Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
52

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 



O „żydowskim łbie” na „polski rozum”


geniusz-zydowKrzysztofa Kłopotowskiego pamiętam jeszcze z lat siedemdziesiątych, jako czytelnik jego recenzji filmowych publikowanych na łamach tygodnika „Literatura”, redagowanego przez Jerzego Putramenta. Później Kłopotowski został szefem redakcji kultury w „Tygodniku Solidarność”. Zapamiętałem go jako bardzo dobre pióro i ciekawy, bardzo oryginalny umysł krytyczny. Później Kłopotowski zniknął mi z horyzontu i nic dziwnego, bo okazało się, że mieszka w USA i działa jako nowojorski korespondent Radia Wolna Europa. Gdy po powrocie do Polski się ponownie objawił na szerszym planie, już po 1989 roku, okazało się, że ma bardzo skrystalizowane poglądy prawicowo-konserwatywne, które w ciekawy, niebanalny skądinąd sposób dyskontuje jako instrumentarium swoich kulturowych analiz. Objawiał je między innymi w interesujących telewizyjnych cyklach programowych („Kinematograf”, „KinoRozmównica” – brakuje dziś takich cykli). W 2004 roku wydał zbiór esejów o kulturze, „Obalanie idoli” (kilkanaście lat wcześniej, w 1987 roku wydał w drugim obiegu zbiór szkiców o kulturze PRL, „Kancer, szkice o kulturze realnego socjalizmu”. Ostatnio zaistniał książką „Geniusz Żydów. Na polski rozum”. Tworzy ona coś w rodzaju autorskiej panoramy roli jednostek i środowisk pochodzenia żydowskiego w polskiej i światowej kulturze, polityce, ekonomii i najszerzej pojętym życiu publicznym świata. Kłopotowski rzecz całą ujął dowcipnie w formułę-ramę quasi-poradnika dla Polaków (opatrzył „Geniusza” dedykacją: „Rodakom”), w którym nawołuje, by w budowaniu swojego i polskiego sukcesu korzystali z żydowskich doświadczeń, żydowskiego modusu postępowania w świecie jako najlepszej drogi do osiągnięcia celów.


Nie należę do tej części czytelników o wrażliwości liberalno-lewicowej, którzy łatwo zrażają się kontrowersyjnym opakowaniem dobrego produktu. Emblematy i sztandary są dla mnie jako dla odbiorcy dzieła znacznie, ale to znacznie mniej ważne (po prawdzie w ogóle nie są ważne) niż jego merytoryczna czy artystyczna wartość. Nie zraził mnie więc sam pomysł wyodrębnienia Żydów jako pewnej odrębnej kategorii ludzi, bo choć Kłopotowski wyraża się o nich z całą serdecznością i szczerym podziwem, to tego rodzaju „segregacja” intelektualna, podjęta nawet w najlepszej intencji, może, po znanych straszliwych doświadczeniach historycznych, których na pewno nie muszę tu wymieniać expressis verbis, może zabrzmieć – co najmniej – dwuznacznie, a może i niesmacznie. Nie zraził mnie też wybór Rafała A. Ziemkiewicza na autora wstępu do książki Kłopotowskiego, ani rekomendacje Andrzeja Nowaka, Andrzeja Zybertowicza i Jana Żaryna na ostatniej stronie okładki, które nadają edycji radykalne piętno przedsięwzięcia polityczno-ideologicznego o ściśle określonym kolorycie. Książka Kłopotowskiego doskonale bowiem broni się sama. A opowiada Kłopotowski pasjonująco, barwnie i ze znawstwem miedzy innymi o izraelskim cudzie cywilizacji, o wszechpotężnym lobby w Waszyngtonie, o Żydach w kulturze,  w tym o Woody Allenie i Romanie Polańskim,  o nowym wizerunku Żyda w kinie, o żydowskich strategiach osiągania sukcesu we wszechdziedzinach, z pieniądzem na czele i o tym „jak powstał „żydowski łeb”. Polski czytelnik zainteresowany bieżącym życiem krajowym dostaje dodatkowy bonus w postaci rozważań o fenomenie Adama Michnika (który od lat Kłopotowskiego silnie fascynuje, czemu dał wyraz także w „Obywatelu M.”, jednym ze szkiców pomieszczonych w „Obalaniu idoli”), o „Gazecie Wyborczej” jako o wzorze medialnym o żydowskiej proweniencji, a także o Sławomirze Sierakowskim jako polskim (twórca „Krytyki Politycznej”, to wszakże chłopak rodem z robotniczej rodziny wychowany na blokowisku) heroldzie reaktywacji idei Judeopolonii.


Nie wiem czy i jakie reperkusje budzi esej (bo tak chyba trzeba tę publikacje nazwać) Kłopotowskiego. W naszym wątłym polskim (nomen omen!) mało ruchliwym polemicznie życiu umysłowym brak charakterystycznego dla PRL (paradoks?) ducha żywego sporu. W tamtych czasach, których duch jeszcze trochę, pogrobowo, przetrwał do początku lat 90-tych, książka taka jak „Geniusz” wzbudziłaby prawdziwą kampanię polemiczną (przypomnijmy choćby lawinę polemik prasowych po publikacji eseju Jana Błońskiego „Biedny chrześcijanin patrzy na getto” w 1987 roku – nawet instytucjonalna cenzura nie była w stanie jej zatamować). Dziś wokół takiej jak Kłopotowskiego książki panuje milczenie, a w najlepszym razie ukazują się suche notki albo czysto opisowe omówienia. Może coś dzieje się w internecie, ale z tego medium korzystam w ograniczonym stopniu, a tygodniki  kulturalne wyginęły, zaś rezonans miesięczników i kwartalników jest niszowy.


W wieńczących książkę zapiskach „Kosmopolaka” dzieli się też Kłopotowski swoimi kłopotami z recepcją swoich poglądów i swojej postawy pośród ludzi mających w swej genealogii korzenie żydowskie. Wspomina o chłodnej w odpowiedzi  na jego pomysły – reakcji Andy Rottenberg czy Agnieszki Holland. Przyznam, że nie dziwię się tym reakcjom. Pozytywne intencjonalnie i życzliwe, w co chcę wierzyć, nastawienie Kłopotowskiego, nie niweluje dwuznaczności jaka łączy się z tego rodzaju praktyką narodowościowego (rasowego?) wyodrębniania, klasyfikowania ludzi. Historyczna przeszłość uzasadnia tego rodzaju chłód i nieufność. Chwilami mam wrażenie, że błyskotliwie skądinąd inteligentny eseista Kłopotowski jakby nie uwzględnia, nie czuje tego aspektu zagadnienia, nie czuje tego wymiaru wrażliwości. Tymczasem po straszliwych doświadczeniach trzeba bardzo uważać z przyczepianiem komukolwiek do klapy Gwiazdy Dawida, nawet jeśli jest ona wykonana z piernika opatrzonego wesołym kotylionem.


A szkoda, bo książka Kłopotowskiego, owoc autentycznej fascynacji tą problematyką, jest, poza wszystkim, naprawdę wyśmienitą lekturą i znakomitym materiałem do myślenia.


Krzysztof Kłopotowski – „Geniusz Żydów. Na polski rozum”, Wyd. Fronda, Warszawa 2015, wstęp. Rafał A. Ziemkiewicz, str. 384, ISBN 978-83-64095-95-5,

 

Wspominki hongkońskie


w-hongkongu-za-kulisamiPiotr Gadzinowski ucieleśnia dla mnie „złoty czas” lewicy w parlamencie po 1989 roku. Czas, w którym – SLDowska – lewica była tam, działała, rządziła, rozczarowywała – mile przeciwników, niemile  zwolenników, a nawet bawiła, jak to w przypadku tak krotochwilnego człowieka jak Piotr Gadzinowski miało miejsce. Nie była to może lewica moich marzeń, nie udało się jej, nie potrafiła a czasem nawet nie chciała przeforsować w parlamencie całego pakietu celów ważnych z punktu widzenia wyborców tej formacji, ale jednak była, czuwała, pamiętała, co dziś samo przez się wydaje mi się jakimś jakby nierealnym wspomnieniem. Czasem mam wrażenie,  że to był sen. W dzisiejszej ponurej atmosferze rządów narodowych socjalistów warto poczytać wspominki z czasów sejmowych byłego posła i byłego zastępcy redaktora naczelnego tygodnika „Nie” – anegdotki, zdarzenia, powiedzonka. Warto zanurzyć się w cały ten niegdysiejszy sejmowy zgiełk, przypomnieć rozmaite, malownicze na swój sposób figury, z których część zniknęła w pomroce przeszłości, a część dalej pływa po powierzchni. A że lektura może być zabawna niech zaświadczą same tylko niektóre z tytułów rozdziałów: „Jak ocaliłem życie panu posłowi Antoniemu Macierewiczowi”, „Jak uciekałem przed biskupem polowym Leszkiem Sławojem Głódziem u prezydenta Kwaśniewskiego na imieninach”, „Jak upijaliśmy generała Jaruzelskiego na bankiecie w „Nie” czy szczególnie wymownie dziś brzmiący tytuł: „Jak zgwałciłem Sejm Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, podkładając Minę w sanktuarium demokracji”.


Aliści wiadomo, że sama tylko barwność zdarzeń, w których się uczestniczyło lub które się obserwowało, jeszcze nie rozstrzyga o atrakcyjności ich opisu. Ludzie pozbawieni talentu pióra potrafią najbarwniejsze przeżycia podać w sposób tak atrakcyjny, jak atrakcyjna jest instrukcja działania lodówki. Tymczasem, jak wiadomo, Piotr Gadzinowski to nie tylko były poseł, ale to także właściciel bardzo utalentowanego pióra satyrycznego, kapitalny, barwny, dowcipny gawędziarz, co udowodnił wiele razy. A z tego wprost wynika, że liczne chwile co najmniej uśmiechu, a na pewno dobrej zabawy – przy lekturze zapewnione.


A poza wszystkim, parafrazując śladem wielkiego Cycerona powtórzę: PiS rządzić będzie Tysiąc lat. Jak Trzecia Rzesza.


Piotr Gadzinowski – „W Honkkongu. Za kulisami polskiego parlamentu”, Wyd. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2015, str. 319, ISBN 978-83-280-1050-5


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko