Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
76

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



Robota do wykonania


ptaki-drapiezneCzytając tę książkę, pewnie jak każdy inny czytelnik, starałem się przez chwile wejść w skórę Lucjana Wiśniewskiego albo któregoś z jego kolegów. Szedłem ulicami Warszawy za jakąś kobietą, któraś z łączniczek potwierdza machnięciem ręki, że to ta, widzę kolegów, którzy tworzą obstawę, podchodzę do niej blisko, spod płaszcza wyjmuję pistolet, strzelam w tył głowy, potem jeszcze raz dla pewności. Nie biegnę, odchodzę. Ludzie wokół znikają gdzie kto może. Odjeżdżam tramwajem.

Do kobiety? Od tyłu. Na zimno? Nie, chyba nie. Nie dałbym rady.

Jeszcze raz: staję twarzą w twarz z tą kobietą, odczytuję jej wyrok sądu podziemnego: „W imieniu Rzeczpospolitej…”. Kobieta blednie, chce uciekać, ale mój kolega dwoma strzałami pozbawia donosicielkę życia. Tak lepiej, prawda?

Tylko ta druga wersja, choć ładna, upowszechniona w filmach, kompletnie jest nieprawdziwa. Nikt nie odczytywał wyroków. Na to nie było czasu. Ważna była każda sekunda. Zadanie do wykonania, a nie zabawa.

„Sęp” nie śnił o zabitych, nie miał wyrzutów sumienia, nie rozpamiętywał miesiącami każdego przypadku. Wierzył przełożonym, wierzył w sprawiedliwość podziemnych sądów. Inaczej nie mógł. Był w wyselekcjonowanej, elitarnej grupie. W oddziale 993/W, który wykonywał na polecenie Komendy Głównej Armii Krajowej wyroki Państwa Podziemnego. Najczęściej nic o tych ludziach nie wiedział, często znał ich ze zdjęcia, a jeszcze częściej ktos mu ich po prostu wskazywał na ulicy.

Według dzisiejszych standardów, kiedy zaczynał konspirować, był dzieckiem Szesnaście lat, kiedy dokonał pierwszej egzekucji – siedemnaście. Wziął udział w ponad sześćdziesięciu takich akcjach.

Wojna, każda wojna, zmienia człowieka.

„Obok, dwa lub trzy domy dalej mieszkała samotna kobieta, prostytutka. Spotykała się z Niemcami zarobkowo. Banaś trochę się tego bał. Ona przecież przychodziła do sklepu, robiła zakupy, za dnia nie miała dużo zajęć, i widziała wszystko. Banaś bał się, że ona może przychodzić jako szpieg, może sypnąć. Dowódca pułku zdecydował, że trzeba ją zastrzelić… tak… prewencyjnie. No i myśmy to zrobili. Strzelał »Adrian«”.

»Prewencyjnie«…

Trwała okupacja. Jeśli się pomylisz, to zrobisz to ostatni raz. Zastrzelił ją, akcja była moja.”

Nie do uwierzenia, prawda? Prewencyjny strzał. Coś za coś. Bezpieczeństwo, ochrona ludzi, pewność, że trup nikomu niczego nie powie. Tak, ten przypadek to wyjątek od reguły. Ale czy w tych realiach były reguły?

Twarz dziecka, pistolet na szelkach z tyłu, w każdej chwili jednym ruchem ręki mógł go opuścić lub podciągnąć do góry. Sprytnie. Podczas łapanki szybko rozpinał płaszcz. Szukajcie. Puszczali go. Ale czasami było też inaczej. Szli, trzymając ręce w kieszeniach i to wystarczyło aby żandarmi, granatowi policjanci wiedzieli, że nie warto stawać na ich drodze.

Byli dziećmi wojny, dojrzewali błyskawicznie. Na ich oczach najpierw walił się świat, który znali, w którym byli bezpieczni, a chwilę potem to oni decydowali o czyimś życiu.

Przyszli wykonać wyrok. Konfident, żona, która o niczym nie wiedziała, małe dzieci. Kolega zabrał kapusia do piwnicy. „Sęp” rozmawia z kobietą. Ona mówi o jakichś aresztowaniach wokół nich. Strzał. Wraca kolega, mówią, że to jej mąż jest winny tamtych śmierci. „A za co ja go teraz pochowam?” – jedyna myśl, którą, już wdowa, potrafi wylać z siebie. Bez płaczu, krzyku. Oddaje jej wypłatę. Swoją i kolegów z oddziału. Nie powinien. Wykonał swoją robotę i tyle. Ale jest jeszcze gdzieś odruch. Musi się z niego tłumaczyć, robią mu jakąś sprawę…

Rywalizowali ze sobą. To znaczy oni „Ptaki” z Bąkami, braćmi Bąkami. Dwie grupy. Jak można rywalizować w zabijaniu? „Młodzi byliśmy”. Rzecz szła o Krzyże Walecznych. Brawura? Tak, u niektórych. U innych opanowanie i zimna krew. Być może tylko takie połączenie miało sens. Tylko ono mogło przynieść efekt.

Kilka razy byli pod ścianą. Wydawało się, że nikt i nic ich nie uratuje. Może właśnie wtedy ta brawura była potrzebna.

Szli kogoś zabić. Podjechał samochód, wysypali się z niego ludzie. Nie mieli wyjścia. Przyłożyli im spluwy do piersi, wtłoczyli w bramę. „Jesteście z gestapo?” Konsternacja. „A to nie panowie jesteście z gestapo?” Inny oddział „cyngli” z wyrokiem na tego samego faceta. Nie powinno się zdarzyć, mogli się wzajemnie wystrzelać. Ale się zdarzyło.

Albo inna akcja. Obstawiają od zewnątrz egzekucję krakowskich gestapowców w jakiejś knajpie. Obok maszeruje wojskowa orkiestra. W środku jatka. I nic. Trwają na swoich miejscach. Ktoś zapomniał im powiedzieć, że już po wszystkim. Koledzy wyszli drugim wejściem…

Dostawali za to pieniądze. Tak, płacono im za zabijanie. Musieli z czegoś żyć. Inaczej się nie dało. Ale każdy gdzieś dorabiał. Na boku, często ze spluwą. Podziemie… okupacja… realia…

Marat i Wójcik pytają. Wiśniewski nie zawsze ma odpowiedź. Albo inaczej. Nie wszystko wie, nie ze wszystkim się zgadza. Czasami twierdzi, że to konfabulacje. Jak choćby w sprawie Józefa Retingera, jednej z najbardziej tajemniczych postaci polskiej polityki, nie tylko zresztą czasu wojny. Nie wierzy w słowa Izabeli Horodeckiej „Teresy”. Miała go otruć, próbowała. Napisała o tym…

Albo, to nie do uwierzenia, wiara w „swojego ubeka”. „Był porządny, inny od tych wcześniejszych”. Mogli porozmawiać o budowie domku. Nie był. Był dokładnie taki, jak inni. Zastosował inne metody.

Przez wiele lat nie opowiadał o „swojej” wojnie nikomu. Ale w PRL-u przychodzili do niego po każdej zbrodni, napadzie. Kazali się tłumaczyć, gdzie był, co robił. Tak jak po tej w banku „Pod orłami”. Wiedzieli kim był. Że może zaplanować, wykonać, rozpłynąć się bez śladu. Więc spotykali się w kilkadziesiąt, potem kilkanaście osób, tylko we własnym gronie. Chyba raczej wspominali Powstanie niż te wyroki.

Było, minęło. Robili robotę, którą trzeba było wykonać.

Ważna to książka. Mówi w niej „Sęp”, mówią dokumenty, Marat i Wójcik pytają. Czasami chyba jak inni, próbowali zrozumieć psychikę „kilerów”.

„Za »dzielne i odważne zachowanie się w czasie akcji i w czasie pilotowania oddziału na punkt zborny«.

No właśnie. A powinno być za to, że jednemu z asów siku się zachciało.

Pan się wyzłośliwia, bo jak oni strzelali w tej najgłośniejszej akcji, pan z »Gilem« skrzynki nosiliście.

Może i tak. Od noszenia skrzynek są tragarze…”

Żarcik. Luz, spokój. Pewność dobrze wykonanej roboty.

„Zawsze tak było: najpierw zdenerwowanie, a potem przychodził taki »klik« i momentalnie byłem spokojny i trzeźwo myślący. I opanowany. Chyba najbardziej ze wszystkich »Ptaków«”.

 

Emil Marat, Michał Wójcik – Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiego likwidatora z kontrwywiadu AK, Znak, Kraków 2015, str. 371.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko