Andrzej Wołosewicz – Wartość poezji a jej oddziaływanie

0
87

Andrzej Wołosewicz


Wartość poezji a jej oddziaływanie


jan stepien naleczow116            W tekście Andrzeja Waśkiewicza „Miejsce Czychowskiego” (Tygiel 1-2/78-79/2015) sprzed lat (proszę nie mylić daty kwartalnika z tekstem, co prawda niedatowanym, ale Waśkiewicz zmarł w 2012, więc tekst jest co najmniej sprzed kilku lat) pojawiło się – wydaje mi się ważne – odróżnienie. Mianowicie, gdy Waśkiewicz pisał o wadze wierszy Czychowskiego, to wprowadził następujące rozróżnienie dotyczące tekstów poety: „Dla immanentnej wartości tekstów szczególnej wagi to nie ma, dla oddziaływania – ogromne.”W wypadku Czychowskiego szło o przesunięcie takie mianowicie, że jego debiut książkowy (1960) wypadł w czasie ugruntowanej już pozycji poetyckiej pokolenia Współczesności, ale dalsze funkcjonowanie przypadło już na czas Orientacji Poetyckiej Hybrydy. Dlatego w różnych podsumowaniach zaliczano go a to tu a to tam, albo… nigdzie: „Jest tak, jakkolwiek nie zabrzmiałoby to prowokacyjnie, że gdy wypadnie się z kolejki, miejsca są zajęte. Gdyby debiutował nieco wcześniej, jego rozwiązania, odmienne od rówieśników, choć przecież mieszczące się w antynomicznym ale i komplementarnym zespole rozwiązań generacyjnych, byłyby jedną z, być może kontynuowanych i naśladowanych, wersji. W latach sześćdziesiątych funkcjonowały już w innych kontekstach. Orientacyjnych właśnie. Ani tu, ani tam. Pośrodku.” Nie sam Czychowski mnie tu interesuje, ani jego nie do końca jasne bytowanie we Współczesności czy Orientacji (?), ale owo przesunięcie i jego efekty, czyli dokładnie rzecz ujmując możliwa różnica między wartością immanentną wiersza, która – jeśli dobrze rozumiem Waśkiewicza – polega na analizie, którą najlepiej scharakteryzowałbym jako  quasi-fenomenologiczną uwzględniającą swoistą epoche, czyli „wzięcie w nawias” nastawień, relacji, oddziaływań, całego naszego uwikłania w rzeczywistość (pomijam tu spór między Husserlem a jego następcami o możliwość takiego postępowania badawczego, które by nas od tych wpływów odcięło) a jego oddziaływaniem zależnym przecież od bardzo wielu czynników, choćby takich jak specyficzne usytuowanie i doświadczenia danego odbiorcy (właśnie to, co koniecznie chciał pominąć, usunąć Husserl, jako „wtręty” i „naleciałości” przeszkadzające we właściwym odbiorze istoty każdej rzeczy).

            Przyszły mi do głowy kwestie, które porusza Waśkiewicz i Gąsiorowski (patrz felieton poprzedni) dlatego, że usilnie staram się zrozumieć młodych i poezję młodych, młodszych ode mnie, mam więc co robić, bo ich z wiekiem przybywa. Myślę, że ważna tu jest jakaś intuicja, wgląd w ich świat. Niby to ten sam czas, w którym i ja funkcjonuję, ale przecież wyraźnie różny. Najlepiej oddaje to humor z zeszytów szkolnych, który jest bliski mojej zawodowej codzienności. Oto „klasyczny” opis średniowiecznej ulicy: „W Średniowieczu uliczki były tak wąskie, że nie mogły minąć się dwa samochody”. Po pierwszym ataku śmiechu przychodzi refleksja nad porażającą sensownością takiego porównania. A niby do czego młodzież ma porównywać? Do czegokolwiek ze SWEGO świata. To jest przejaw siły tego ŚWIATA. Podobnie próbuję patrzeć na ich odbiór poezji, literatury. I widzę tu kilka powiązanych elementów.

Pierwszy to „paradygmat MTV”, tak to nazywam. A nazywam tak fascynację ulotną i kolorową migotliwością podlaną erotycznym sosem. „Wartość” MTV ocenili ostatnio już nawet znawcy i fani muzyki i to tej lżejszej uznając, że MTV (oczywiście używam tu MTV jako symbolu, który wprowadził, rozpropagował i ugruntował ten sposób podejścia do muzyki, można podać teraz już wiele innych stacji) po prostu muzykę najzwyczajniej zabija. Feeria barw, światełek, obrazków przemykających z prędkością światła, poszatkowany pokawałkowany świat, który zostawia w głowie co? – sieczkę, gumę do żucia dla oczu (muzyka!), równie szybko zapominaną jak szybko i łatwo w nas wlatującą.

            Drugi to – moim zdaniem – brak spójności wartościotwórczej. Ten świat jest oparty na wyścigu ambicji zaistnienia, bycia popularnym (gwiazdy popkultury znakomicie zaspokajają tę potrzebę), ale już niekoniecznie ponoszenie odpowiedzialności. Tak budowany świat zachwiewa podstawową równowagę: tyle wolności ile odpowiedzialności. Nie piszę tu felietonu socjologicznego, więc nie będę tych spraw rozwijał pozostając z całą świadomością uproszczeń, które można zarzucić mojej diagnozie. Chciałem tylko wskazać na sprawy, które decydują o możliwej (lub niemożliwej) komunikacji, także poetyckiej z młodymi, bo pierwszym jej dogmatem wydaje mi się to, że właśnie taki, ledwie  zasygnalizowany tutaj ŚWIAT jest pierwszym oddziaływaniem na świadomość tych młodych ludzi: oni już z tych samochodów z przykładowej myśli z zeszytów szkolnych nie wysiądą! To ja muszę do nich „wsiąść”, by nawiązać jakikolwiek kontakt, nawet, gdy wcale mi nie po drodze, gdy chciałbym wskazać im drogi inne, czy nawet zawrócić ich z obranej. Nie ma innej rady, także jeśli idzie o zrozumienie ich języka poetyckiego.

            Nie sugeruję – chcę tu mieć absolutną odbiorczą jasność – że młodzi są płytcy i mało wartościowi. Nawet jeśli tacy bywają, to moje wynurzenia na ich temat i na temat moich relacji do nich i do ich poezji prowadzę po to, by lepiej zilustrować ową różnicę, możliwą różnicę, miedzy oddziaływaniem a wartością immanentną wiersza. Bo mimo, że na rozważania o młodych naprowadził mnie namysł nad poezją młodych, to równie mocno zależy mi na wypracowywaniu skutecznych narzędzi ułatwiających i odbiór poezji i jej analizę, i – w reszcie – jej recenzowanie, wartościowanie. Dlatego przywołałem (w poprzednim felietonie) koncepcję Gąsiorowskiego, która wydała mi się tu poręczna (a i historycznie warta przywołania jako zupełnie nieznana). Jego podział na trzy horyzonty rozumienia, teraźniejszość, współczesność, nowożytność, nie do końca mi wystarcza. Nie dlatego, że chodzi mi po głowie jakiś inny, tylko ze względu na optymizm Krzysztofa, którego nie podzielam. Otóż wydaje mi się, że jego – skądinąd słuszne definicje poszczególnych horyzontów – pomijają różnice wewnątrz każdego z nich, a przynajmniej wewnątrz najbardziej mnie intersującego horyzontu teraźniejszości. Właśnie dlatego pożeglowałem w stronę młodych by pokazać, że warto przyjrzeć się bardziej szczegółowo, warto wziąć pod literaturoznawczy, krytycznoliteracki mikroskop rzeczywistość poszczególnych horyzontów. Jak widać niczego nie zarzucam koncepcji horyzontów Krzysztofa, tylko sugeruję dalsze kroki. Na marginesie, wydaje mi się, że Krzysztof nie zszedł na postulowany tu przeze mnie poziom uszczegółowienia i swoistej drobiazgowości dlatego, że należał jeszcze do ostatniego „pokolenia kulturowego optymizmu”. To jest moja prywatna nazwa (może się przyjmie?) na podejście, że szkolno-kulturowa i socjalizująco-społeczna edukacja czyni z nas „takich samych”, w sensie: tak samo dobrych, pojętnych i chętnych do pojmowania) konsumentów kultury, mówiąc językiem dzisiejszym tak samo (w dobrym tego słowa znaczeniu) sformatowanych. Różnić się różnimy, i owszem, ale mamy mocną, silną, wspólną podstawę. Używając przykładu: jeżeli jeden z byłych ministrów oświaty, Roman Giertych, wyrzuca Gombrowicza stawiając fałszywy według mnie wybór między nim a Sienkiewiczem, to on jednak jeszcze wie, kogo wyrzuca. Za chwilę (a widzę to po jednym z ostatnich jeśli nie ostatnim programie z sensem, myślę o teleturnieju 1 z 10 i „odpowiedziach” tam udzielanych przez młodych ludzi) wybór miedzy Gombrowiczem a Sienkiewiczem będzie jakimś dziwnym wyborem między takimi samymi ufoludkami! Dokładnie tak: jakimiś postaciami nie z tego ŚWIATA.

             Dlatego postuluję nakładać bardzo wnikliwe szkoło powiększające na zakreślony przez Gąsiorowskiego horyzont teraźniejszości, by wychwytywać ową sugerowaną przez Waśkiewicza ważną, bo pomagającą w czytaniu poezji, możliwą różnicę między wartością immanentną wiersza a jego odbiorem. Te różnice, gdy zaczynamy używać proponowanego przeze mnie szkła powiększającego okazują się przebiegać nie tylko pomiędzy zamkniętymi wewnątrz tego samego horyzontu pokoleniami, ale i po zupełnie niespodziewanych liniach demarkacyjnych podziałów politycznych, podziałów grup interesów, środowisk twórczych, dla których owe interesy, koterie i zawiązywane, nawet chwilowo, sojusze okazują się ważniejsze niż jakiekolwiek wartości sięgające ponad horyzont ich nosa. A to te wartości spajają nas społecznie i ratują żywotną tkankę kultury.

            Zacząłem od Czychowskiego i by nie wyszło na to, że potraktowałem go wyłączne instrumentalnie, tym bardziej, że 23 stycznia minęła okrągła dwudziesta już, rocznica jego śmierci, zakończę jego wierszem zostawiając go do swobodnej czytelniczej interpretacji i ewentualnego przymierzenia do proponowanych przez Waśkiewicza, Gąsiorowskiego i przeze mnie kryteriów.

 

Mieczysław Czychowski (1932-1996)

 

Złote klucze

 

Znalazłem pęk złotych kluczy

do drzwi zamkniętych.

Za drzwiami mieszkają ludzie biedni.

Wyglądają prze okno okratowane w ogród

 

pełen dojrzałych owoców.

Piszą do siebie listy

przy lampach naftowych i nocą modlą się –

 

a Bóg ich nie chce wysłuchać.

Znalazłem pęk złotych kluczy.

Chciałem pootwierać drzwi

ale zły człowiek powrozem skrępował mi ręce

 

i do każdej klamki przytroczył

kudłatego Cerbera.

Krzycz sobie – powiedział:

ja bardzo lubię słuchać jak ktoś krzyczy.

 

I do sadu pobiegł

zaszczepić truciznę

jabłoniom które rodzą.

 

Życzę wszystkim w ich poetyckich poszukiwaniach samych złotych kluczy.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko