Andrzej Walter – Jak nisze stały się gettami

0
100

Andrzej Walter

 

 

Jak nisze stały się gettami

 

 

slewinski zadumana   W Polsce wydaje się rocznie ponad 500 tomików wierszy. Kto to wszystko wydaje? Najczęściej sami autorzy. Przełom roku 1989 wprowadził do literatury wolność i chaos. Skoncentrujmy się na poezji – choć czasy są, jak to się mówi, jakże mało poetyckie. Jak zrozumieć ten narodowy fenomen na skalę bodajże światową? Czy są to na pewno dobre wiersze? Czy ktoś jest w stanie to wszystko przeczytać, jakoś ocenić i uporządkować? A może jest to głębszy temat dla socjologów, psychologów i innych literackich analityków, których też, jak gdyby, rola – odeszła w niebyt?

 

   Tytuł tekstu Andrzeja Franaszka sprzed dwóch lat mówi sam za siebie: „Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?”. Inny tytuł, a właściwie podtytuł (z tych „mówiących za siebie”) zaczerpnięty z „Przewodnika po polskiej poezji współczesnej” Katarzyny Janowskiej – „Federacja niepodległych nisz”. Jakże wiele nam te tytuły już na wstępie mówią. I jak jednocześnie … nic nie mówią. Bo cóż to jest – nowa poezja? Czymże są jakieś nisze, federacje, enklawy? To temat na wiele debat, których w zasadzie nikt nie chce toczyć? I znów pytanie – dlaczego? Gdyż może dobrze się kisi we własnych, autonomicznych, sosach …?

 

   Opisują te teksty jednak jakiś choćby wycinek, który nie jest całością, ale daje wiele do myślenia, wiele do rozwagi, jakieś słabo artykułowane odczucie, a jednak opisują one dosyć szczerze i bardzo brutalnie coś, co chcielibyśmy nazwać …

 

… współczesną poezją polską …

(brzmi dumnie … nieprawdaż?)

 

   Opisują też, jednakowoż, być może coś, czego właściwie nie ma. A jednocześnie opisują: strzępy przyczyn, podłoża, genezy owych nisz, które … niestety … stały się już gettami, czy tego chcemy, czy nie. Marian Stala, krytyk literacki związany z „Tygodnikiem Powszechnym” podkreśla:

 

– Żyjemy w okresie niepokoju, który pojawia się na wszystkich poziomach życia. Świat jest niepewny. Trzeba się w nim odnaleźć, odpowiedzieć sobie na pytania o własną tożsamość. Pisanie wierszy jest taką próbą. Pod względem ilości jesteśmy wyjątkowi.

 

   Wiadomość, że rocznie ukazuje się ponad 500 tomików wierszy, Pan Stala uznał za załamującą. (w jednym roku jest to 800 w innym 400 – średnio wychodzi z 500 wzwyż). Przytoczmy inną wypowiedź kolejnego z zaangażowanych badaczy, Pana Karola Maliszewskiego:

 

Piszą mi ludzie w listach, że to jedyny ich sens, że oni już w nic nie wierzą, tylko w to pisanie. I nie jest ważne, co im odpowiem, oni i tak dalej będą pisać. A tak poważnie, to myślę, że to pisanie bierze się z natury człowieka, z chęci opowiedzenia tego świata własnymi słowami. Jest to także rodzaj terapii. Syte społeczeństwa piszą mniej. Tam poezja więdnie. W dużym uproszczeniu: im więcej komplikacji, problemów, borykania się z losem, tym więcej poezji. Do tego dochodzą indywidualne skłonności, specyficzna czułość serca i uwrażliwienie na wieloznaczność języka. Ważna jest też zastana tradycja kulturowa, tak zwane narodowe skłonności.

 

   Otóż to – skłonności. I można się z Maliszewskim zgadzać, albo tylko po części zgadzać, gdyż jest to również obraz niepełny. W Ameryce, Anglii i Francji poezja wcale nie wydaje się więdnąć, a nawet, jeśli, dajmy na to, jest jej mniej, to jej, że tak to ujmę, status społeczny, wydźwięk i dlań ludzki (generalnie rzecz ujmując) szacunek jest na zupełnie innym poziomie niż w Polsce. Zapewne to wchodzenie w detale z wielu spraw i czynników wynikające i zasadniczo, że Maliszewski idzie logicznym tropem.

 

   Przed nami znajduje się bowiem ściana. Mur. Może nawet ten Sartre’owski, a może wręcz piekło? Czy da się to wszystko zakwalifikować, skategoryzować, określić i opisać? Czy te wypowiedzi, Stali i Maliszewskiego coś nam mówią? Zapewne mówią nam, jaki jest „znak czasów”. Mówią też o smutnym aspekcie tej literackiej (poetyckiej) wolności i potędze chaosu. Mówią również podskórnie o natłoku grafomanii, którą niełatwo odsiać od pojawiających się tu i ówdzie pereł. Są to w sumie wypowiedziami przerażonych polonistów, którzy tak reagują na zdarzenie, które chyba jednak wymyka się opisowi. Mówią nam – to obłęd, paranoja i wtłaczają nas w gorączkową fazę akademickość rozważań … o współczesnej polskiej poezji… Czyli o czym? Nie wiemy … i, tak z ręką na sercu, nikt nie wie.

 

Wiersz Marcina Świtlickiego, który jakoś mi się skojarzył, jakby kpi …:

 

Druga pieśń profana

 

Jak zwierzęta.

Bez telefonu.

Bez samochodu.

Bez wstydu.

Bez komputera.

Jak zwierzęta.

Nie odróżniają seksu od miłości.

Nie odróżniają prymasa od premiera.

Z tylko jedną ambicją: zasnąć

w cieple.

 

I choć zapewne nie jest to wiersz o współczesnych poetach, grafomanach bądź też nie, to jest to wiersz o tle – jakże ważnym, właściwym i istotnym – tle dla poezji „dzisiaj”, to wiersz o „niepoetyckich” czasach, o zdziczeniu współczesnej istoty człekopodobnej …

   Czy to jest jednak jeszcze wiersz? A może już poetycki (prawie proezjowy) protest song, o tyle prawdziwy, o ile nieprawdziwy w swym kontekście, o tyle jątrzący, o ile głuchy na piękno, o tyle smutny, na ile w nim pewnej prawdy? A jednak Świetlicki powiedział tu jakąś prawdę o tym świecie (a zwłaszcza jego młodych, charakterystycznych przedstawicielach). Prawdę, z którą „przerażony polonista” się nie godzi (bądź jej nie dostrzega, albo udaje), z którą gremia decydentów nagród poetyckich się nie godzą, z którą nie godzą się sami piszący – prawdę o zwierzętach, albo o nas, albo o naszych dzieciach. Albo też o rzeszach młodych, którzy obojętność i anemię zatknęli na sztandarach i walczą (nie kiwając przysłowiowym palcem) „o swój świat”. Co to za świat? Jak sama nazwa wskazuje – świat zwierząt. Pozornie. Ponieważ świat zwierząt jest o wiele barwniejszy i bogatszy niż świat ludzi, którzy w nic nie wierzą, świat ludzi, którzy stali się żywymi trupami, którzy z apatią podejmują każdy kolejny dzień będąc trybikiem w Maszynie.

 

   Czy temu ma służyć dziś poezja? Wysadzeniu w powietrze tej Maszyny? Co jest tą Maszyną? Kto podtrzymuje jej istnienie? Dlaczego zorganizowała nam wszystko? Ech, pal sześć, zostawmy ten pokręcony świat i wróćmy do poezji i poetów, tudzież krytyków – tak zwanych i nie tak zwanych oraz nisz, enklaw i grupek.

 

   Powróćmy do piszących, (do których również i ja się zaliczam). Otóż piszący widzą i wiedzą, że nie ma dziś krytyka, środowiska, pisma, z którego opinią liczyliby się wszyscy. Kilku krytyków – niedobitków – kibicuje ulubionym i wylansowanym przez siebie autorom. Nikt nie scala tego (bo i nie zdoła) w jedną całość. I możemy faktycznie powtórzyć za Katarzyną Janowską:

 

„Polska poezja współczesna to federacja nisz, które nie interesują się sobą nawzajem. Twórca uznawany za wielkiego w jednej niszy, w sąsiedniej może zostać wyszydzony i bez żalu wyrzucony na śmietnik. Ukształtowanie terenu współczesnej poezji inaczej wygląda z Krakowa, Wrocławia, Warszawy, Poznania.”

 

(…)

 

„Piotr Śliwiński: – Niszowość poezji współczesnej nie jest czymś wyjątkowym, może z tym tylko zastrzeżeniem, iż nie wydaje się, abyśmy mieli szansę na takich idoli rozsadzających nisze, jakimi kiedyś byli np. Tuwim, Lechoń czy Gałczyński. Może jeden ksiądz Twardowski… Trudno również przypuszczać, aby pojawił się znowu tak szczególny głód słowa poetyckiego, albo raczej słowa poety, który w latach 80. zaspokajał przede wszystkim Zbigniew Herbert. Ważne jednak, by nisze nie zmieniły się w getta.”

 

   „Problem w tym, że nisze stają się gettami, bo nie ma nikogo, kto mógłby poetów z nich wyrwać. Krytycy unikają jednoznacznych ocen, nie chcą tworzyć hierarchii, bo wiedzą, że i tak nie ma szans, by wszyscy ją zaakceptowali.”

 

   Powstaje pytanie zasadnicze – I co w związku z tym? Uspokoję Was. Nie. Nie będzie eksterminacji, likwidacji gett, wywózek i zsyłek. Nie będzie śmierci – zanegowana w przestrzeni publicznej, nie będzie narodzin – bo mamy przecież system planowania rodziny, nie będzie czułej liryki – bo dziś jakby śmieszna i groteskowa, nie będzie już więcej Różewiczów, Herbertów, Miłoszów, Tuwimów, Staffów, Lechoniów. Nie będzie Zagajewski pluł nam w twarz ! A i inni też. Jesteśmy sobie sami sterem, żeglarzem, okrętem. W naszym ciepłym getcie. Współczesna metafora jest szorstka jak papier ścierny. Starła się od siebie samej. A poza tym stała się produktem. Towarem wymiennym. Dostępnym tylko w tym getcie. Nur für polnische Wirtschaft …

a do diabła tam z ciężkimi Norwidami …

 

   I tak mamy poezję od Sasa do lasa. Od lasa do Świetlickiego. Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. A nie daj Bóg jakieś złe (czasem w dobrej intencji) słowo powiedzieć autorowi. Mściwa bestia jak mało kto … Weźmie na cel i nie odpuści. Cel – pal. I trup ściele się gęsto. Wojna podjazdowa trwa. Ech …

 

   Wybaczcie, jeśli kogoś ugodziłem „w honor”. Przecież i tak będziemy pisać nadal. Tworzyć te nasze, pożal się Boże, dramaty poetycką prozą, bądź też kilogramy (ponoć) wierszy dostępnych na zawołanie, czy też słowa dla słów, w poprzek słów, i za pomocą słów – bezkompromisowej nowatorskości, konsekwentnej awangardowości, bełkotu w randze świętości, które to przemyślenia i wypłuczyny serwujemy sobie nawzajem. W gettach spotkań autorskich, wieczorków kawiarnianych, na których płoszymy publiczność, jeśli jakaś przez pomyłkę albo rodzinnie się tu trafiła. Może i to obraz przejaskrawiony, wykoślawiony, co nieco, nie do końca zgodny z rzeczywistością, lecz jakby skądś nam znany, gdzieś spotkany, kiedyś doznany… prawda? „Ryczącej publiczności poskąpiłaś nam” muzo i dobrze. Nie ma nic gorszego niż spocząć na laurach. Tylko czy ktoś widział gdzieś jakieś laury?

 

   I tu – istotna uwaga. Sale wieczorku autorskiego można zapełnić. Wystarczy, że taka GW, czy inna wpływowa, ogólnopolska Do Rzeczy zalansuje, że taki a taki (prawie wielki) zjawi się oto: tu i tu, o tej i o tamtej, i że on, Eugeniusz … a poczyta nam Jurek czy Maciek Stuhr czy inny znajomy królika i mamy te 20 do 50 osób. Może i więcej jak nie pada – no fakt, publicznością odbiorcy poezji w tym kraju są … wrażliwcy – są, a nawet chętnie słuchają.  tylko taki „myk” medialny ma wymierne koszta (przecież te gazety liczą je iście drobiazgowo, za każdy centymetr), a i Jurek „darmowy” nie jest… No owszem. Wielkie gazety wiedzą, że poeta przecież biedny – czyli, aby „zasponsorować” musi być to poeta „NASZ”, nie jakiś przybłęda… Poeta, o którym wiemy: z kim się spotyka, jakie poglądy głosi, jakie ma pochodzenie … z kim i za kogo tę wódeczkę wychyli… No „nasz” musi być i basta. Tak się przyznaje Nagrodę Szymborskiej – ludziom prześwietlonym. Tylko „Naszym”. A inni? A pies im lizał twarz. Do gett. Do klatek …

 

   Jesteśmy zatem w tym Zoo. Nikt od lat tu już nie przychodzi, dzieci nie przyprowadza, a my, gatunek na wyginięciu, często warczymy sami do siebie z nudów, albo też z kompletnego oszołomienia ową pustką, albo tak, po prostu, personalnie. Albo też na zasadzie – jak to ujął Maliszewski – narodowej skłonności, aby komuś dowalić.

 

   Czasem przeleci nad nami jakiś ptak, ale albo nam się go uda złapać i zjeść, albo było to złudzenie optyczne, albo nie pisze on wierszy. To nie malkontenctwo, ani frustracja, ani też defetyzm, to po prostu opis faktów. Spojrzenie prawdzie w oczy. Czy widzicie wobec tego jakiś okruch sensu dalszego tu przebywania? Zapewne.

 

   Ocieplamy się nawzajem. Wspieramy (przynajmniej niektórzy). I przecież nadal … musimy pisać. Każdy używa języka, jaki go porusza. Każdy wypluwa świat, jaki go dopadł. Każdy wchodzi w rejony, które go bolą, albo, które zachwycają. Każdy nadal tu żyje i nie potrafi inaczej. Każdy może zostać wykreślony przez polonistę mędrca nawet z własnej klatki, ale też każdy może się tym mało przejmować, gdy polonista mędrzec również bez obuwia … O „krytyku” nie wspomnę, przez grzeczność.

 

   Getto ma to do siebie, że czyni przeźroczystym. Wolnym i bezpiecznym. Nie my urządziliśmy tak ten świat. Jego Machina toczy się miarą postępu i ewolucji. Nam pozostaje garść ważnych pytań. I my te pytania zadajemy. Tu chyba leży odpowiedź na wszystkie te dywagacje. Co ważniejsze? (Jajko czy kura) Poeta czy poezja? A może Sprawa … jakaś sprawa, która każe sięgnąć po pióra …

 

   I pisząc ten – uznany przez wielu – za głęboko nieprawdziwy tekst, zastanawiam się na ile odzwierciedla on to, co wszyscy piszący, obserwują przecież na co dzień.

 

   Ależ nie zgadzajcie się z tym tekstem. Protestujcie. Myślcie sobie inaczej. Czy wręcz nadal samooszukujcie się. Pisanie nie jest szkodliwe. Częstokroć – może pomóc. Pisanie jest ogromną tajemnicą. Czerpie swój język z tego świata.

(Stąd śmieszą mnie Ci, którzy z miną Gigantycznego Znawcy Majestatu mówią, że Świetlicki to nie poeta, czy też inni „piszący prozą” – jęczą i wyciągają z lamusa fall-Staffy …)

 

   Pisanie zachłystuje się więc właśnie życiem tu i teraz. Odwzorowuje rzeczywistość. A że jest ona pokraczna, żałosna i tak odmienna od Przeszłości? Trudno i darmo. Postawmy sobie jedno z ostatnich pytań – na ile zdołamy ową rzeczywistość sobie przyswoić, obłaskawić i odnaleźć w niej szansę na jutro. Bo kiedy ludzie zaczną łaknąć – duchowości, metafizyki, tekstu, powolności, ucieczki – być może nas odnajdą. Pytanie na ile będziemy wtedy gotowi wyjść im naprzeciw?

 

Andrzej Walter

 

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko