Jan Stanisław Smalewski – Wspomnienia więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych Józefa Grzeszczaka z Gdańska (1)

0
372

Jan Stanisław Smalewski


Wspomnienia więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych Józefa Grzeszczaka z Gdańska (1)

 

smalewski wspomnienie


Gdy w październiku przenieśliśmy się z żoną do Gdańska, w pierwszej kolejności odwiedziliśmy rodzinę Grzeszczaków mieszkającą na Morenie. Kuzyn mojej żony Kazimierz wspominał coś o niepublikowanych wspomnieniach wojennych swojego ojca.

Józef Grzeszczak to cioteczny brat Sylwii Grzeszczak, lubisz jej piosenki. To ojciec Kazika, przeżył trzy kolejne niemieckie obozy koncetracyjne – tłumaczyła mi któregoś dnia żona, która już od roku trudzi się nad sagą rodziny Grzeszczaków, z której się wywodzi. – Kazik ma dla mnie spisane przez ojca wspomnienia, które będę mogła włączyć do swojej sagi.

            Dostaliśmy ten materiał od Kazika. Jego przypuszczenia, że jednak to nie będą treści „pod pióro kobiety” potwierdziły się w pełni. Już po przeczytaniu kilku stron wspomnień Józefa Grzeszczaka moja żona trzęsącymi rękami podała mi go i nie ukrywając wilgoci w oczach, wyjaśniła: – Mój kuzyn miał rację, to nie dla mnie. Moja saga jest lirycznym opowiadaniem o życiu, a to są tak dramatyczne opisy zbrodni wojennych i płynących z nich cierpień ludzkich, że ja tego nawet nie potrafię czytać. To wprost niewyobrażalne, jak człowiek człowiekowi mógł zgotować taką wojnę, taki los, takie życie…

            No cóż, znamy z historii już prawie wszystko, co przyniosła ludzkości II wojna światowa. Sam o tym napisałem kilka książek. Te wspomnienia to jeszcze jeden, pojedynczy zapis, a zarazem los człowieka, który przeżył przysłowiowe piekło na ziemi. Wyjątkowy i godny upowszechnienia dlatego, że jest tutejszy, gdański, i wyjątkowy także z tego powodu, że gdańszczanin ten przeżył nie jeden, ale kolejne trzy obozy śmierci.

A oto jego historia, która podobnie jak inne nam już znane, niech będzie przestrogą dla współcześnie żyjących. Niech także stanie się zadośćuczynieniem za cierpienia człowieka, który „przeżył, by opowiedzieć o nich innym”.

 

„Boże czy pamiętasz?” – Zaczęło się od obozu zagłady w Stutthofie

 

Pomimo, iż więźniowie zdążyli się już częściowo przyzwyczaić do codziennego katowania i śmierci, drugi rok przymusowego pobytu w stutthowskim obozie zagłady, a był to rok 1940, nie zapowiadał się lepiej od pierwszego. SS-mani stosowali coraz bardziej wyrafinowane metody upodlania więźniów, zdobywając wprawę w sztuce ich torturowania i mordu.

Pilna potrzeba wybudowania domu dla SS-manów pochłaniała codziennie dziesiątki ofiar ludzkich. Głównym jej bohaterem, poza komendantem obozu Paulem, był nadzorujący budowę Neuhaner, człowiek – jeśli tak można go w ogóle nazwać – o wybitnych zdolnościach do znęcania się nad więźniami. – A nie bił długo. Wystarczyło, że uderzył raz, albo dwa razy, a to już wystarczyło, by zostać zabitym lub kaleką do śmierci.

            Moim bezpośrednim nadzorcą na wyżej wymienionej budowie był SS-man Szwytkowski, zwany przez wszystkich więźniów „cieślą”. – Ten to miał jeszcze inną metodę katowania . Bił po twarzy i głowie, kopiąc jednocześnie gdzie popadło, a na zakończenie zapisywał numery więźniów do dalszej „zapłaty” na tak zwane „boki”, które to odbywały się po zakończeniu apelu wieczornego.

Wszyscy zapisani więźniowie byli wyczytywani i kolejno zmuszani do położenia się na drewnianym koźle, z obnażoną tylną częścią ciała, a SS-mani z nahajkami, względnie zwykłymi kijami, wymierzali od 25 do 50 uderzeń. Więźniów, którzy podczas bicia tracili przytomność, polewano zimną wodą.

            Pewnego jesiennego dnia SS-mani pragnąc jeszcze przyspieszyć tempo budowy, ustawili się szpalerem z nahajami i kijami, kolejno bijąc, gdzie popadło, latających już biegiem więźniów. Dzień ten zapisał się w historii obozu strasznym żniwem śmierci. Na 200 więźniów pracujących przy budowie 50-ciu zabito na miejscu, a następnych 50-ciu odniesiono na izbę chorych. Reszta z trudem dowlokła się do swoich narów.

            Pragnąłbym zaznaczyć, że należałem do ludzi wierzących i podczas tego strasznego bicia wzywałem Boga na pomoc. Wspólnie z kilkoma kolegami okrutnie pobity dowlokłem się do baraku. Gdy położyłem się, o spaniu jednak nie mogło być mowy, pokaleczone ze wszystkich stron ciało nie pozwalało się poruszyć.

Prosząc Boga o wytrwałość, po dłuższych męczarniach zasnąłem i stało się. Stało się widocznie to, co było mi przeznaczonym, a mianowicie przyśnił mi się obraz Pana Jezusa z otwartym sercem. Jezus stał na morskich falach, biło od Niego niebiańskie światło. – Obraz taki sam, jaki był umieszczony w głównym ołtarzu kościoła Serca Jezusowego w Gdyni.

Jęcząc z bólu, patrzyłem na obraz Pana Jezusa i zacząłem się Mu skarżyć, i wołać: „O Panie Boże, za co nas tak biją?”. Powtarzając tak kilkakrotnie, zauważyłem, że twarz i ręce Pana Jezusa zaczynają się poruszać i usłyszałem, jak Pan Jezus odzywa się do mnie: „Uspokój się. Uspokój się, już więcej bity nie będziesz”.

I uspokoiłem się natychmiast, ze złożonymi do modlitwy rękami wpatrzony w obraz Pana Jezusa. W momencie tym przeżywałem najradośniejsze chwile całego mojego życia.

            Budząc się, uprzytomniłem sobie, że to był tylko sen, i starałem się nie otwierać oczu za wszelką cenę, aby ten olśniewający, cudowny widok trwał jak najdłużej. I leżąc tak w milczeniu, poczułem rękę leżącego obok mnie kolegi, który to zaniepokojony tym, że nagle przestałem jęczeć, pomyślał, że umarłem. Pociągając mnie za ramię, zapytał: „Józku! Józku co z tobą się dzieje?”. Ja na wpół przytomny starałem się nie odpowiadać, tylko patrzeć w znikający obraz pełen największej radości i szczęścia, bo czułem, że do końca życia, które zapewne dobiega końca, tak cudownego i pięknego zjawiska oglądać już nie będę.

Gdy obudziłem się na dobre, zrozumiałem, że dotyka mnie ręka kolegi Franciszka Sokoła, byłego komisarza rządu w Gdyni. Dotyka mnie pytając: „Jak się czujesz Beniaminku?”.

Odpowiedziałem mu, że dużo lepiej, ale nie jestem zdolny do żadnej rozmowy „bo tego, panie Franciszku, co przeżywałem przed chwilą, nie da się opowiedzieć”. O śnie opowiedziałem mu dopiero rano, prosząc jednocześnie, aby nikomu tego nie powtarzał, nawet naszemu koledze Kaziowi Busiukowi. Po dłuższej chwili zadumy Franciszek Sokół odpowiedział mi wtedy: „Piękne to i bardzo ciekawe. Tylko, czy się spełni?”. A ja odpowiedziałem mu: „Panie Franciszku, ja ani przez chwilę nie wątpię i wierzę Jezusowi, na pewno się spełni”.

            Po tym śnie dni następne, jak i ciężka praca, układały się dużo lepiej i szczęśliwiej. Do maja 1941 roku nie zostałem uderzony przez nikogo. 10 maja 1941 opuściłem Stutthof i transportem liczącym około 100 więźniów zostałem odesłany do obozu Sachsenhausen. Wśród wielu więźniów był razem ze mną Paweł Bielawa. Był on Kaszubem i mieszkał w Redzie k. Wejherowa. Znałem go jako człowieka głęboko religijnego. Jadąc transportem do Sachsenhausen opowiedziałem mu ten piękny sen, jaki miałem w Stutthofie. Bardzo mu się to podobało i wyczułem, że Paweł od tej chwili stał się jeszcze większym moim duchowym przyjacielem, kolegą.

Do Berlina i obozu Sachsenhausen przyjechaliśmy późnym wieczorem. Pamiętając zapowiedź SS-manów ze Stutthofu, że dopiero w Sachsenhausen poznamy Boga i wiedząc z opowiadań więźniów, że niektóre transporty kierowane są prosto do komór gazowych krematoriów, całą drogę prosiłem Boga o szczęśliwe dalsze losy, zapytując się Go równocześnie: „Boże czy pamiętasz?”.

            Z dworca do obozu jechaliśmy ciężarówkami. Do samochodu, w którym jechałem razem z konwojującymi nas SS-manami wszedł SS-man, który to przywitał nas po polsku słowami: „No polaki, chcieliśta maszerować na Berlin, to teraz jesteśta w Berlinie, ale w naszych rękach. My wam pokażemy Berlin!”. On wygłaszał do nas tę szyderczą mowę, a ja w duchu powtarzałem: „Boże, Boże, czy pamiętasz?”.

            Stało się jednak trochę inaczej. Po przybyciu na miejsce, tylko niektórzy więźniowie otrzymali po kilka kopniaków za zbyt opieszałe wychodzenie z samochodów. Na drugi dzień po łaźni i selekcji dostałem się wraz z Pawłem na blok nr 49. Na bloku tym było dużo Czechów, bardzo kulturalnych i dobrych kolegów.

W Sachsenhausen przydzielili mnie wraz z Pawłem do pracy na placu drzewnym. Pracowało tam już dużo księży, a wśród nich mój dobry znajomy ksiądz Wojtek Główczewski, były kapelan ze szkolnego statku „Dar Pomorza”.

Ucieszyło nas bardzo to spotkanie. Następnie Wojtek, bo tak wszyscy do niego się zwracaliśmy, zapoznał nas z rygorem, jaki panował w obozie, a ja mu z kolei opowiedziałem mój sen ze Stutthofu. Bardzo mu się on podobał i prosił wraz ze mną Boga o jego spełnienie.

Niedługo byliśmy tam razem. Po kilku tygodniach wraz z Pawłem zostałem wytypowany do drugiego transportu, który to wysyłano w góry Alzacji, gdzie miał być budowany wielki obóz kamieniołomów. Podczas transportu modląc się, pytałem znów Pana Boga: „Boże, czy pamiętasz?”.

Po długiej i uciążliwej podróży w bydlęcych wagonach, po kilku dniach przybyliśmy na miejsce. Wpisano nam nowe numery. Paweł otrzymał numer 338, a ja 339. Na drugi dzień zapędzono nas do bardzo ciężkiej roboty, do rozbijania i noszenia wielkich kamieni i dowożenia ziemi. Gorące upały w górach i brak wody dziesiątkowały więźniów codziennie.

            Któregoś dnia i ja poczułem, że słabnę, że opadam z sił. Na skutek ciężkiej pracy, niedożywienia i ostrego powietrza górskiego ciało moje pokryło się rozległymi wrzodami, a to z kolei zabrało mi całkowicie zdolność do pracy. Któregoś dnia, już pod sam koniec pracy, straciłem przytomność. Koledzy szybko zorientowali się i zakryli mnie przed widokiem SS-manów, którzy dobijali każdego zemdlonego więźnia na miejscu.

Wziąwszy mnie pod ręce, na wpół przytomnego przyprowadzili do obozu. Inni koledzy w tym czasie przynieśli na swych barkach ciała kilku innych zamordowanych z takiej to przyczyny więźniów. Z rozkazu komendanta obozu, Kramera ciała pomordowanych układane były na ziemi za ścianami baraków, obok nich układano więźniów wykończonych, nie mogących wstać o własnych siłach. Więźniom tym nie wolno było udzielać żadnej pomocy, podawać picia, pokarmu.

Z izby chorych korzystać wyłącznie mogli więźniowie narodowości niemieckiej. Ja byłem Polakiem i jedynym moim prawem było umrzeć. Leżąc tak na ziemi całą noc, czekałem cierpliwie na śmierć. Modlić się już nie umiałem. Tylko od czasu do czasu pytałem się Pana Boga: „Boże, pamiętasz?”. I tak przeleżałem noc i następny dzień. Niektórzy leżący obok mnie więźniowie doczekali się już śmierci, a do mnie tak bardzo się ona wolno zbliżała, że aż zaczynałem im zazdrościć.

            Nadszedł kolejny wieczór. Kolejny raz wrócili z pracy moi koledzy. Kolejny szmat ziemi pokrył się ciałami więźniów, którzy nie wytrzymali ciężkiej harówy w kamieniołomie. Już nie tylko moje nogi, ale i cały tułów zrobił się sztywny. Poruszać mogłem jedynie rękami i głową, a odstępy pomiędzy rytmicznie zadawanym pytaniem:”Boże czy pamiętasz?” stawały się coraz dłuższe.

            Więźniowie byli już po kolacji. Jedni szykowali się do snu, inni spacerowali po dziedzińcu obozowym. Aż nagle mignął mi cień i obok mnie stanął człowiek. Stanął, popatrzył, ruszył do przodu, zatrzymał się i wrócił. I znów popatrzył na mnie. I zapytał wreszcie: „Józek, ty jeszcze żyjesz?”. Odpowiedziałem, że żyję, a on na to: „A czemu cię na izbę chorych nie wzięli?”.

– „Przecież wiesz, że noszę literę P, jestem Polakiem”- odparłem, a on na to: „To nic, że nosisz P. Jesteś przecież z Gdańska. Ty nie bądź głupi. Już ja tam zaros do nich pójda”.

I poszedł. Po kilku minutach wrócił z dwoma moimi kolegami Witkiem i Pawłem. Wzięli mnie na ręce i zanieśli na izbę chorych. Tam naparzyli ciepłej kawy, dostałem kilka zastrzyków, poowijali mnie całego bandażami, polali zimną wodą, przykryli kocami i kazali cicho leżeć.

Po kilku dniach przyszedłem trochę do siebie i zabrano mnie do strugania kartofli do kuchni.

            Pragnę tu wyjaśnić, że człowiek który przechodził obok mnie i przyszedł mi z pomocą, mówił po polsku, był również więźniem i pochodził ze Śląska Górnego, mówił śląską gwarą. Był najstarszym wiekiem w kamieniołomach. On mnie znał, dowiedział się od kolegów, że tam leżę za barakami i przyszedł, odnalazł. Dostał też pozwolenie od SS-manów zabrania mnie na izbę chorych.

Każdy z więźniów go znał i wiedział, że na imię ma Mikołaj. Ja ze swej strony, jak i Paweł z Witkiem, dziękowaliśmy mu za okazaną pomoc.

 

            Po niedługim czasie dostałem się do pracy w garażach. Tutaj nadzorcą był starszy SS-man pochodzenia polskiego wywodzący się z Poznania. Był to człowiek starszy, zrównoważony. Polubił mnie i nie pozwolił innym SS-manom wyrządzać mi krzywdy.

W garażach pracowało nas trzech. Dwóch więźniów pochodzenia niemieckiego i ja trzeci – Polak. Praca tam była lekka, zawsze pod dachem, a i zimą cieplej, i z jedzeniem też było trochę lepiej. Mój szef garażu SS-man przywoził mi często chleb schowany pod siedzeniem w samochodzie. Każdą kromkę chleba dzieliłem wtedy na równe trzy części. Dwa kawałki zanosiłem do Pawła i Witka, a trzecią sam zjadałem.

I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że pewnego dnia nasz nadzorca – szef garaży ważąc chleb, schował jeden bochenek pod siedzenie, przyjechał do garażu i dał mi znak, abym sobie ten chleb zabrał.

Zabrałem go więc i schowałem do skrytki. SS-man ubrał się w nowy mundur i pojechał do Strasburga. Po pewnym czasie podjechał inny samochód załadowany chlebem. Wyszedł z niego nadzorujący go SS-man i kazał dwóm więźniom napompować koło. A sam poszedł widocznie coś załatwić. Więźniowie ci korzystając z nieobecności kierowcy, wzięli z wozu parę bochenków chleba i schowali w garażu.

Parę minut później do garażu wpadło kilku SS-manów z psami. Nas postawili pod ścianą, przeszukali garaż, znaleźli i zabrali schowany chleb. Po długich i szczegółowych badaniach znaleźli też mój schowany tam bochenek.

            SS-mani zabrali wszystkich na sąd do komendanta obozu Kramera. Ten osądził nas krótko. Wszystkich trzech do karnej kompanii w kamieniołomach, zezwalając jednocześnie SS-manom za najmniejsze przewinienie w pracy strzelać do nas. Tego samego wieczoru przeniesiono nas do baraku w kompanii karnej z naszytymi na ubraniach czerwonymi pasami.

Praca w kompanii karnej w kamieniołomach należała do najcięższych. Najsilniejsi więźniowie wytrzymywali tylko parę dni. I tak pracując, znów prosiłem Pana Boga o wytrwałość, zapytując się Go równocześnie: „Boże, czy pamiętasz”?

            Około godziny dziewiątej zjawił się w kamieniołomach SS-man Oberszarfirer. Przechodząc obok nas wywołał numer 339. Ja poderwałem się na baczność, wołając, że jestem tutaj. On podszedł bliżej, porozmawiał coś z SS-manami, następnie wyjął rewolwer z kabury i wskazując mi nim kierunek, polecił, bym szedł naprzód. Sam, idąc za mną, rozkazywał mi skręcić to w lewo, to znów w prawo i znowu prosto.

Tym niesamowitym marszem wśród różnych zarośli i olbrzymich głazów z idącym z tyłu za mną SS-manem trzymającym w ręku rewolwer, kierowałem się ku kolejnemu przeznaczeniu. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, co za chwilę ze mną się stanie? Dość powiedzieć, że robiło to na mnie okropne wrażenie.

Modląc się w duchu, czekałem tylko, kiedy on do mnie strzeli, a ja padnę trupem na jedną z wąskich ścieżek kamieniołomów.

Lecz szliśmy dalej, aż doszliśmy do szerokiej drogi prowadzącej do obozu. I tu ogrom przerażenia jeszcze wzmógł się we mnie, bo przecież przy tej właśnie drodze znajdowały się wielkie, obszerne doły po wywiezionym z nich piasku. W dołach tych SS-mani masowo rozstrzeliwali więźniów.

Idąc tak dalej naprzód, czekałem, kiedy SS-man wyda mi rozkaz skręcić w lewo, w kierunku najbliższego z dołów. Sądziłem z jego miny, że wolałby ze mną skończyć właśnie tam, niż na oczach więźniów. Przyśpieszyłem więc kroku czując, że tracę formalnie zmysły.

Już oto jestem przy samych dołach. Już powinien mi nakazać skręcić. Minęliśmy jednak drogę. Wtem słyszę jego głos, że mam iść wolniej. Zwolniłem więc i zauważyłem, że prowadzący mnie SS-man idzie obok mnie, a rewolwer schował do kabury. Chusteczką wyciera sobie spocone czoło.

Gdy zobaczył, że się odwróciłem w jego stronę, zapytał czy ja wiem, gdzie mnie prowadzi? Ja odpowiedziałem, że nie wiem. Na to on mi odpowiedział: „Twój opiekun przyjechał. Idziesz do komendanta i zameldujesz mu się”.

Zaskoczyło to mnie ogromnie. Co za opiekun? Skąd opiekun? Czy to możliwe? Polak i więzień w dalekich górach Alzacji. To widocznie jakiś nowy kawał SS-mański.

            Doszliśmy do obozu. Otworzono nam drzwi do biura komendanta. Wchodząc do środka, ujrzałem siedzącego za biurkiem komendanta Kramera z cygarem w zębach. Na biurku jak zwykle leżała nahaja i o dziwo??? Z boku na krześle siedział „mój szef” garaży.

Zameldowałem się komendantowi. Ten spojrzawszy na mnie, zapytał, jak to było z tym chlebem..? – „Skąd miałeś chleb?”.

Na to ja całkiem spokojnie, że chleb dostałem od kolegów, a skąd oni mieli, tego ja nie wiem.

Zerwał się wtedy komendant z fotela i jak nie wrzaśnie na mnie: „Skąd miałeś chleb?!”. W tym momencie wstał również „mój szef” garaży. – „Spokojnie” – mówi do komendanta – „On mnie chroni i dlatego kłamie”. I zwraca się do mnie: „Józef, powiedz prawdę, że chleb dostałeś ode mnie. Przecież to ja ci dałem ten bochenek chleba.”.

Struchlałem. Tego już komendant nie wytrzymał. Jak nie chwyci za nahaję, jak nie skoczy do mnie. – „Ty podły psie! Będziesz okłamywał komendanta?! Ty wiesz, co ci grozi, ty polska świnio?!”. – Zaniemówiłem z przerażenia, raz że nie wiedziałem, co powiedzieć, a po drugie, że lada moment spadnie mi na plecy nahaja z wysoko podniesionej ręki komendanta.

Zamiast odpowiedzieć komendantowi, jakimś nadludzkim głosem wydobyłem z siebie: „Boże mój, czy pamiętasz?!”. – Komendant opuścił rękę z nahają i słysząc jakieś niezrozumiałe dla siebie słowa, skierował pytanie do mojego nadzorcy: „Co on mówił? Co on mówił..?”. A szef garaży wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział.

Zasapał się komendant i wrócił za biurko. Chwilę jeszcze patrzył na mnie, uderzając nahają o cholewę swoich oficerskich butów, po czym zadzwonił na SS-mana, który natychmiast stanął w drzwiach gotowy do wykonania każdego jego polecenia. – „Wyprowadźcie go pod bramę obozu!” – rozkazał.

Tam pod bramą przestałem jeszcze ponad godzinę, nie mogąc ani się modlić, ani myśleć. To było za dużo przeżyć na jeden raz. Gdy zostałem zawołany spod bramy, kazano mi przejść do pobliskiego baraku, zerwać czerwone pasy z ubrania i powiedziano mi, że jestem zwolniony z kompanii karnej. Jutro pójdę do innej pracy.

Tu mógłbym dodać jeszcze tylko jedno: „Boże, jak wielki ogrom jest Twych łask.”

            Jak się dowiedziałem później, szef garaży po powrocie ze Strasburga nie zastał nikogo ze swych więźniów przy pracy w garażu i zdziwiony zapytał kolegów, gdzie są jego więźniowie i co się z nimi stało? Koledzy jego SS-mani z uśmiechem mu powiedzieli, że ma wyjść na zewnątrz i popatrzeć na krematorium. Jak zobaczy czarny dym z komina, to będą właśnie jego ludzie. „Wszystkich ich wzięli, bo chleb pokradli”.

On słysząc to, poszedł do komendanta prosić o wyjaśnienie. Komendant powiedział mu to samo, co mówili koledzy SS-mani. On jednak nie poprzestał na tym i prosił komendanta o moje zwolnienie z kompanii karnej, wyjaśniając, że to nie jest możliwe, bym ukradł chleb, gdyż otrzymałem przed jego wyjazdem bochenek chleba od niego.

Słysząc o tym, że SS-man dał bochenek chleba więźniowi, komendant wzburzył się okropnie, powiedział nawet, że ma do siebie pretensje, że wydał tylko taki łagodny wyrok.

Komendant nie chciał odwołać swojej decyzji i dopiero gdy on stanowczo zażądał, żeby go wysłał na front, jeśli kłamie, kazał mnie z powrotem przyprowadzić do siebie. Na moją dalszą pracę w garażu jednak się nie zgodził. – „Zwolnię z kompanii karnej, ale do garażu już go nie dostaniecie!” wykrzyczał „mojemu” SS-manowi.

cdn


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko