Andrzej Wołosewicz – Recepta na dobrą poezję?

0
120

Andrzej Wołosewicz



Recepta na dobrą poezję?

Ryszard Stryjec

       Zacząłem od pytania, bo nie wiem, czy takie recepty istnieją, chociaż wiem, że niektórzy je piszą, ale z sensownym istnieniem recepty wiązałbym raczej to, że jest jakaś rzeczywistość, w naszym wypadku poetycka, którą – by trzymać się metafory medycznej – można wspomagać przepisami (receptami właśnie), gdy coś w niej kuleje, gdy kuleje nasza wena i można wspomagać ją jak się wspomaga na przykład zdrowie. Ale to trochę tak, jakby chcieć nauczyć się być zdrowym; może można do czego odsyłają nas przepisy na zdrowy styl życia. Może można. Zagmatwałem już wystarczająco, więc jeszcze raz, krótko i węzłowato: czy podpowiedzi, jak pisać dobre wiersze mają sens?

Wydaje mi się, że mają, a przynajmniej mogą mieć, przy pewnych warunkach, nazwałbym je  warunkami  o s t r o ż n o ś c i o w y m i. Ostrożność zalecam po to, by nie traktować takich recept jak przepisów kulinarnych, w których przecież, gdy spełnimy wszystkie warunki to efekt końcowy będzie przynajmniej poprawny. W wypadku poezji recepty raczej pomagają, mogą pomóc, uniknąć podstawowych błędów, uniknąć tego, by nie pisać ewidentnie źle niż pisać naprawdę dobrze. To przejdźmy wreszcie do takich recept.

Dziś wyczytuję je z „Dzienników” Hebbla. Powiedzmy dla jasności, że Hebbel oczywiście nie tworzy żadnego katalogu dobrego wiersza, raczej myśli, analizuje, zastanawia się nad procesem twórczym, jego efektami i ich oddziaływaniem. (Hebbel – co znamienne dla XIX wieku i czasów wcześniejszych – nie pisał porad literackich, to „urobek” bardziej naszych czasów: ów wszechpotężny pęd do pouczania.)

Przytoczenie pierwsze: „każdą inną sztukę rozumiesz wtedy, gdy ci już łatwo przychodzi, sztukę pisania dopiero wówczas, gdy stała ci się trudną.” To by nas kierowało ku z jednej strony pewnej ostrożności, gdy nam pisanie od razu idzie zbyt łatwo (może wtedy jest płytkie?), a z drugiej, by nie przejmować się, że idzie nam trudno, by widzieć w tym swoisty dopust boży, że znaleźliśmy się w rejonie stosunkowo dużych wymagań, a to znaczy, że podążamy ku głębi. Różnicy między płytkością a głębią chyba nie muszę wyjaśniać. Hebbel pisze krótko: „Kto umie pływać, tego wabi tylko głębia.” Dlatego warto zatrzymać się przy kolejnym ważnym przytoczeniu: „Bogactwo obrazów u miernych poetów wypływa zawsze z niedołęstwa intelektualnego, z ich niezdolności do wyłuskania myśli z surowej łupiny wyobrażenia. Ale mierni krytycy uważają to, co jest tylko wyobrażeniem, a więc nawet jeszcze nie jest myślą – za pogląd poetycki. Pogląd poetycki obejmuje zawsze zarazem i wyobrażenie, i myśl.” Trudno tłumaczyć oczywistość, na dodatek tak klarownie wyłożoną, zwracam więc tutaj tylko uwagę na owo zarazem: „pogląd poetycki obejmuje zawsze zarazem i wyobrażenie, i myśl.”

Jeżeli więc napisaliśmy wiersz – wracamy do naszego tytułowego problemu – to dajmy mu się „odleżeć” i spróbujmy za czas jakiś przeczytać go właśnie pod kątem zawartej myśli: co powiedzieliśmy, i pod kątem wyobrażenia: jak wyraziliśmy to, co w wierszu mówimy. To oczekiwanie na myśl w wierszu, oczekiwanie, by był on jednak o czymś, pojawia się – jak to często u Hebbla bywa – w jeszcze bardziej obrazowej, skondensowanej postaci: „Rozum nie stanowi poezji, podobnie jak sól nie stanowi potrawy, ale należy do poezji, jak sól do potrawy.”

            Kolejne przytoczenie w naszej lekcji z Hebbla: „Tylko przed taką krytyką można mieć respekt, która wychodząc z istoty dzieła rozwija ją i mówi poecie: „To a to zamierzałeś, bo to musiałeś zamierzyć” – i teraz bada, w jakim stosunku stoi wykonanie do zamiaru. Wszelka inna krytyka nie ma wartości.” Pouczenia tu zawarte wprowadzają nas na (zawsze) gorący grunt odbioru i oceny, odbioru i analizy. Według Hebbla – tak to czytam – najlepiej, najuczciwiej jest, gdy uda się nam z wiersza wyczytać zamiar jako jego (tego wiersza) swoistą „wewnętrzną konieczność” (pisałem w innych tekstach o wewnętrznej przestrzeni interpretacyjnej dzieł sztuki). Rozwijając tę myśl można powiedzieć jeszcze inaczej, że idzie tu o to, co fenomenologowie nazywają istotą (zresztą u Hebbla też pada to słowo), sensem czegoś (tu wiersza). Hebbel w innym miejscu pisze: „Nikt nie zasiada do gry na fortepianie, aby udowadniać prawa matematyczne. Tak samo poeta nie tworzy, aby coś wykazać. Ach, gdyby to ludzie nareszcie pojęli! Wszakże w każdej czynności ludzkiej wyższego rzędu jest właśnie to piękne, że osiąga się cele, o których wcale się nie myślało.” Równocześnie więc ocalamy wolność poetyckiej weny (że nie działa ona w schemacie przyczyna-skutek, że często osiąga „cele, o których się wcale nie myślało”), ale i ocalamy prawo do krytycznego, krytyczno-literackiego mierzenia efektów tej naszej wolności podług schematu: jeżeli dobrze uchwyciłem, poeto, (to ten fenomenologiczny wgląd w sens), to, co ci w duszy zagrało, a co wiersz wypowiada, więc skoro to uchwyciłem, to mogę teraz pokusić się o refleksję nad tym, jak ci to wyszło, jak się udało, „w jakim stosunku stoi wykonanie do zamiaru”, jak mówi Hebbel. Krytyka „podług siebie”, podług oczekiwań krytyka, jest bez sensu, bo to tak jakby krytykować Sępa-Sarzyńskiego czy Tuwima, że nie jest Norwidem czy Herbertem. Każdy pisze swoje i tylko za swoje  odpowiada.

            Warto zamykając ten wątek przywołać kolejną myśl Hebbla: „Każdy nowy artysta daje nowe myśli w nowym języku. Trzeba się najprzód nauczyć tego języka, zanim się zrozumie myśli.” A więc nakaz (!), podkreślmy to silnie, nauczenia się nowego języka. Dlatego, by trzymać się przykładów, gdy chcę zmierzyć się np. z poezją lingwistyczną, to muszę „nauczyć się” jej dykcji, bo tylko wtedy będę mógł powiedzieć, czy w tej dykcji poeta mówi coś sensownego i czy mówi sprawnie i ciekawie, czy tylko charczy i rzęzi. By być konsekwentnym w przykładach: taki właśnie kłopot z „własnym nieuctwem” mam wobec poezji Agnieszki Syskiej (pojawiała się u nas). Nie to, abym twierdził, że jest ona lingwistyczna w swojej poezji, ale na pewno poetką tak bardzo osobną, że trzeba się jej uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, bo to, że wszyscy operujemy tym samym, polskim językiem, w takich sytuacjach jak poezja Agnieszki nie wystarczy.

            Żeby nie było tak „ciasno”, tak rygorystycznie, posłuchajmy samego Hebbla: „Wielu ludzi uważa poezję za rodzaj domu dla obłąkanych, w którym można sobie pozwolić na powiedzenie tego, co by w zwykłych warunkach naraziło na kaftan bezpieczeństwa.” Siostry i Bracia w Poezji – korzystajmy z tej wolności póki ją mamy! Tylko, podsumowując, pytający tytuł („Recepta na dobry wiersz?”) raczej recepta nie przed napisaniem, ale po: czytajmy siebie po napisaniu, ale  przed publikowaniem, czytajmy spokojnie i wielokrotnie, z pokorą i cierpliwie, samokrytycznie i bez zaciemniającej euforii.

            I jeszcze jedno Hebblowskie wzmocnienie naszej poetyckiej pozycji, które – jako zamieszany i w poezję i w filozofię – przyjmuję z niekłamaną satysfakcją: „Myśleć i przedstawiać – dwie różne formy objawienia. Myślenie ma do czynienia z bezgranicznością, zachowuje się jednak wobec niej jak świadome naczynie i dlatego jest ograniczone. Przedstawienie wydobywa w formie ograniczonej coś nieograniczonego; dlatego z biegiem czasu przezwyciężono wszystkie systemy filozoficzne, ale ani jednego działa sztuki.” Amen.

 

PS. gdyby komuś nie do końca pasował moje „zasłanianie się” Hebblem, to przypomnę jeszcze, że tłumaczenia „Dzienników” Hebbla (z których pochodzą wszystkie cytaty) dokonał Karol Irzykowski, postać, co do gustu której trudno pozostawać obojętnym.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko