacko i filmowo motyw „wesela” daje się nafaszerować każdą akcją i galerią dziwacznych postaci. Ale to byłoby za proste i nienowoczesne, dlatego autor konstruuje sztukę w trzech równoległych płaszczyznach. Okazuje się, że akcja wesela to retrospekcja, w którą wkracza raz po raz scena przesłuchiwania uczestników zabawy przez policjanta na okoliczność nagłego zniknięcia głównego bohatera – i to jest teraźniejszy czas akcji… Żeby to wszystko jeszcze bardziej skomplikować, Andrzej Mańkowski wpadł na pomysł, że to,co właśnie ogląda ukołysany piosenkami widz, jest tylko… grą komputerową stworzoną przez alter-ego głównego bohatera, siedzące w jego głowie / omamy słuchowe ? /, a w rzeczywistości oglądane przez nas na ekranie w towarzystwie  swojego kochanka-geja i w dodatku Szweda… Co jest prawdą, a co grą komputerową ? Czy wystarczy być Krawczykiem, żeby zrozumieć ten filozoficzny dylemat naszej cywilizacji ? Tak bezsensowny i pokręcony materiał literacki nie dawał szans na sensowny i czytelny spektakl.

        Ale stało się. W filmowej Gdyni, w gdyńskim teatrze, gdynianin-dyrektor promuje gdynianina-filmowca w podwójnej roli. I wlecze się to wesele na tle teatralnego horyzontu z widoczkiem Gdyni; stereotypowe, do bólu banalne w szczątkowej akcji i działaniach postaci, kiczowate i pełne starych dowcipów i weselnych przyśpiewek, nijakie i pozbawione dobrego teatralnego smaku… Aktorzy nie maja tutaj nic do roboty przy „papierowych” postaciach i źle zbudowanych scenach. Strzępy dialogu wyrwanego z sytuacyjnego kontekstu…  No i jest multimedialnie; co jest zgodne z modą i profesją reżysera. Stąd na scenie dwa ekrany i wodzirej plątający się po scenie z kamerką, żeby widz mógł obejrzeć jakieś filmowe zbliżenie bez  związku z tym, co się obok dzieje… Często-gęsto używa się tutaj stop-klatki, aktorzy zastygają jak manekiny, są nawet wampiry po węgiersku i na koniec „chocholi taniec”, no bo wiadomo przecież..Chaos zamiast Porządku. Przerost ambicji, ubóstwo środków artystycznego wyrazu, knot. Ani to śmieszne, ani tragiczne. Zagubiony w tym wszystkim główny bohater przeżywa jakieś wewnętrzne katusze, rozdwojenie jaźni i widać, że mu to zafascynowanie Krawczykiem nie wyszło na dobre… Tak naprawdę, nie ma żadnego dramaturgicznego związku między postacią Andrzeja Bardzieja, a żywym Krzysztofem Krawczykiem. Pozostają piosenki, na które reaguje zwłaszcza damska widownia i żal straconego czasu i atłasu… Natomiast żywy Krzysztof Krawczyk, zaproszony na premierę do Gdyni, zrozumiał tylko tyle: „W spektaklu zobaczyłem Polskę z nie najlepszej strony, gdzie alkohol zabiera rozum.” I rzeczywiście z tym rozumem u nas nie najlepiej.A i wezwanie, żeby być kimś tam jest zgoła bezzasadne i teatrowi wbrew. Pozostał mi jeszcze w oczach Magik, ubrany w złocisty garnitur, puszczający migotliwe i puste w środku bańki mydlane…

Niczym symbol tego, co nas uwodzi… A kysz !


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko