Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (32)

0
112

Zdzisław Antolski


MOJE KIELCE LITERACKIE (32)

KIRKUT

 

sienkiewicz-kielce „Obłąkanie to trwało całe dwa lata, w ciągu których władze mej duszy doszły do najwyższego stopnia egzaltacji”. Od początku mojej szkolnej miłości miałem wrażenie, że gdzieś o tym czytałem, o tym co mi się przydarzyło, że ktoś to samo przede mną już kiedyś przeżywał. Dlatego cytowane powyżej słowa Francois Rene de Chataubrianda doskonale oddawały stan mojej duszy. Zapadłem na literacką chorobę miłości romantycznej, złościło mnie to, ale byłem bezradny i nie mogłem się jej oprzeć.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że moje cierpienia były jak najbardziej realne, choć ich aż nadto szczegółowy opis znajdował się w szpargałach, jakie zostawili po sobie faceci chodzący w surdutach, dawno już umarli, niemodni i wzgar­dzeni przez dzisiejszą epokę. Okazało się, że cierpiałem na staroświecką chorobę, do której nawet wstyd było się przyz­nać współczesnemu człowiekowi. Wszak ciągle czytałem w gazetach, słyszałem w radiu i od nauczycieli, że młodzież współ­czesna nie ma ideałów, a miłość zna tylko od strony fizycznej.

Człowiek, owładnięty miłością romantyczną, przypomina jako żywo chorego, uzależnionego od narkotyków, nic go nie interesuje, jest apatyczny, domaga się tylko widoku swojej u- kochanej, o niej tylko myśli. „Bez pewnego bowiem niszczycielstwa życia romantyzm zazwyczaj się nie obywa”, powiedział Stanisław Brzozowski. Jak i w każdym transie narkotycznym początki są niesłychanie radosne. Czy jest bowiem coś wspanialszego niż przekonanie, że spotkało się drugą istotę, która nas doskonale rozumie i czyta bezpośrednio w naszej duszy? Naprawdę wydaje się, że człowiek jest blisko najwyższego szczęścia, jakiego może zaznać na tej ziemi. Odwieczne, niespełnione pragnienie, aby być kochanym i akceptowanym bez zastrzeżeń przez drugą istotę, która przez doskonałą znajomość naszego wnętrza, rozumie nas i rozgrzesza z czynów, za które inni by nas potępili.

Może więc taka miłość jest z góry skazana na klęskę, niemożliwa do realizacji z powodu ograniczeń samej natury człowieka. „Żyjemy na archipelagach a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę”, jak mówi Zbigniew Herbert w wierszu „Tren For tynbrasa”, a te słowa wybitnego poety, mojego idola, czytałem później z gorzką samowiedzą.

W miłości romantycznej łączy się młodzieńcze poszukiwanie bratniej duszy, mającej podobne cechy i upodobania, z budzącą się uczuciowością i erotyzmem. A wszystko to spowite jest mgiełką naiwnej romantyczności i poezji.

 

Pocałunek jej, ach, nektar boski!

Jako płomień chwyta się z płomieniem,

Jak dwóch lutni zlewają się głoski

Harmonijnym ożenione brzmieniem.

 

Serce z sercem, zbiega, zlatuje się, ściska

Lica, usta łączą się, drżą, palą,

Dusza wionie w duszę… niebo, ziemia pryska

roztopioną dokoła nas falą!

 

Ten fragment „Dziadów” Mickiewicza oraz początek „Godziny myśli” Słowackiego znałem na pamięć. Upajałem się nimi. Taki niesamowity romantyczny odlot, haj narkotyczny, kosmiczne spełnienie, ekstaza erotyczna śniła mi się po nocach. Ile w tym było naśladownictwa, fałszu, młodzieńczej posępności na pokaz, a ile prawdziwej burzy uczuć, siebie nieświadomych? Któż to dzisiaj sprawiedliwie rozdzieli?

Pamiętam, że moje pierwsze wypracowanie, jakie wzbudziło zainteresowanie w klasie i dobrą cenę u pani profesor, dotyczyło „Giaura”, który „swym wzrokiem i gorzkim uśmiechem / Zaraża wszystkich boleścią i grzechem”. Współcześnie brzmi to śmiesznie, jako przesada i egzaltacja, ale tak się właśnie czułem. A czytając romantyków i widząc pewne podobieństwa między ich neurotycznymi  miłościami, a moimi uczuciami, poczułem się niemalże kimś wybranym, innym, szlachetniejszym albo tylko bardziej tchórzliwym i dziecinnym, może właśnie poetą?

Nie wiedziałem sam, co robić z tą moją miłością. Zżerała mnie literacka, romantyczna gorączka i jakaś nostalgia za innym, lepszym światem i innymi ludźmi, bez szyderstw, ironii. Dusiłem się w mieście, wśród kolegów, którzy nie mieli takich problemów. Dla nich dziewczyny były dla zabawy, jeden z nich nawet uprawiał miłość fizyczną na podmiejskim cmentarzu, bo lepszego miejsca nie znaleźli. Nie miałem gdzie wrócić, gdzie uciec, mosty były spalone.

Wiedziałem, czułem, że to zainteresowanie G. moją osobą rozbudziło we mnie takie straszne żywioły, które niszczyły mnie od środka, choć przecież musiałem mieć skłonności do egzaltacji i depresji. Wyzwoliła we mnie uczucie o natężeniu, jakiego wcześniej nie znałem, choć przecież na wsi podkochiwałem się w Teresie. Teraz to była walka na śmierć i życie. Moje życie. Ważyły się moje losy. Wyczuwałem to podświadomie, ale strach, paraliżujący, obezwładniający strach przed czymś nieodwracalnym, gorszym od śmierci, przed całkowitym odrzuceniem, po­wstrzymywał mnie od działania.

Nie było to przecież, w tym pierwszym etapie, uczucie tyl­ko niszczące. Czułem, że dzięki niej, tej nagłej i pożerającej wszystko jak pożar miłości, mogłem uczynić rzeczy najwięk­sze, nie było dla mnie sprawy zbyt trudnej. A przede wszyst­kim mogłem zmienić siebie. Wyzwalały się we mnie jakieś kosmiczne moce, które w końcu obróciły się przeciwko mnie samemu. Wydawało mi się, że przez tę miłość mógłbym stać się dużo lepszym, więcej mógłbym dokonać, natomiast bez niej jestem jakiś słaby i do niczego. Była więc ta miłość jakąś rekompensatą, przydawała mi cech, które tkwiłyby wiecznie w ukryciu, przytłumione przez strach przed życiem i ludźmi. Obnażała ona także moją istotną słabość, chwiejność charak­teru, który dopiero dzięki miłości mógłby stać się lepszy, niemalże doskonały. Odsłaniała jakieś obrzydzenie do świata, zniechęcenie do życia, wręcz ucieczkę przed trudami istnie­nia.

Urodę dziewczyny wielbiłem w sposób bałwochwalczy i nałogo­wy. Już wkrótce brak widoku jej sylwetki, jej twarzy, włosów i zielonych oczu wytrącał mnie z równowagi, chodziłem smut­ny, prawie zrozpaczony. Jak na głodzie narkotycznym. I stąd chyba bierze się to cierpienie miłosne romantyków, którego nie mogli pojąć ludzie zdrowi i normalni.

Gdzieś czytałem, chyba gruzińskie powiedzenie ludowe: „Żyje się naprawdę tyle lat, ile lat było się zakochanym”. Mo­gę więc śmiało powiedzieć, że naprawdę żyłem dwa lata. Ale przez następnych dwadzieścia lat byłem od tej miłości chory.

 

Pewnego popołudnia wybrałem się do Biblioteki Pedago­gicznej. Już nie wystarczały mi książki z osiedlowej wypoży­czalni, niewiele bardziej bogatej od naszej wiejskiej biblioteki, której wszystkie pozycje znałem na pamięć. Pragnąłem cze­goś nowego, innego, co by mnie wciągnęło tak, abym mógł zapomnieć o całym świecie. Kiedy siedziałem w bibliotece i przeglądałem liszki katalogu, otworzyły się drzwi i, zupełnie jak w bajce, stanęła w nich Gosia.

Siedziałem porażony tą niezwykłą sytuacją, kiedy Gosia podeszła do mnie i zapytała, czy nie mam czegoś do pisania. Podałem jej jakiś tam ołówek, ale czułem, jak bardzo płoną mi policzki. Właśnie miałem już książki, jakich pragnąłem, o któ­rych czytałem w różnych rozprawkach literackich. Były to „Wyznania” Rousseau i kilka tomów wymarzonej książki, o której już czytałem w różnych szkicach: „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Zamiast wykorzystać wy­marzoną wprost okazję, podejść do G, i najniewinniej o coś zagadać, stchórzyłem i okropnie przejęty, rozdygotany wy­biegłem na dwór.

Padał dużymi płatami śnieg. Miałem wrażenie, jakbym się w nim ukrył, jak w gęstym lesie. Zawsze na wsi lubiłem cho­dzić bezdrożami w czasie, kiedy sypał duży śnieg. Świat wyda­wał mi się wówczas bardziej przyjazny i nawet zające nie bały się mnie, a uciekały dopiero w ostatniej chwili, kiedy niemal wchodziłem na nie. Trzęsły mi się ręce, serce waliło jak szalo­ne i czułem zawroty głowy. Mierziły mnie buczące ciągle sa­mochody, tryskające na przechodniów błotem, tak że trzeba było uskakiwać pod mury. Choć lubiłem łazić po mieście o zmierzchu, bo wtedy stawałem się bardziej niewidzialny i mo­głem mieszczan bardziej swobodnie obserwować.

Pojechałem do domu autobusem, bo już zaczął zapadać wczesny, zimowy zmierzch. Na przystanku przy Husarskiej wysiadało dużo osób. Byli to starsi ludzie i powoli schodzili po wysokich stopniach. Ja wysiadałem jako ostatni, trzymając się ręką poręczy. I właśnie ta ręka została we wnętrzu samocho­du, kiedy kierowca zatrzasnął drzwi.

Wysiadając trzymałem się poręczy, bo schody były ślis­kie. Kierowca zatrzasnął automatyczne drzwi, kiedy jeszcze moja ręka była w środku. Autobus ruszając pociągnął mnie za sobą. Z początku biegłem obok niego, ale zaraz przewrócił mnie i zaczął ciągnąć po jezdni. Książki wyfrunęły mi z ręki i rozsypały się w mokrej brei stopionego śniegu i błota. Zdążyłem pomyśleć, że szkoda mi rodziców, zostaną teraz sami, bo nie mam żadnego rodzeństwa. Coś krzyczałem, ale mój głos utonął w warkocie silnika.

Wtedy zobaczyłem na stopniach autobusu, za szybą twarz chłopaka. Była to twarz wiejskiego chłopaka, jakich wielu przyjechało do miasta, którzy zapełnili akademiki, bursy i prywatne stancje. Chłopak chwycił oburącz za poręcze umocowa­ne przy drzwiach i otworzył je siłą własnych mięśni. Natychmiast upadłem na jezdnię, a drzwi zamknęły się automatycznie za moim wybawcą. Na szczęście nic mi się nie stało, stłukłem sobie tylko kolano.

Chciałem podziękować temu chłopcu, ale na następnym przystanku nikt nie wysiadł, a ja nie miałem siły, żeby dobiec do autobusu. Przychodziły mi potem różne myśli do głowy, między innymi, że ten chłopak, mój wybawca, podobny był do Andrzeja Radka. W każdym razie, w „Wyznaniach” Rousseau i w jednym z tomów „W poszukiwaniu straconego czasu”, Marcela Prousta ze zbiorów Biblioteki Pedagogicznej, są stronice z zaschłym błotem.

Co było dla mnie dziwne, tutaj większość uczniów nie utrzymywała ze sobą koleżeńskich stosunków poza murami szkoły. Po lekcjach każdy szedł do domu, gdzie miał innych znajomych, a jeśli chodził do Wudeku na jakieś zajęcia, modelarskie, żeglarskie, czy jeszcze inne, to miał znów innych kolegów.

 

Kościół osiedlowy stał na wzgórzu. Była to smukła, nowoczesna bu­dowla z wąskimi, długimi witrażami. Budynek świątyni był biały, promienie słońca wpadające przez witraże tworzyły na ścianach fantastyczne, kolorowe wzory. Za ołtarzem widniało malowidło chudego, o wydłużonej postaci Chrystusa. Fascynowały mnie oczy Zbawiciela. Nie były to źrenice człowieka cierpiącego mękę umierania na krzyżu, półomdlale z bólu i zamglone. Te źrenice były żywe, zdawały się przeszywać mnie na wylot, czytały w moich myślach i chciały mi coś ważnego przekazać. A ja chciałem wiedzieć, dlaczego tak nieludzko cierpię?

Stawałem się dorosłym człowiekiem, umierało we mnie uf­ne dziecko i czułem, jak moje ciało staje się inne, jakby gwał­townie wymierały dawne komórki, a nowe myśli i uczucia do­piero zaczynały się rodzić. Dojrzewałem wszak także biolo­gicznie, pracowały hormony i w moich myślach, jak w całym organizmie, trwał rewolucyjny zamęt. Jakby Chrystus chciał odpowiedzieć na moje rozliczne wątpliwości o sensie istnie­nia, o tym, kim właściwie jestem i jak mam postępować.

Długie godziny przesiedziałem w pustym kościele, wpatru­jąc się w niesamowite oczy człowieka na krzyżu. Oczy wiedzą­ce, pełne miłości, a jednocześnie twarde, wymagające, nieu­gięte w swojej woli. Wpatrywałem się w te hipnotyzujące źre­nice, aż do zapadnięcia w pewien rodzaj letargu. Przez moją głowę płynął strumień myśli upajających jak narkotyk. Nie po­trafiłem usystematyzować swoich marzeń ani ich sformuło­wać. To był rwący potok dziecięcych żalów, młodzieńczych pragnień, rojeń i buntów. Alchemiczny tygiel wiary i zwątpienia, poszukiwanie jednej, złotej, uniwersalnej prawdy. Szukanie siebie. Odwieczne młodzieńcze pytania: kim jestem? kim chcę być?

W niedzielne ciepłe i słoneczne popołudnia, przez solidne drzwi świątyni wdzierały się pijackie śpiewy biesiadujących mieszczan i odgłosy włączonych na cały regulator telewizorów. Drażniły piskliwe chichoty i zalotne krzy­ki dziewcząt Z ciepłym powietrzem i aromatem ziół wchodzi­ły do wnętrza mdłe zapachy tanich perfum, zmieszanych z odorem potu i nieprzetrawionego alkoholu.

Wyszedłem z kościoła pełen sprzecznych myśli i rozterek. Ziemia pachniała po deszczu. Chmura już przeszła, świeciło ostre słońce, a powietrze było rześkie i czyste. Na chodnikach leżały rozgniecione butami przechodniów różowe dżdżowni­ce, które wypełzły z ziemi podczas deszczu. Z okien i balkonów Domu Starców śledziły mnie rybie oczy pensjonariuszy, którzy codziennie wychodzili na balkony i grzejąc się w sło­neczku, patrzyli w przestrzeń pustymi oczami.

Wydostałem się na otwartą przestrzeń. Szedłem przez znisz­czony cmentarz żydowski. Z pobliskiej jednostki wojskowej, ze strzelnicy, słychać było suche trzaski karabinowych wystrzałów. Kamienne, półokrągłe macewy leżały strzaskane lub przygarbione… Każdy nagrobek pochylał się w inną stronę świata, opłakując leżącego pod nim człowieka. Na wielkich blokach skalnych, porosłych mchem, widniały niezrozumiałe dla mnie hieroglify. Wyrzeźbione były gwiazdy Dawida, roz­warte księgi, siedmioramienne menory, złożone dłonie. Za­chowały się starte trochę przez czas, wyryte w kamieniu pos­tacie zwierząt wilka, lwa, jelenia. Czasem widziałem złamaną świecę i ten symbol był najbardziej czytelny.

Pod moimi butami strzelały sosnowe szyszki, pachniało mokrymi liśćmi i suchym igliwiem. Chrzęściło szkło z rozbitych butelek po tanim winie i wódce, walały się prezerwatywy, stare szmaty i dziurawe, zardzewiałe garnki. Wiatr rozwiewał podarte strzę­py zatłuszczonych gazet Część macew, kamiennych nagrob­ków, była kompletnie roztrzaskana, po innych zostały tylko doły w ziemi. A te, które zostały, okaleczone, pochylone, w jakimś paroksyzmie bólu i starości, zapomnienia i pośmiewiska dla świata, wszystkie chyliły się do ziemi, jakby chciały się w jej czarnym wnętrzu schować. Każdy półkolisty nagrobek, czyli macewa, pochylał się w inną stronę świata, a wszystkie rozwichrzone, jakby uderzone dziwną niewidzialną siłą, jak rażone piorunami drzewa. Gdzieś zniknął ich niegdysiejszy majestat i powaga, rozpłynęły się pod niskimi, ołowianymi chmurami, a zastąpiły je rozpacz i wstyd.

Na terenie kirkutu chłopcy urządzili sobie prymitywne boisko piłkarskie. Rozebrani do spodenek i podkoszulków, grali w piłkę na cmentarzu, na kościach  umarłych. W powietrzu niosły się ich krzyki, śmiechy i przekleństwa.

Nadeszła nagle burzowa chmura. Wracałem do domu w strugach deszczu, przy akompaniamencie bijących piorunów. Nie bałem się niczego prócz oczu matki. Przerażonych, nie rozumiejących niczego.

W dzień Wszystkich Świętych nie chciałem chodzić po zatło­czonym cmentarzu. A coś wypychało mnie z domu. Nie miałem w tym mieście grobu nikogo bliskiego. Zawsze u nas tak było. Rodzice rzadko wyjeżdżali na groby do swoich rodzin­nych wsi. Dojazd był trudny, straszny tłok w pekaesach, ma­ma chorowała na serce i bała się wzruszeń. Ja miałem swoją naukę, obawiałem się zmęczenia podróżą. Poszedłem na kirkut, sam nie wiem, czemu? Było zimno i pochmurnie. Wiał sil­ny wiatr, przyginał do ziemi trawy, gwizdał między kamieniami. W gałęziach wysokich drzew słychać było jęki i zawodze­nie wichury.

Oczywiście, wiedziałem o zagładzie kieleckich Żydów, dużej grupy ludzkiej, zrosłej z tym miastem, wśród których był też słynny bukinista Icek Chitler, u którego zaopatrywał się w lektury Żeromski. Słyszałem o pogromie z 1946, o którym wtedy nie wolno było pisać ani mówić. Cmentarz żydowski uporządkowano kilka lat później, a przyczynił się do tego mój późniejszy przyjaciel i mentor – pisarz Ryszard Miernik.

 

 

Zdzisław Antolski



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko