Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (33)

0
142

Zdzisław Antolski


MOJE KIELCE LITERACKIE (33)

NIKE POPRAWIA SANDAŁ W SZKOLNEJ SZATNI

 

sienkiewicz-kielceW mieście zaczęła się moja przygoda z poezją. Tak się mówi „przygoda”, jeśli rzecz jest przejściowa, dla mnie jest to stałe zainteresowanie, więc może powinienem użyć innego sło­wa? Stałem się najpierw jej wiernym czytelnikiem, a później autorem na prywatny użytek.

Wcześniej uważałem, że poezja, forma sztuczna, afektowana, nienaturalna (nikt przecież nie mówi do rymu). W pewien mroźny, zimowy wieczór popijałem z chłopakami tzw. „wino proste, patykiem pisane”, zwane także bełtem, siarą, kwasem, i J-23. Ta ostatnia nazwa w związku z telewizyjnym serialem „Stawka większa niż życie”, której główny bohater nosił taki kryptonim, a wino akurat tyle właśnie kosztowało.

Piliśmy więc to wino z gwinta, czyli prosto z szyjki butelki, w kącie zaśmieconego podwórka, otoczonego zewsząd szarymi ścianami bloków mieszkalnych, w których błyszczały jasne kwadraciki okien, przymglonych firankami, kiedy rozległ się jakiś głu­chy tupot i na podwórku pojawili się milicjanci z pałami. Uciekliśmy czym prędzej do pobliskiego Empiku, gdzie grzeczniutko zamówiliśmy blade herbaty z cytryną, zasłaniając twarze płachtami gazetowymi.

Milicjanci odjechali, nikogo nie zaczepiając, podobno często zjawiali się na tym podwórzu, ponieważ nieraz miały tu miejsce bójki i napady chuligańskie, ale nie chciało się nam opuszczać ciepłego, przytulnego wnętrza klubu i jego miękkich, czerwonych foteli.

Drugie wino wypiliśmy w małych szklaneczkach po oranżadzie, nalewając je wprost z torby postawionej obok nogi stolika, a ja z nudów przeglądałem miesięcznik „Poezja”. I nagle te wiersze, dziwne, bez rymów, jakoś zaczęły mnie dotykać osobiście. Ich polszczyzna była współczesna, pozbawiona archaizmów i tego patosu, który mnie zawsze drażnił. Pojąłem w jednej chwili, że dzisiejsi poeci myślą tak samo jak ja, są podobnie głodni uczuć, bici i poniżani, a nie mają nic prócz wrażliwości, z której ludzie się śmieją, nazywając ją życiową naiwnością i frajerstwem.

A to, co w wierszach nazywano okrucieństwem, bluźnierstwem, bezwstydem, naprawdę było bezradnością i rozpaczą. Jak w osławionym wierszu Rafała Wojaczka „Mit rodzinny”:

To jest kiełbasa

To jest moja matka jadalna(…)

Więc wpatruję się w wystawę

i czuję

jak mi cieknie

ślina i sperma

 

Ale czytałem przecież z zapałem Herberta, Różewicza, Grochowiaka, Białoszewskiego, Szymborską, Ożoga, Harasymowicza, Kawińskiego i wielu, wielu innych, bowiem bardzo dużo poetów pisało i drukowało w tamtych czasach gierkowego oficjalnego optymizmu.

Wiersze Wojaczka umiałem na pamięć, jak choćby ten „Była wiosna, było lato”:

 

Była wiosna, było lato, i jesień i zima

Był poeta, co sezony cierpliwie zaklinał

 

Na mieszkanie i na miłość, na trochę nadziei

Na obronę ode klęski, oddalenie nędzy (…)

 

Wiosna przeszła, lato przeszło, i jesień, i zima

I poeta nie zaklina już, ale przeklina

 

Kiedy czytałem te wiersze, czułem, jak do gardła podchodzi mi jakaś kula wzruszenia, ckliwości, rozżalenia nad sobą i buntu przeciw światu, Bogu, strasznej niesprawiedliwości zycia i przeciw cierpieniu. Wszędzie widziałem ludzi starzejących się, chorych, kalekich, umierających. Śmierć, kończąca każde, najwspanialsze życie, wydawała mi się absurdem. Te wspaniałe młode, roześmiane dziewczyny, idące energicznym krokiem pop chodniku, kiedyś zwiędną, zapomną o tej swojej wspaniałej, kolorowej, silnej młodości.

Wracałem do mojego domu, którym to mianem trudno mi było nazywać nasz wiecznie brudny, z zaplutą klatką schodową – jedenastopiętrowy blok na osiedlu noszącym nazwę 25-lecia PRL. Z placu Partyzantów czyli dawnego Rynku, szedłem ulicą Armii Czerwonej, między małymi, drewnianymi domkami w zakurzonych sa­dach. Teraz te małe, urocze, przedwojenne posesje wyburzano, żeby zrobić miejsce na drugie pasmo szosy. Chociaż nie urodziłem się w tym mieście, ale było mi żal tych cichych domków, a wśród nich dworku Jarońskich, które pamiętały stare czasy, chyba znacznie bardziej przychylne ludziom niż dzisiejsza hałaśliwa epoka.

 

Nie jestem pewien, czy moja obecność na kuligu nie była spowodowana czyimś specjalnym życzeniem, może którejś z koleżanek? Nawet mi to chyba pochlebiało. Czułem się trochę sterowany czyimiś chęciami. Jak bezwolna zabawka, kukiełka w cudzej ręce. Może mi się zresztą tylko tak wydawało. W kuligu wzięło udział pięć, sześć osób. Był to zupełnie prywatny wyjazd za miasto, na zaproszenie kolegi z klasy, mieszka­jącego w Dyminach.

Za poradą chłopaków kupiłem na tę okazję ćwiartkę cytrynówki, bo miałem bardzo mizerne doświadczenie w dziedzinie alkoholowej. Każda wódka wydawała mi się jednakowo obrzydliwa. Ta nieszczęsna cytrynówka przyczyniła się do mojego kompletnego upadku psychicznego. Wypiliśmy pierwsze kieliszki już koło schroniska dla bezdomnych zwierząt, gdzie kończył swoją trasę miejski autobus.

Trochę szliśmy w bladym słońcu zaśnie­żoną szosą, a potem polną drogą, do gospodarstwa ojca Mariana. Śpiewaliśmy piosenkę „O happy day…”, co było dla mnie bardzo ironicznym prognostykiem.

Niebo było bezchmurne. Nisko wiszące słońce, świeciło nam prosto w oczy. W wiejskiej chacie, której ubogie wnętrze przypominało mi opuszczoną przeze mnie moją wieś, posiedzieliśmy- trochę przy gorącej herbacie i pojechaliśmy saniami po okolicy. Tu czułem się jak u siebie, ale widziałem przecież, że odgrywam żałosną rolę, taką jak moi miejscy koledzy z klasy, jakichś „paniczyków” podśmiewających się z ojca Mariana, z jego gwary, jego zapachu, biedy i prostoty. Wewnętrznie buntowałem się przed takim podziałem na ludzi świadomych głupoty i beznadziejności naszego socjalistycznego świata i tych chłopów, którzy jeszcze w coś wierzą, w Boga, w sprawiedliwość, w ciężką pracę, w państwo, i takie tam śmiesznostki.

Moi szkolni koledzy doskonale wiedzieli i ja także, że życie publiczne to gigantyczny teatr, gdzie wszystkie piękne słowa o socjalizmie, sprawiedliwości społecznej itd, to tylko wyuczo­ne frazesy, które należy bezmyślnie powtarzać. Naprawdę wa­żne jest, kto zajdzie wyżej w tej karuzeli absurdu i rozkoszując się dostatnim życiem, w domu, prywatnie będzie żył naprawdę.

Oni mieli nawet w pogardzie także tych ideowców partyj­nych, którzy jeszcze nie przejrzeli na oczy i oczekiwali socjalistycznego cudu i sprawiedliwości. Może i ja wyglądałem w ich oczach na takiego naiwnego frajera, nie znającego twardych reguł życia, wobec czego skazany byłem na „gorszość”, na to, że nigdy nie osiągnę ich standardu życia, ich umiejęt­ności manipulacji innymi ludźmi i wydarzeniami, ponieważ oni znali reguły gry, a ja ich nie znałem, nie chciałem także ich przestrzegać.

Sunęliśmy po leśnych duktach, zamarznięty śnieg skrzypiał zgrzytliwie pod płozami, nad naszymi głowami zwierały się szpalery jodeł. Czarne wrony wrzeszczały przerażone. Nie było słońca, nie padał śnieg, miedziane niebo, dziwny dzień, przypominający zimę w Petersburgu z opowiadań rosyjskich pisarzy. Ojciec Mariana wychodził ze skóry, opowiadał różne anegdoty i tryskał humorem. Minęliśmy złowrogo dymiące kominy Nowin i po drodze wstąpiliśmy do jakiegoś przydrożnego zajazdu. Wypiliśmy jeszcze po kilka kieliszków i wróciliśmy do domu.

Cały czas G. kokietowała, jak mi się zdawało, jednego z kolegów, mnie traktując najzupełniej obojętnie. Nie wiem, czy już bardzo byłem wyczerpany ciągłym napięciem nerwowym w jakim żyłem nieustannie w ostatnim czasie, czy wezbrało we mnie rozgoryczeni i zazdrość, czy wściekły byłem na swoją nieśmiałość, dość, że coś mi się stało. Załamałem się kompletnie nerwowo. Dosłownie ziemia usunęła mi się spod nóg Wszystkie uczucia się we mnie wymieszały, czułem, że ponoszę jakąś nieodwracalną klęskę, a wszystko zostało stracone zawsze.

Coś we mnie pękło jak nadepnięta sucha gałąź. A cóż to było? Bo ja wiem, może wiara, nadzieja, miłość, radość, spokój, pragnienie osiągnięcia czegoś, uparte dążenie, trzymanie się pewnych zasad? Wszystko to razem i jeszcze coś, jakaś moral­na podstawa, na której trzyma się wszystko w człowieku. Czu­łem się zupełnie pusty w środku. Jakbym przestał być sobą. Zrozumiałem, że nie należę do nich, że jestem obcy, samotny, a to zawsze boli w młodości, kiedy chciałoby się być cząstką przyrody, społeczeństwa, cząstką wszechświata.

Wróciłem do domu i położyłem się do łóżka. Byłem chory. Trochę męczył mnie kac po tej przeklętej cytrynówce. Ale przecież najgorszy kac mija z czasem. A mnie nic nie chciało minąć. Czułem, że w środku mnie coś się oberwało. Nie wiem, co powiedzieć, jak to nazwać, załamanie nerwowe, przygnębienie, depresja, psychoza. Ja dawne umarło we mnie, nosiłem w sobie dosłownie własnego trupa, jak jakiś romantyczny bohater, Gustaw z „Dziadów” Mickiewicza.

 

Za nami białe światła sanatorium

Mikroskop chory na kataraktę

Przed nami pola pozbawione

Paginacji miedz

Lasu strzelista architektura

 

Parują konie ciepła jest kobieta

Śniegiem ostudzić rozpaloną głowę

Już nie wiem nie pamiętam

Czy śmierć to ta kobieta

A sanatorium – schizofrenia?

 

Zawsze mocno powątpiewałem w różne literackie opisy oczu, jako zwierciadeł duszy, w których można wszystko wyczytać. Sądziłem, że takie opinie wygłaszają egzaltowani paniczykowie literaccy, którym coś tam się roi w główce, a własne marzenia biorą za rzeczywistość. Tymczasem to, co działo się między mną a G., było wyłącznie wymianą myśli za pomocą spojrzeń i domysłów. Tylko wzrokiem dostawałem informacje i odczytywałem (domyślałem się? Fantazjowałem?) przekaz. Tak jest! Czy była to tylko gra wyobraźni, chorobliwe rojenia? Być może, nie wykluczam tego.

Ale czy to jest dzisiaj istotne? Dla kogo i po co? Czy G. to pamięta? Nie wiem, wówczas nie potrafiłem tego rozróżnić i tym bardziej nie umiem tego ocenić dzisiaj.

Sytuacja stawała się napięta. Mój system nerwowy tego nie wytrzymywał. Jak długo mogło tak trwać, w nieokreśloności? Lekceważyłem wszystkie wysyłane przez G. subtelne sygnały, bo nie czułem się na siłach, i miała święte prawo myśleć, że ją lekceważę. A także odrzucam ją osobiście i jej, dziwne dla klasy moją osobą, no powiedzmy – zaciekawienie. Choć może nikt tego nie widział?

A wcale tak nie było. Ja cierpiałem strasznie z powodu przekonania o swojej mniejszej wartości. Uważałem, że G. nie jestem wart, że po­znawszy mnie bliżej – i tak mnie odrzuci. I wówczas będzie to może zabieg bardziej bolesny dla mnie niż teraz nasze zobojętnienie wobec siebie, które ja zresztą udawałem.

Sądziłem także, że jeśli nawet z G. zacznę „chodzić”, to nie jestem jej wart. I jeśli ona się dla mnie, nie daj Boże, „poświęci”, to nie będzie tak szczęśliwa ze mną, człowiekiem mało wartościowym, niż mogłaby być z kimś innym, z innym chłopakiem, bardziej ode mnie „normalnym”. Tak rozumując czyniłem z siebie dla G. „ofiarę”, wolałem sam cierpieć, niż by miała cierpieć ona przeze mnie albo żebyśmy oboje byli nieszczęśliwi. Byłem już zresztą moją miłością potwornie zmęczony, był to okres nieustannego napięcia nerwów, ciągłej wewnętrznej gotowości, strasznej szamotaniny myśli. Ile można wytrzymać w tak skrajnym napięciu? Czułem, że moja dusz jest poobijana i cała w siniakach. A przecież byłem też fizycznie słaby, całe dzieciństwo chorowałem, ojciec sprowadzał Witaminę D, bo miałem braki…

Tego dnia, który opisuję, byłem też mocno zmęczony. Bolała mnie głowa, a jeszcze myślałem o materiale zadanym do domu. Kiedy ubierałem się w szatni, mój wzrok odruchowo szukał zgrabnej sylwetki G.  w szatni dziewcząt, która znaj­dowała się naprzeciwko.

Nasze spojrzenia się spotkały i było to dla mnie dziwne doświadczenie. W oczach G. widziałem jakby wyznanie uczuć, ale także niemy wyrzut na moją obojętność. Była w jej wzroku miłość i pretensja do mnie. Ostatnie spojrzenie. Wie­działem, że to już koniec.

Dla postronnego obserwatora mogliśmy wyglądać dość komicznie. Przedzieleni korytarzem i podwójną kratą, z butami w rękach. G. z długimi włosami o złotym odcieniu, opadającymi na ramiona. Z grzywką do zielonych oczu, połyskujących w zimowym słońcu, które wcześniej zachodziło nad Karczówką, a teraz właśnie rzuciło ostatnie spojrzenie na ziemię i purpurowy promień oświetlił mroczne pomieszczenia szatni. Kiedy ochłonąłem nieco w domu, przypomniał mi się wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Nike”:

Ty jesteś jak paryska Nike z Samotraki,

miłości nieuciszona!

Choć zabita, lecz biegniesz z zapałem jednakim

wyciągając odcięte ramiona…

 

Co prawda, G. nie miała odciętych ramion, ale nie mogła ich do mnie wyciągnąć, a jej sylwetka pochylona do przodu i lekko na bok, z uniesioną nogą, but trzymany w ręku, Wszystko to nasuwało skojarzenia ze słynną rzeźbą. A jej spojrzenie wyrażało smutek, rozczarowanie, żal?

Czytałem wtedy także sonety Petrarki i zapamiętałem takie wersety…:

 

Ślą mi śmiertelny cios oczy niewinne

nic mnie przed tym nie wybroni wrogiem,

Z ciebie pochodzi słońce, wiatr i ogień,

Tobie – igraszka, a ja z tego ginę.

 

Tak już w tej dorastającej rzeczywistości, że przeplatała się śmieszność ze wzniosłością, a piękno z zapachem wilgotnych palt i butów w szatni. Nasza niedorosłość, ciągła opieka i kuratela nauczycieli i rodziców, nie pasują do „dorosłych”, wewnętrznych dramatów, które przecież nierzadko kończę się tragicznie.

 

Oswajałem miasto dzień po dniu

Ulicę po ulicy dom po domu

Modliłem się w kościołach upijałem w knajpach

Kochałem w hotelach i brudnych melinach

Byłem bity w zaułkach odznaczany publicznie

Uciekałem wracałem

Coraz twardszy – kamienny

 

 

 

Zdzisław Antolski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko