Krzysztof Lubczyński – O „Studni” Michała Jagiełły

0
69

Krzysztof Lubczyński



O „Studni” Michała Jagiełły

Powieść o rozpadzie opowieści



falat pano


Rzecz będzie o powieści, która była wydarzeniem literacko-politycznym w roku 1985, czyli czasów nieomal zamierzchłych. Niezbędne jest zatem przywołanie choćby elementarnego kontekstu sytuacyjnego.


W następstwie 13 grudnia 1981 roku, Michał Jagiełło, uznany pisarz, szanowany taternik, goprowiec tatrzański, a wreszcie naczelnik tatrzańskiego GOPR, a zarazem zastępca kierownika Wydziału Kultury KC PZPR oddaje – w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego – partyjną legitymację. To jedyny taki przypadek na tak relatywnie wysokim administracyjnym szczeblu partii.


W 1982 roku Jagiełło podejmuje  współpracę z jezuickim „Przeglądem Powszechnym”, co kieruje ku niemu złośliwości prasy partyjnej i oficjalnej. Na swoim literackim koncie ma już m.in. polityczną powieść „Hotel klasy Lux”, cenną edycję „Wołanie w górach”, swoistą monografię tatrzańskiego ratownictwa górskiego oraz współautorstwo antologii poezji o Tatrach. I oto dość niespodziewanie, przynajmniej dla postronnego czytelnika, ukazuje się nakładem „Czytelnika” jego powieść „Studnia”. Niespodziewanie – bo był to przecież rok 1985, okres przez niektórych nazwany „polityką stanu wojennego bez stanu wojennego”, gdy nie było jeszcze zwiastunów zmian sytuacji w kraju. Do tego, Jagiełło był dla aparatu partyjnego „renegatem”, znajdującym się już zdecydowanie po drugiej, opozycyjnej stronie społeczno-politycznego podziału. Żywa była przy tym pamięć „Roku w trumnie” Romana Bratnego, ostrego pamfletu (niektórzy mówili: „paszkwilu”) na „Solidarność”, który był wydarzeniem roku 1982 i uczynił Bratnego postacią dla strony opozycyjnej „zadżumioną”. W tym kontekście ukazanie się „Studni”, powieści z przeciwnym niż „Rok w trumnie” znakiem ideowym, a przy tym w renomowanym, państwowym wydawnictwie „Czytelnik”, mogło być dla części publiczności zaskoczeniem, a nawet polityczną sensacją.


Akcja powieści rozgrywa się w styczniu i sierpniu 1980 roku. Główny bohater, Piotr Gaj, to partyjny działacz przeżywający kryzys polityczny, egzystencjalny, osobisty. Kryzys zwątpienia w sens własnego życia, w tym w szczególności w wartość własnego życiorysu. Wśród dość szeroko nakreślonego tła pojawiają się postaci zarówno z odległej przeszłości jak i z teraźniejszości życiowej oraz politycznej Gaja, w tym jego syn Paweł, związany z opozycją. Tytułowa „studnia”, to symbol poszukiwania przez Gaja zakopanych korzeni egzystencji, zagubionej tożsamości. W finałowej scenie utworu przyjeżdża do rodzinnej wsi i desperacko odkopuje zasypaną przed laty studnię, szukając w przeszłości ratunku  w obliczu przeżywanej klęski.  To oczywiście tylko najkrótszy zarys fabuły powieści, której faktura fabularna jest bardzo bogata. Zwracają uwagę daty wieńczące powieść – 1978-1984, świadczące o tym, że powstawała wraz z dziejącymi się w Polsce historycznymi wypadkami, a w punkcie wyjścia autor nie mógł przewidzieć ani drogi którą podąży narracyjni, ani finału sekwencji zbliżających się zdarzeń.


Przyjęcie „Studni” przez recenzentów znamionowało pewne zaskoczenie i było generalnie bardzo krytyczne, momentami napastliwe. Wydaje się, że krytyków poniosło błędne uznanie (choć na ogół nie wyrażone expressis verbis) „Studni” za powieść jednoznacznie autobiograficzną. I to pomimo podkreślenia przez jednego z krytyków (Michała Misiornego) rozbieżności pokoleniowej między Gajem a Jagiełłą, jednoznacznie zresztą wynikającej z szeregu fragmentów retrospektywnych. Wynika z nich, że bohater powieści jest o pokolenie starszy od pisarza. Zabieg ten został niewątpliwie z pełną świadomością zastosowany przez Jagiełłę właśnie po to, aby oddalić spodziewane supozycje co do pełnego autobiografizmu „Studni”, w skali „jeden do jednego”. Nie zmienia to faktu, że „Studnia” jest w istotnym stopniu prozą autobiograficzną,  nie tylko w warstwie obejmującej wątek „górski”, ale przede wszystkim w wątku dojmującego poczucia winy oraz odpowiedzialności za życiowe i polityczne wybory. Poczucia winy – dodajmy – o niejednoznacznej, skomplikowanej strukturze. To bowiem z jednej strony (inna sprawa – czy uzasadnione) poczucie winy z powody uczestnictwa w aparacie władzy PRL, ale też stan dyskomfortu z powodu ucieczki, choćby najszlachetniej motywowanej, z tonącego okrętu partii. Ta zmasowana presja na bohatera powieści wywołuje w nim stan określony przez niego samego jako odczucie  „rozrastającego się jeża w piersiach”.


Jako się rzekło, przyjęcie „Studni” było kwaśne. Wspomniany Misiorny w „Kulturze” (warszawskiej rzecz jasna) orzekł już w tytule, że „Jagiełło wpada do „Studni”. „Powieść Michała Jagiełły jest spowiedzią Piotra Gaja z nieudanego życia w nieudanym kraju (Polska „jako Hiob nowożytnego świata” też się w niej pojawia, w westchnieniu) – pisał Misiorny – Pięćdziesięciokilkuletni Gaj jest starszy od autora, ale niektóre rysy jego biografii są zbieżne z rodowodem i doświadczeniami samego Jagiełły”. Misiorny widzi w niej „sygnał o stanie ducha pewnej formacji naszej inteligencji” i jej bezradności wobec polskiego losu. Widzi rejteradę ze sfery publicznej na rzecz jedynie „irracjonalnej tęsknoty do romantycznej studni przodków, którą trzeba odkopać i pogłębić na zapuszczonym gajowisku. Jak to jednak mówił Zagłoba do pana Podbipięty? „Nie zaglądaj waćpan do studni, bo mądrego nie obaczysz…” – kpi Misiorny w konkluzji.


Diagnoza partyjnego krytyka co do „stanu ducha polskiej inteligencji” pewnie miała w sobie jądro racjonalne, bo romantyczne inklinacje żywe były naówczas wśród części inteligencji. Problem w – powiedzmy – drobnym szczególe. Inteligencja owa nie miała wtedy żadnej możliwości publicznego działania inaczej niż pod warunkiem choćby minimalnej akceptacji sytuacji wyjściowej – polityki po 13 grudnia 1981. I tylko to, a może aż to, czyniło konstatację Misiornego w tamtym czasie – delikatnie mówiąc –dyskusyjną.


W porównaniu z umiarkowanym w ocenach Misiornym, Paweł Krzyżan, pod którym to pseudonimem krył się człowiek partyjnego aparatu, a jednocześnie krytyk i eseista Witold Nawrocki, nie szczędził powieści Jagiełły – w machejkowym „Życiu Literackim” – ostrego sarkazmu. Zgodnie z ówczesnym rytuałem uprawianym przez krytyków i literaturoznawców i on zaczął od deklaracji oczekiwania „na powieść racjonalizującą zdarzenia niedawnej przeszłości”, dodając, że „jest to oczekiwanie ze wszechmiar uzasadnione”.


 Dalej jednak recenzent nie przebierał w środkach wyrazu. Porównywał fakturę „Studni” do schematyzacji w stylu prozy socrealistycznej lat 50-tych, do Zalewskiego czy Brauna, ale także takiej, jak u opozycyjnych pisarzy, Orłosia i Nowakowskiego. Te ostatnie określił jako „oczerniające socjalizm a usprawiedliwiające narodziny opozycji politycznej”. „W porównaniu z tym – szarżował Krzyżan-Nawrocki – Bratny z jego ostatnią powieścią polityczną („Rok w trumnie”), to istny Proust i Joyce”.


Jeszcze jeden zarzut sformułował Nawrocki pod adresem „Studni”. Jego zdaniem „historii jaka zaczęła się w sierpniu i po sierpniu bohater Jagiełły nie rozumie i tłumaczy ją mafijnie”, na wzór Putramenta, który także traktował politykę jako walkę personalną i grupową o władzę.


Do krytycznych głosów dołączył też w dość kuriozalnej stylistycznie i myślowo recenzji Zbigniew Just w „Argumentach”. Just pisał o „fałszywej wykładni roku 1980 i wykładni losu Polaka”, o „epatowaniu dewiacyjnymi rozgoryczeniami” narratora. Jego zdaniem „Studnia” nic nie wniosła do wiedzy o dzisiejszym Polaku”. W ocenie Piotra Cielesza w „Piśmie Literacko-Artystycznym”, bohater powieści jest jednocześnie działaczem politycznym jak i rozchwianym psychicznie człowiekiem”. Studnia to – zdaniem krytyka – „psychiatria polityki, prześwietlenie psychiatryczne człowieka, który wdał się w działania polityczne”. Jagiełło „próbował opisać, zdiagnozować zakręty polskiej, skomplikowanej i trudnej, pełnej sprzeczności, powojennej historii. „To zadanie – zdaniem Cielesza – przerosło siły prozaika”, który „nie wychodzi poza komunały i truizmy”. Jego bohater, Gaj, to „kwintesencja bezradności”. „Powieść Jagiełły mówi o absurdalności, niemożliwości działania, o przegranym losie, o bycie, w istocie tragicznym, o rezygnacji”. Zdaniem Cielesza „Studnia” obciążona była licznymi słabościami artystycznymi, w tym „chaotyczną formą”, a jej najlepsza warstwa, to „partie górskie”.


Tadeusz Błażejewski konstatował w „Odgłosach”, „jeszcze jedną rozdartą sosnę w naszej literackiej kniei”. „Pewien odłam naszej krytyki literackiej niesłusznie zdeprecjonował powieść Michała Jagiełły jako „kicz narodowo-ojczyźniany”. Autor „Studni” może i nadużywa rekwizytów o romantycznej proweniencji, może nie wszystkie symbole są trafnie dobrane, może nie do końca potrafi przezwyciężyć słabość do niektórych mitów głęboko zakorzenionych w patriotycznej świadomości, może nazbyt emocjonalnie czy nawet ckliwie odnosi się do polskich realiów, może niekiedy zbyt natrętnie utożsamia się ze swym bohaterem – ale przecież usiłuje on uczciwie pokazać klęskę tego bohatera, człowieka, który nie uporał się w gruncie rzeczy ani z polską historią, ani z polską współczesnością. Słabość tej powieści upatrywałbym gdzie indziej: w rozziewie między mało na ogół wymyślną symboliką a wyraźną interwencyjnością publicystyczną” .


Do opinii zawartych w przytoczonych fragmentach recenzji należało wtedy i należy dziś podchodzić z dystansem. Pisane były na gorąco, w klimacie klinczu politycznego, jaki coraz wyraźniej zaznaczał się w Polsce. Zapewne przynajmniej w części z nich zaznaczył się negatywny stosunek do Jagiełły z powodu jego „renegactwa”. Z drugiej strony fakt ukazania się powieści o takiej wymowie w wydawnictwie oficjalnym stawiał recenzentów z prasy tej samej proweniencji w sytuacji niejakiego zakłopotania.


Dlatego warto przywołać, sformułowaną po latach, analityczną ocenę literaturoznawcy, prof. Andrzeja Zieniewicza, który w szkicu „Uwznioślone i wyparte. Doświadczenie zintegrowane i niezintegrowane w prozie ostatniej  dekady PRL-u” poświęcił passus także „Studni”, nazywając ją „zadziwiającą książką, która opowiada sierpień 80 jakby „z drugiej strony” tej wspólnotowej świadomości, z perspektywy pracownika terenowego aparatu partyjnego”.


„Ale „opowiada” to złe słowo – pisze dalej Zieniewicz – bo właśnie rozpadająca się opowieść jest tematem utworu. Piotr Gaj, himalaista, taternik, niekwestionowany przywódca i naczelnik grupy tatrzańskiego pogotowia górskiego, to także człowiek prostolinijny i mocno przywiązany do swoich chłopskich i komunistycznych korzeni. Można go wręcz traktować jako żywy symbol awansu społecznego; w biografię wpisaną ma historię PRL-u, którą przeżywa głęboko, w jej PPR-owskich początkach, w ZWM-owskiej młodości, w kolejnych przełomach 56, 68, 70, i niemniej głęboko angażuje się w pracę partyjną, traktowaną jako jedyna realna perspektywa dla kraju i „czysty nurt” polskich dziejów. Nurt ma oczywiście wiry, cofki, zaburzenia, płynie nim krew z ulic Poznania, Gdańska, płyną z nurtem „piany opozycji”, wichrzyciele itp., ale rzecz nie w samej metaforze, lecz w tym, że ów historyzm marksistowski, i te biograficzne wątki wzmacniają się wzajemnie. W efekcie rozpadanie się realnego socjalizmu w teraźniejszym PRL-u jest przez Gaja wciąż „odtłumaczane” na planie lojalności wobec historii rodziny, a też w etosie taternickim. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, wszyscy Gajowie angażowali się na lewicy, historia to noc w górach, masz linę i masz ją trzymać, widzisz tylko mały wycinek i to ci musi wystarczyć… Najkrócej mówiąc, „Studnia” to podróż do kresu tej alpinistyczno-PRL-owskiej argumentacji. Jakby anatomia momentu historycznego, w którym pouczany podobnymi metaforami chłopak odmawia ich przyswajania, i zwraca się do Gaja: „- Szefie; mam trzy pytania. W jakich my w ogóle górach jesteśmy, dokąd idziemy i czy powinniśmy tam iść?”. Sierpień 80 widziany z takiej przełęczy to właśnie ostateczny koniec legendy, i rzec można, biograficzna katastrofa całego rodowodu PRL. Nie „działalność opozycji”, czy „rewolucja” robotnicza w Gdańsku określają Sierpień, ale właśnie to wyczuwalne w całym kraju, powszechne i nieodwołalne wycofanie przyzwolenia na PRL-owską opowieść, i tłumaczone w niej praktyki rządzenia krajem. Lecz najistotniejsze w „Studni” wydaje się rozpoznanie, że kto jednak uwewnętrznił ten PRL-owski życiorys, a było wszak takich ludzi niemało, ten razem z katastrofą tej narracji zostaje w samotności, której nie będzie umiał udźwignąć. I tak chyba tłumaczyć należy to, co bohater czyni pod koniec książki. Dokładnie w sierpniu 80, kiedy w Gdańsku ważą się losy, taternik i aparatczyk Gaj wraca do rodzinnego siedliska i próbuje odkopać rodzinną studnię. Czy ma to być zejście w głąb komunistycznego rodowodu, czy próba dogrzebania się do „czystego nurtu”, czy szalone działanie zastępcze kogoś odstrychniętego od wspólnoty…”


Nieprzypadkowo przywołałem tak obszerny fragment eseju Zieniewicza, bo w bardzo istotny sposób dotyka on kwestii, którą chciałbym poruszyć w ostatniej części niniejszego, skromnego szkicu. Mam na myśli odpowiedź na pytanie (z czytelniczego punktu widzenia chyba najważniejsze), jak upływ czasu (27 lat) zweryfikował wartość „Studni” jako utworu literackiego i jako dokumentu epoki. Zanim zatrzymam się przy najistotniejszej moim zdaniem konstatacji Zieniewicza i wywiodę z niej własną ocenę „Studni” po latach, uczynię uwagę do jednego tylko sformułowania z zacytowanego szkicu. Otóż wydaje się, że użycie zwrotu „komunistyczny rodowód” jest nieuzasadnione tak w odniesieniu do powieściowej postaci Piotra Gaja, jak i – a może w szczególności – do rodowodu pisarza. Trzeba w tym przypadku mówić raczej o rodowodzie lewicowym, pepesiacko-ludowym, a nie komunistycznym. Taka konstatacja wydaje się istotna bynajmniej nie tylko z racji emocjonalnych identyfikacji i wrażliwości pisarza, ale przede wszystkim dlatego, że to co możemy nazwać „rodowodem komunistycznym” dotyczy innego zgoła kręgu biograficzno-politycznego niż ten z którego wywodzi się Gaj –Jagiełło. Brak tego rozróżnienia byłby najzwyczajniej istotnym zafałszowaniem historycznym.


Powróćmy wszakże do oceny „Studni” po jej ponownej lekturze w roku 2012. Przywołani wyżej krytycy zarzucali powieści wszechstronne słabości artystyczne, postrzegając je w „chaosie kompozycyjnym”, „rozczłonkowaniu narracji”, w „komunałach” i „truizmach”. Uważam ich oceny za błędne, przy czym wydaje się, że błąd w ich ocenie miał genezę „optyczną” i być może w tamtych okolicznościach czasu oraz miejsca był nieuchronny. To, co zobaczyli jako wadę kompozycyjną czyli artystyczną, było bowiem zabiegiem świadomie zastosowanym przez pisarza. Tematem koronnym „Studni” – jak zauważa Zieniewicz – „jest rozpadająca się opowieść”, załamanie się identyfikacji z narracją, z którą i w której żyło się przez dziesięciolecia do granicy zrośnięcia się z nią. Wydaje się zatem – i z perspektywy lat widać to znacznie wyraźniej – że Jagiełło znalazł dla tego procesu rozkładu bardzo interesujący ekwiwalent artystyczny. Tak dziś odczytany sens artystyczny „Studni” zbiega się z wartością tej prozy jako dokumentu epoki. Jagiełło niejako pioniersko (lub co najmniej przynależał wtedy do mniejszości  w świecie literackim) dotknął zjawiska, dziś już powszechnie, do granic banalizacji, konstatowanego – rozpadu „wielkich narracji”. „Narracja PRL-owska” należała – tak czy inaczej, niezależnie od oceny jaką by się jej przypisało – do „wielkich narracji” polskich w XX wieku. Michał Jagiełło uchwycił w „Studni” ten rozpad niejako na gorąco, na jednostkowym przykładzie. I to jest jeden z najważniejszych powodów, dla których do tej mocno zapomnianej dziś powieści, warto powrócić. Powód to ważniejszy od Michała Jagiełły prywatnych kłopotów i porachunków z PRL, bo zaświadczający o randze artystycznej tej prozy. A to dla nas, czytelników, najważniejsze.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko