Katarzyna Wójcik – Szydera z długowieczności

0
170

Katarzyna Wójcik



Szydera z długowieczności

 

sprawa-makropulosW literaturze można wszystko. W literaturze komedia może być dramatem albo dramat komedią. W literaturze filozofię można wymieszać z głupim żartem. W literaturze wreszcie można żyć trzysta lat i mieć tego życia dość. Trzysta lat… Byłby wreszcie czas na przeczytanie wszystkich książek, które chciałoby się przeczytać, a na które nie starcza czasu. „Pięćdziesiąt lat byćdzieckiem i uczniem; pięćdziesiąt lat poznawać świat i widziećwszystko, co godne zobaczenia; sto lat pracować z pożytkiemdla wszystkich; a potem sto lat, gdy wszystkośmy już poznali,żyć w mądrości, rządzić, uczyć i dawać przykład!” To dopiero perspektywa!

 

Emilia Marty (vel Ellian Mac Gregor vel Jekatierina Myszkina vel Elza Müller vel Eugenia Montez vel Elina Makropulos… ) ma trzysta trzydzieści siedem lat, choć wygląda na trzydzieści. Co jakiś czas zmienia tożsamość, z wiadomych względów – byłoby podejrzane, gdyby przez trzysta lat funkcjonowała pod jednym nazwiskiem. Zjawia się w kancelarii adwokata Kolenatego w ostatnim dniu trwającej od stu lat sprawy spadkowej między Jaroslavem Prusem a Albertem Gregorem – sprawy, która dla Gregorego jest właściwie przegrana. Jej postać, niczym deus ex machina, przewraca wszystko do góry nogami, wywołuje istny cyklon namiętności, historii miłosnych i trochę kryminalnych, domysłów, a nawet śmierć jednego z adoratorów tej femme fatale. Emilia Marty ma trzysta trzydzieści siedem lat i nie chce żyć dalej. Można w ogóle żyć za długo?

 

Wszystko jest tak niedorzeczne, wydrążone, zbyteczne… Jesteście tu wszyscy? A jakby was nie było. Jakbyście tobyli nie wy, lecz kształty czy cienie […] Umrzeć albo wyjść za drzwi, to jedno i  to samo… Przecież na jedno wychodzi, czy coś jest, czyteż nie ma… A wy tak cudujecie nad każdą bzdurną śmiercią! […] Głupcy, jakże jesteście szczęśliwi! To aż wstrętne, jak jesteście szczęśliwi! A wszystko tylko przez głupi kapryslosu, że tak rychło pomrzecie! Ciekawi was wszystko jak małpy!

We wszystko wierzycie, wierzycie w miłość, w siebie, w uczciwość, w postęp, w ludzkość […]”

 

Emilia Marty jest córką Hieronymusa Makropulosa, medyka na dworze Rudolfa II. Jej ojciec stworzył eliskir, sprawę, dzięki której można żyć trzysta lat. I wypróbował ją na swojej córce. Córka przekazała później przepis na długowieczność niektórym ze swoich kochanków. Jeden z nich (temu akurat się nie udało i umarł) był krewnym rzeczonego Jaroslava Prusa i właścicielem dóbr, będących przedmiotem causy Prus-Gregor. Poza tym Emilia Marty jest bardzo cenioną śpiewaczką operową, nie narzeka na brak środków do życia, gazety piszą o niej same pochlebne recenzje, wszyscy zachwycają się jej głosem. No, prawie wszyscy…

Cała historia w zasadzie kręci się wokół tej jednej postaci. Dramat, jak żaden inny gatunek literacki, pozwala na całkowite zanurzenie się w relacje między bohaterami; relacje wynikające niemal wyłącznie z dialogów. Większość tych zależności (których osią jest postać Emilii) to ślepe, bezgraniczne uwielbienie jej osoby. Bezczelna, złośliwa, niekiedy wręcz chamska, ma niewytłumaczalną moc zjednywania sobie ludzi, i to bez względu na płeć. Finalnie nawet niedowiarek Kolenatý daje wiarę w nieprawdopodobną opowieść Emilii i nieśmiertelność, jaką może dać przepis na sprawę Makropulos. Ale Emilia to pewnego rodzaju iluzja, złudzenie; to jej nieuchwytność jest tym co przyciąga do niej ludzi. Stanowi wyłącznie powłokę zewnętrzną; niezdolna do jakichkolwiek uczuć, obojętna i zimna.

 

Dajmy na to, że kiedyś w przyszłości nie będzie chorób,nędzy ani brudnych robót – to zapewne optymizm; lecz pogląd, iżżycie dzisiejsze, pełne chorób, nędzy i harówki nie jest tak całkiem złe

 i niefortunne, lecz kryje coś bezgranicznie cennego – czym jest właściwie? Pesymizmem? Myślę, że nie. Widać bywa optymizm dwojaki:ten, co od rzeczy złych zwraca się ku czemuś lepszemu, choć urojonemu, i drugi, który czegoś choćby odrobinę lepszego, acz urojonego,poszukuje w rzeczach najgorszych. Ten pierwszy szuka wprost raju:trudno o piękniejsze ukierunkowanie ludzkiej duszy. Drugi dopatrujesię tu i ówdzie choć szczypty relatywnego dobra: może i ta próba niejest całkiem bez wartości. Jeśli to nie optymizm, znajdźcie inne słowo.”

 

Karel Čapek przyznaje się do pesymizmu już na samym wstępie. Cały dramat „Sprawa Makropulos” jest raczej ponurą wizją długowieczności, odmienną zupełnie od tego co się przyjęło o tym stanie myśleć. W tym ponuractwie, momentami nihilizmie, jednak sporo jest optymizmu. To czeska przewrotność, kpina i szyderstwo z błyszczącej wizji kilkusetleniego życia. A przy okazji zimny kubeł na głowę – zamiast zajmować się utopią, fantastyką, zamiast wybiegać myślami daleko w przyszłość lepiej zainteresować się doczesnością, tym co jest tu i teraz. U Čapka powaga miesza się z ironicznym humorem, alchemia z egzorcyzmami, język kancelaryjny z językiem sprzątaczki, łacina z hiszpańskim i niemieckim. A z tego melanżu wychodzi arcydzieło, bo tylko to określenie jest w stanie oddać kunszt konstrukcji tej całej historii, odpowiedni dobór językowych środków ekspresji i mistrzowską stylistykę dramatu-komedii. Polskie wydanie wzbogacono o modernistyczny komiks Macieja Sieńczyka.

 

Czy może nastąpić koniec nieśmiertelności? Warto w ogóle zaprzątać tym sobie głowę?

 

 

Karel  Čapek, Sprawa Makropulos, tłum. Jan Gondowicz, książka jest wspólnym dziełem Teatru Wielkiego – Opery Narodowej i Wydawnictwa Axis Mundi, 2013.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko