Stefan Pastuszewski – Świeże „Grona gniewu”

0
146

Stefan Pastuszewski


Świeże „Grona gniewu”


gron gniewu


W wigilię Dnia Emigrantów i Uchodźców, czyli 16 stycznia 2016 roku na deskach Teatru Polskiego w Bydgoszczy odbyła się premiera adaptacji scenicznej powieści Johna Steinbecka „Grona gniewu”.

Trudno powiedzieć, czy to przypadek, czy nie, ale adaptacja ta, chyba już nie mimochodem wpisała się w ogólnopolską debatę na temat afro-azjatyckich emigrantów zarobkowo-cywilizacyjnych, którzy przykryli swą mnogością i bezczelnością falę uchodźców wojennych. Dowodzi tego, wydrukowany w programie sztuki, esej Joanny Krakowskiej „Poradnik tubylca”. Ta wzięta, przynajmniej w lewackim segmencie współczesnego środowiska teatralnego, esistka popełniła jednak nadużycie, niedwuznacznie stawiając znak równości między obecną inwazją obcych kulturowo emigrantów islamskich motywowanych nie chęcią przeżycia tylko pragnieniem życia w lepszych warunkach i na czyjś koszt, a migrantami wewnętrznymi w Stanach Zjednoczonych lat trzydziestych XX wieku, którzy uciekali do Kalifornii przed śmiercią z głodu. Migranci amerykańscy szukali pracy, aby przeżyć, zaś ci obecni chcą po prostu lepiej żyć i to najlepiej bez żadnej pracy. Nadużycia dokonano również w wizualnej części programu sztuki, zestawiając fotografie bud migranckich zwanych hooverile z 1936 roku w Kalifornii ze współczesnymi namiotami migrantów, nazywając ich bezpodstawnie uchodźcami, w Calais (Francja) w 2015 roku.

Nadużyciem jest także „dopisanie” J. Steinbeckowi takiej, jakże współczesnej a nie z lat trzydziestych XX wieku, opinii o uchodźcach: „Roznoszą choroby, pobierają rządowe zapomogi z pieniędzy podatników, sieją zamęt, zagrażają społecznemu bezpieczeństwu, są terrorystami”.

Doprawdy, ale bardzo dokładnie przeczytałem szóste wydanie z 1961 roku powieści „Grona gniewu” i takiej opinii Kalifornijczyków o Oklakach nie znalazłem. Nie było tam też oczywiście, histerycznej konkluzji J. Krakowskiej, „A stąd tylko krok do uzbrojonych bojówek, do wysokiego płotu na granicy. Przecz z uchodźcami!!!

Czy J. Krakowska napisała swoje, bardzo pospieszne zresztą, a więc niechlujnie sporządzone rozważanie na zamówienie islamskiego lobby, czy z inteligenckiej, lewackiej naiwności, w każdym razie popsuła historyczne, naukowe niemal podejście do powieści J. Steinbecka, jakie miało miejsce w bydgoskim teatrze. Teksty wyjaśniające kontekst dramatu, wyświetlane od czasu do czasu na ekranie w żadnym momencie nie dokonywały tak trywialnych aktualizacji. Były bardzo rzeczowym, choć nie chłodnym, komentarzem do dziejącej się na scenie akcji. Całe szczęście, że oduczona głębszej refleksji i weryfikacji rzeczowej przez poprzedniego dyrektora Pawła Łysaka bydgoska publiczność programów, teatralnych raczej nie kupuje. Przychodzi na ubaw, hucpę co zresztą dowodziły salwy śmiechów podczas nielicznych, nasyconych komizmem, raczej łzawym, scenek.

Wbrew panującej modzie postąpił jednak reżyser i autor scenariusza Paweł Wodziński i nie dokonał  nadużycia zniekształcenia tekstu pierwowzoru. Pozostał wierny J. Steibeckowi i tłumaczowi powieści na język polski Alfredowi Liebfeldowi. Aby spektakl miał powieściowy, rozlewny klimat, poszczególne postaci recytowały fragmenty narracji z kart książki, począwszy nawet od pierwszej stronicy.

Szkoda tylko, że ważną w powieści postać kaznodziei Jima Casy´ego przemianował na pastora. Aby było bardziej zrozumiale, bardziej protestancko? Błędna droga! W denominacjach protestanckich kaznodzieja i pastor, to dwie różne figury. Pastor, na wzór kapłana w katolicyzmie i prawosławia jest sługą ordynowanym, sprawuje czynności liturgiczne i w zasadzie przewodzi zborowi (parafii). Kaznodzieja natomiast, jak sama nazwa sugeruje, głosi przede wszystkim kazania i to niekoniecznie w świątyni. Jest misjonarzem. Nie przewodzi zborowi, bardzo często wędruje z miejsca na miejsce. A takim był właśnie wielebny Jim Casy, szczególnie gdy stracił powołanie i „nie czuł już Ducha Bożego w sobie”. A jednak nie utracił chęci wygłaszania mów o podłożu religijno-filozoficzno-moralnym i takie, na wyraźne zapotrzebowanie uchodźców z Oklahomy, wygłaszał.

Wierność literackiemu pierwowzorowi i faktom historycznym nie pozbawiła jednak reżysera własnego, indywidualnego podejścia do adaptowanego dzieła. Chyba się nie mylę, ale P.Wodziński spróbował swojej adaptacji nadać wymowę egzystencjalną.

Wydobył z powieści i nadał im sceniczną siłę, takie kwestie jak: „Wąska jest granica między głodem a gniewem” czy „Wszystko co święte to to, co żyje”.

Mamy więc w istocie dramat o sile życia, o borykaniu się człowieka z trudnościami, o ludzkim egoizmie, ludzkiej solidarności. Exodus 2,5 miliona ludzi z Oklahomy i Teksasu do Kalifornii w latach trzydziestych XX wieku, spowodowany kapitalistyczną eksploatacją przyrody i człowieka, jest jakby pretekstem do ukazania fundamentów ludzkiej, w tym społecznej egzystencji, wciąż podkopywanych i wciąż odbudowywanych. Zresztą taki, szerszy wymiar, wyziera też z samej powieści, niezależnie, czy była ona pisana na zamówienie partii komunistycznej czy wewnętrznego protestu przeciwko kapitalistycznemu wyzyskowi. Bo dzieło literackie wysokiej klasy, a są nim niewątpliwie „Grona gniewu” zawsze niesie uniwersalne przesłanie. Burza pyłowa, czyli Dust Bowl, która w wyniku nadmiernej eksploatacji ziemi, ale też wycięcia lasów, pustoszyła w latach trzydziestych XX wieku Oklahomę, staje się jakby symbolem wydarzenia nieprzewidzianego i niezależnego od człowieka, ale z którym człowiek musi się zmierzyć i sprawdzić swoje człowieczeństwo. W przypadku przedstawionej w powieści i na scenie rodziny Casy sprawdzian ten wypadł nadzwyczaj dobrze. Mała liczba konfliktów podczas ich exodusu aż zaskakuje. Duża liczba solidarnych gestów wzrusza.

Dzisiejszy, co wcale nie znaczy, że współczesny teatr w Polsce posługuje się kilkoma, nie spotykanymi dotąd technikami i formami organizacji. Poszerzają one przestrzeń teatralną, także w głąb, dają większe nasycenie wrażeń, ale czy kierują widza w oczekiwanym (przez widza) kierunku? Bardzo często poprzez swą mnogość i migotliwość rodzą mętlik.

Te nowe techniki i formy to:

1.Mikroporty.

Nie zmuszają aktora do pracy nad dykcją. W wielu sytuacjach, szczególnie gdy dramat osiąga wysoki stopień „naturalności”, psuje efekt; e to tylko teatr.

2.Wideo wraz z ekranem do projekcji nakręcanych scen.

Kamerzysta biegający po scenie i nakręcający „kawałki”, których przeciętny widz nie jest w stanie dostrzec, szczególnie na drugim planie, wygląda jak intruz, potęguje „teatralność”; dobrze, gdy nie jest zbyt nachalny w prezentacji szczegółów.

3.Powierzenie kilku ról w jednym spektaklu jednemu aktorowi.

Utrudnia to identyfikację widza z wybraną postacią, a aktora sprowadza do roli „mechanicznego gracza”

4.Zmiana scenografii przy podniesionej kurtynie, dokonywana często nie przez montażystów, ale samych aktorów.

Potęguje to wrażenie umowności, teatralności spektaklu, choć bez wątpienia miała już miejsce w teatrze starożytnym i średniowiecznym.

5.Zatrudnianie amatorów, „naturszczyków”, często osób o cechach bardzoGra amatorów wprowadza pewien dysonans, osłabia spójność spektaklu.

6.Zastępowanie muzyki, ad hoc komponowanymi i pisanymiDobrze, jeśli aktor umie i chce śpiewać, gorzej gdy musi, a nie potrafi.

Wymieniono tu słabości i mankamenty, coraz bardziej powszechnych „nowości techniczno-organizacyjnych”, choć można też sporządzić listę ich zalet.

W każdym razie P. Wodziński zastosował wszystkie te nowinki z umiarem i kto wie, czy właśnie dzięki nim ta sceniczna adaptacja rozlewnej, bardziej narracyjnej niż fabularnej powieści, stała się strawna. Inaczej byłaby frapującą, ale mało sceniczną opowieścią, której rozpędzony współczesny widz nie chciałby wysłuchać do końca. Tym bardziej, ze J. Steinbeck fabułę i dialogi przeplótł politologiczno-ekonomicznymi komentarzami. Uczynił to skądinąd zgrabnie poprzez mocno rozbudowaną figurę wszystkowiedzącego narratora.

Reżyser udatnie obsadził poszczególne role. Najwyraźniejsza była Beata Bandurska w roli Matki. To ona dźwiga cały ciężar działań, to ona dba o to święte życie, przymuszając do tego dbania resztę rodzinny, a szczególnie zagubionych w zmiennej rzeczywistości mężczyzn. Póki wszystko było stabilne, to choć zdarzały się nieszczęścia, to mężczyźni byli drogowskazami („Teraz kobiety wiedziały, że są bezpieczne i że mężczyźni już się nie załamią”). Kiedy jednak nastąpiło odcięcie od korzeni i ciężarówki wyjechały na sławną route 66, która choć miała swój kierunek, to wiodła „nie wiadomo dokąd”, to jedynym drogowskazem stało się zachowanie życia. a to już jest domena kobiet.

Niezły był Piotr Wawer jako Tom Joad, ów mimowolny kryminalista, ale też samorodny filozof. Matka wręcz mówiła że z całej rodziny jest najrozsądniejszy. To ten rozsądek, a raczej współczulność wobec innych ludzi pchnął go w objęcia ruchu robotniczego. P. Wawer grał powściągliwie, jakby z kamienną twarzą, cały czas skupiony na tym co robi i co mówi. Jakub Ulewicz w roli jego brata miał dwa oblicza- jedno jakby wioskowego półgłówka, drugie – rozważnego opiekuna młodszego rodzeństwa.

Dynamiką, ale też dobrą dykcją, popisał się Grzegorz Artman jako kaznodzieja Jim Casy, choć wykazywał dystans do roli, która przyszło mu pełnić. A przecież nie była to rola przymusowa. Przylgnął do uchodźców, bo znów poczuł powołanie. „Chcę być z tymi, co błąkają się po drodze” mówił.

Trochę tylko raził uśmieszek błąkający się na jego twarzy.

Niezbyt rozbudowana rola przypadła zjawiskowej Małgorzacie Trofimiuk. Niemniej jej taniec z nastolatkiem, gdy najpierw każe mu się obłapić w pół, a potem, prowokując cały czas uprzednio, strząsa jego rozdygotane dłonie ze swoich pośladków, naprawdę godny jest nie tylko uśmiechu, ale i podziwu, że z tak błahej sceny można zrobić aktorski majstersztyk!

Nie znalazła się dobra rola dla Mariana Jaskulskiego, który rok wcześniej dał się poznać jako rewelacyjny Samuel Zbrowski. Wydaje się, że dla tego charakterystycznego, o posągowej sylwetce aktora nie ma miejsca w zwykłej rodzinie oklahomskich, wygnanych z ziemi dzierżawców, ale cóż, reżyser chciał w swym sztandarowym dziele zatrudnić prawie swój zespół. Może to i dobrze; trupa teatralna to też jakby rodzina Casy. Choćby na chwilę.

 

 

John Steinbeck, Grona gniewu, adaptacja i reżyseria Paweł Wodziński, Teatr Polski w Bydgoszczy, premiera 16 stycznia 2016 roku

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko