Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (31)

0
254

Zdzisław Antolski


MOJE KIELCE LITERACKIE (31)

SZKOLNA MIŁOŚĆ

 

sienkiewicz-kielceSiedziałem w ostatniej ławce od korytarza, a G-a w dru­giej ławce, patrząc od profesorskiej katedry, w rzędzie sąsied­nim. Chcąc nie chcąc, musiałem patrzeć w jej stronę, jeśli słu­chałem, co nauczyciel mówi albo pisze na tablicy. Ze zdziwie­niem zauważyłem, że G-a, odwracając się nader często do koleżanki siedzącej z tyłu, patrzy w tym czasie na mnie. Ba, nie tylko na mnie, ale prosto w moje oczy, aż poczułem jakiś ból w żołądku, a jednocześnie utrzymuje pozory, że po prostu odwraca się do koleżanki. Z początku sądziłem, że to przypadek albo że mi się tak tylko wydawało, ale sytuacja powtarzała się bardzo często. Czasami uciekała w bok z oczami, kiedy napotykała mój wzrok, ale niekiedy długo i uparcie wpatrywała się we mnie. Było to wyraźne wyzwanie dla mnie.

Bardzo byłem zakłopota­ny, kiedy na przerwie, którą spędzałem w niemal pustej kla­sie, w swojej ławce, przeglądając książkę, G-a weszła z kole­żanką z równoległej klasy, z którą zazwyczaj spacerowała po korytarzu, jak się potem dowiedziałem, znajomą z podstawówki. Stały przy drzwiach, gapiąc się na mnie i wyglądało wyraźnie, jakby G-a pokazywała jej moją osobę. Na domiar wszystkiego moja mama, która zaczęła pracować w pod­stawówce, przyniosła wiadomość, że pewna dziewczyna z mo­jej klasy, tu padło nazwisko G., do jej znajomej mówiła o mnie same dobre rzeczy, że jestem interesujący chłopak i te­go typu komplementy.

Bardzo mnie to z jednej strony podniecało i schlebiało mojej próżności, ale jeszcze bardziej chyba poczułem się wystraszony. Nie mo­głem się w mieście odnaleźć, było mi tutaj źle. W głowie mia­łem straszny chaos. Nie znalazłem dotąd swojego miejsca, mój nowy dom był jakby nie całkiem oswojony, pogubiłem się wewnętrznie, usunął mi się grunt spod nóg, jak to się trafnie mówi w popularnym powiedzonku. Wydaje mi się, że każdy, chce czy nie chce, wie o tym czy też nie, gra jakąś rolę w życiu. I mnie takiej roli wówczas zabrakło. Zgubiłem tekst, za­pomniałem. Moja historia została przerwana nagłą zmianą środowiska. Wszyscy moi koledzy i koleżanki zostali na wsi. W mieście jednak ludzie mieli trochę inną mentalność.

Zacząłem mieć kłopoty z nauką. Potrzebny mi był oddech, odpoczynek na zastanowienie się, przemyślenie. Nie wytrzymywałem tempa, nie szedłem do przodu. Przypomina­łem rozrzucone bezładnie po stole puzzle, które dopiero trze­ba ułożyć w sensowną całość. Moi rówieśnicy z miasta wydali mi się dojrzalsi ode mnie, dużo mądrzejsi i to nie tylko wie­dzą, ale także doświadczeniem życiowym. A teraz jeszcze ta historia z G. Nie mogłem sprostać sytuacji.

W pracowni chemicznej, gdzie królował nasz wychowaw­ca, były długie ławy, jak w polowej kuchni, przez całą szero­kość sali. Zrobione je zapewne w tym celu, aby mogły służyły do doświadczeń chemicznych. Kiedy patrzyłem przed siebie, siedząc przy tym stole, napotykałem palące spojrzenie G., która zajmowała miejsce naprzeciw mnie, choć kilka stołów dalej. I widząc kuszący kształt jej warg nie potrafiłem się sku­pić.

Mój erotyzm był jakiś mistyczny, smutny i polegał na szu­kaniu bezpieczeństwa. Kobiece kształty kojarzyły mi się z ja­kimś kosmicznym spokojem. „Moja najdroższa w udach trzy­ma świat”, przeczytałem w jednym wierszu Zbigniewa Jerzyny. A w innym erotyku, którego autora nie pamiętam – „ud twoich długa perspektywa”. Byłem pewnego rodzaju fetyszystą, bo olbrzymie wrażenie robiły na mnie kobiece nogi.

W naszej szkole nie mieliśmy stałej klasy, tylko po jednej lekcji szliśmy na następną już do innej sali. Czekaliśmy przed zamkniętymi drzwiami, aż po dzwonku przychodził nauczyciel z kluczem i otwierał drzwi. Był to system klaso-pracowni. Za­wsze wchodziłem ostatni do sali. G-a zaczęła, wbrew swoim wcześniejszym zwyczajom, wchodzić na końcu, tuż przede mną. Dla mnie był to jakby sygnał i kolejne wyzwanie. No i ja się w G-i., zupełnie niechcący, zakochałem. Z tego miejskiego zagubienia, wyobcowania i z poczucia opuszcze­nia. A także dlatego, że G-a. mi się podobała.

G-a. była blondynką, o długich, spływających na ramiona włosach. Na czole miała grzywkę, a’ la ówczesna gwiazda estradowa, Maryla Rodowicz. Przy jasnych włosach miała czarne brwi i rzęsy, dlatego kiedyś profesorka od geografii powzięła podejrzenie, że G. się maluje. Ale najważniejsze były oczy, a oczy miała zielone. „Masz takie oczy zielone…” śpiewała w piosence „Groszki” Ewa Demarczyk. I ta piosenka była moim miłosnym hymnem.

Halinka była naszą przewodniczącą klasową i jakoś starała się tę naszą klasę skleić. Miała obok siebie sporą grupę znajo­mych jeszcze z podstawówki, bowiem oni zdawali razem do naszego liceum i znaleźli się w jednej klasie. Byli przez to swobodniejsi od innych. Mieli jakąś ciągłość swojego życia. Ja utraciłem swoją tożsamość, nie wiedziałem, kim jestem.

Halinka mieszkała w bloku, koło Wudeku. Było nas pięć, może siedem osób. Rodzice Halinki gdzieś się wynieśli. Było niezłe wino, kanapki, jakieś ciastka. Parę płyt, wybór niewiel­ki. Jedną plastikową, w formacie pocztówki, puszczaliśmy na okrągło. „Och, darling” Beatlesów i Je t’aime… Moi non plus” w wykonaniu Jane Birkin i Serge Gainsbourga. Wtedy była to piosenka prawie zakazana, ze względu na zbyt „odważ­ne” wykonanie. Pełno w niej było „ochów” i „achów” i erotycz­nych westchnień. No i nie zdobyłem się wtedy na żadne sło­wa, choćby przyjaźni, czy jakiegoś wzajemnego poznania się.

Piliśmy wino i czarną kawę. Na balkonie zapaliłem papierosa. Pod nami migały złote gwiazdki świateł miasta. Patrzyłem na te światła, jak astronauta patrzy na nieznaną galaktykę. By­ła to moja pierwsza w życiu prawdziwa kawa. Wino czasami próbowaliśmy na wsi z chłopakami, także papierosy kurzyliśmy bez zaciągania się, kiedy koczowaliśmy na naszych pagórkach pod Zawinnicą. Ale tamte strony i tamte dzieci wydawały mi się już strasznie odległe w czasie i w przestrzeni. Był to już całkiem inny, zaginiony świat. Tymczasem byłem tutaj sam, skrępowany swoją niezgrabnością i nieszczęśliwy. Nawet kie­dy chciałem nalać sobie wody z syfonu, to chwyciłem za nie­właściwą rurkę, tę z której woda wypływa. Wydawało mi się, że wszyscy to zauważyli i w duchu śmieją się ze mnie.

Tymczasem siedziałem z ponurą miną i wszyscy myśleli chyba, że ich lekceważę. Tomek pod moim adresem recytował wiersz Mickiewicza „Gdy tu mój trup…”, chcąc mnie jakoś ożywić. Do dziś wściekam się na siebie, że nie zagadałem do G,, byle co, o szkole, o telewizji, o czymkolwiek. Chciałem chyba być lepszym, niż byłem naprawdę. Wszystko we mnie po latach wygasło, ale najbardziej zły jestem na siebie, że ta tę walkę oddałem walkowerem. Bo nie jest wstyd przegrać, i le jest straszną hańbą stchórzyć przed spotkaniem.

I nawet sobie myślałem, że to jakieś przekleństwo Żeromskiego nade mną zawisło, przekleństwo jego źródła Biruty, milczenia zakochanego Marcinka Borowicza. Czy to jest normalne, pytałem sam siebie, żeby odczuwać aż taki strach, napięcie, wstyd, pomieszanie? Kochać aż tak beznadziejnie, lękać się tak bez powodu?

To było tak, jakby ta właśnie miłość miała być w jego życiu czymś najważniejszym i niezwykle ważnym. Tymczasem ja niej nie dorosłem, nie potrafię jej udźwignąć, nie jestem wart Wobec tego dalsze życie, które mogłoby być jedynie nieustającym pasmem zachwytu, szczęścia i ekstazy, zamieniło się w piekło, w coś obrzydliwego, niechcianego i niesłychanie męczącego. Życie bez tej miłości nie miało najmniejszego sensu. Ona je niejako usprawiedliwiała, to dopiero dzięki niej a to było żyć.

Na tej prywatce u Halinki G-a. wyglądała bardzo ładnie, tak mi się przynajmniej wydawało. W czerwonych kozaczkach, białych rajstopach, czarnej, chyba z aksamitu, mini spódniczce i białej bluzce, z opadającymi na ramiona włosami. Targało mną jakieś dzikie podniecenie namiętne pożądanie i przekonanie, że dla Gosi nie mogę partnerem, że nie jestem jej godny.

Nie spałem całą noc. Czułem się odurzony swoją mile miłością, winem i czarną kawą, którą piłem pierwszy raz życiu. Czułem dziwny niepokój pomieszany z gorzką słodyczą czarnej kawy.

Na wiosnę, kiedy w szkole zaczynał się sezon matur, mło­dsze klasy wyjeżdżały na wycieczki. Wtedy tylko przeszkadza­liśmy w nagrzanych murach i chętnie się nas pozbywano. Po­jechaliśmy więc w wiosennym nastroju, spod białych, kwitną­cych kasztanowców obok ogrodzenia stadionu „Błękitnych”, na południe, do Zakopanego.

Modne były wtedy piosenki Piotra Szczepanika i autobus nasz rozbrzmiewał jego nowym przebojem: „Kochać, jak to ła­two powiedzieć…” Wodzirejem tych muzycznych popisów, był nasz klasowy bard – Andrzej. Pojechaliśmy moją starą, znajo­mą mi z dzieciństwa szosą, przez Kazimierzę Wielką, na Kra­ków. W autobusie graliśmy w taki salonowy flirt, podając so­bie karty, na których wypisano różne dwuznaczne i dowcipne pytania i odpowiedzi. Z okna autobusu w wiosce Stawiszyce zobaczyłem bielejącą w słońcu moją Wapienną Górę i serce zabiło mi jak młotem. Widok stamtąd rozciąga się zresztą nie tylko na naszą dawną szkołę, ale doskonałe zobaczyć można cały podłużny garb, którego szkoła i kościół są tylko fragmen­tem, leżąc na jego tarasie, a kończy się on wzniesieniem zwa­nym Zawinnicą… Garby takie zresztą charakterystyczne są dla całej krainy, na przykład bliźniacza podłużna góra rozciąga się koło Pińczowa, inna taka góra strażuje na granicy Ponidzia, niedaleko Byczowa.

Samochód zatrzymał się na chwilę obok gospodarskich za­budowań, ponieważ kierowca chciał sprawdzić silnik. Wysypa­liśmy się z autobusu na pobocze szosy, usłanej zeschłymi ku­lami końskiego nawozu. Od zabudowań chłopskich szedł silny zapach obory i stajni. Nagle zrozumiałem, jak bardzo brak mi aromatu wsi, a właściwie połączenia woni zieleni, zwierząt i polnego powietrza. A nawet nawozu, tego pogardzanego sym­bolu chłopskości i miejskiej dla nas pogardy.

Potem czułem się, jakbym oglądał jakiś kolorowy film, w którym sam występowałem. Bajkowa Dolina Kościeliska i spływ Dunajcem. Kiedy płynęliśmy na tratwach, nasza grupa, była wśród niej i G-a, która chciała koniecznie jechać z na­mi, rozmawiała najpierw o książkach, o swoich lekturach. G. podobała się powieść Balzaca, „Eugenia Grandet”, o miłości i wierności, a także osobistej dumie. Chciałem powiedzieć coś o moich ulubionych książkach, ale jakoś nie umiałem się wpa­sować w dyskusję. Sam wydawałem się sobie głupi. Byłem nieśmiały, niepewny swoich przemyśleń. Kiedy już nabierałem powietrza do płuc, to właśnie wtedy Tomek zmieniał żar­tem przebieg rozmowy. Potem rozmawiano o samobójstwie. Nie wiem czemu, ale ludzie młodzi i beztroscy czasami tak postępują. Zastanawiano się, co jest lepsze: trucizna czy skok z wysokości. I nawet nie przypuszczałem, że za rok sam będę na poważnie o tym rozmyślał.

W Zakopanem autokar zatrzymał się obok Wielkiej Krokwi. Wszyscy wyszli, w środku zostało tylko kilka osób, w tym G-a. Wydawało mi się, że specjalnie została w autobusie, aby stworzyć warunki do jakiejś, niby to przypadkowej rozmowy. Pragnąłem tego, a jednocześnie strasznie się bałem. Patrzyłem na nią i było mi wewnętrznie dobrze. Jakaś we mnie rodziła się nadzieja…

Jeszcze potem, kiedy jechaliśmy górską kolejką na Gubałówkę, G-a wyciągnęła rodzinne fotografie, także swojego młodszego brata i pokazywała koleżance. Bo ja wiem, powinienem wtedy powiedzieć coś o sobie, o swojej wsi choćby, co zmniejszyłoby ten potworny dzielący nas dystans, ten nagle wyrosły mur milczenia.

Miałem wtedy, jak mi się zdawało, wolny wybór: albo żyć w miłości i stać się Gosi godnym, bo czułem, że teraz tej miłości nie sprostam, że lada moment będę odrzucony. Albo żyć w piekle, bez miłości, pozwalać sobie na lenistwo, na jakąś gorszość, na głupie, szare, beznadziejne życie. I bojąc się odrzucenia, nie wierząc w siebie, właśnie tę „gorszość” wybrałem.

Czytałem w gazecie artykuł o Schopenhauerze, o jego pe­symistycznym spojrzeniu na ludzkie życie i zgadzałem się z nim. W zeszycie, w którym notowałem różne „złote myśli” za­pisałem także, co Tatarkiewicz sądził o filozofii Schopenha­uera: „Na dnie człowieka i na dnie wszystkich rzeczy jest po­pęd, a popęd ten jest bezrozumny, działający bez celu i nie znający ukojenia. Nic nie jest zdolne zaspokoić go, a nawet gdy jest zaspokojony chwilowo, prze zaraz dalej. Towarzyszy mu ciągle poczucie braku, niezaspokojenia, niezadowolenia. Dążymy do szczęścia, a nie możemy go osiągnąć; dążymy do tego, by przynajmniej utrzymać życie, ale nawet i to na stałe nie jest osiągalne”.

Bo tak to widziałem wokół siebie, ludzie połączeni mał­żeństwem, nie wiadomo dlaczego, związek dwóch egoizmów, ciągłe pretensje, kłótnie, przepychanki. Bardzo się tego ba­łem, takiego beznadziejnego życia, które jest gorsze chyba od śmierci, ciągle przynosi ból, gorycz i potwierdza brzydotę świata. Ale jakbym gdzieś podświadomie nie wierzył, że G-a może mnie przyjąć i kochać z wszystkimi moimi wadami.

Nikt nie widział mojego dramatu. Wokół pełno było ludzi, uczniów i nauczycieli i żaden nie zauważył, że coś niesamowi­tego ze mną się dzieje.

Na szczycie Gubałówki podawano zimną cytrynadę z ka­wałeczkami błyszczącego lodu. Bardzo chciało mi się pić. I pa­trząc przez prześwietlone słonecznymi promieniami szkło wy­sokich pucharków i przez kryształy klekoczącego w szklance lodu, w zielone oczy G., czułem, że staję się jej niewolni­kiem. A właściwie dobrowolnym więźniem mojego o niej wyo­brażenia, bo przecież wcale jeszcze nie rozmawialiśmy ze so­bą. Właściwie to kochałem własną miłość, którą odczuwałem, ten nastrój święta, lęku i bliskiej katastrofy. To uczucie rzą­dziło mną niepodzielnie.

W powrotnej drodze zatrzymaliśmy się przy łące pod la­sem. Tam rozpaliliśmy wielkie ognisko i śpiewaliśmy popu­larne przeboje, parodiując zwłaszcza „Beatę” Laskowskiego. Chłopaki mieli butelkę „żytniej” i piliśmy ją kolejno w plastiko­wym wieczku od termosu. Pamiętam, że ku mojemu zdumie­niu, alkohol przełykałem z taką łatwością, jakby to była woda sodowa. Nigdy dotychczas wódka mi tak nie smakowała. Uważałem ją za płyn ohydny i przez to nie nadający się do picia, niezależnie od jakichś nadzwyczajnych efektów euforycznych.

Wróciliśmy do Kielc po zachodzie słońca, właściwie w no­cy. I wtedy zauważyłem to dziwne zjawisko. Przy wjeździe do miasta, pierwsze znajome domy i ulice wzbudziły we mnie to dobrze znane uczucie powrotu do domu, które kiedyś odczu­wałem tylko wtedy, gdy wracaliśmy z ojcem do domu w szko­le w Pełczyskach. Tylko tam było moje gniazdo, gdzie stawa­łem się sobą, bez masek, szczęśliwy lub nie, ale u siebie. Czyżbym już przyzwyczajał się do miasta, stawał się jego mieszkańcem, zaczynał czuć jak u siebie?

Autobus rozwoził uczniów po poszczególnych dzielnicach. Na placu Partyzantów wysiadło nas tylko kilka osób. Na nie­bie widać już było złote gwiazdy. Nad Karczówką świecił księ­życ, patrząc na miasto jak przed wiekami, jak patrzył kiedyś na Marcinka Borowicza i Birutę. Powiewał świeży majowy wiatr. Na tle ciemnego nieba rysowały się sylwetki starych ka­mieniczek w rynku. Andrzej grał na gitarze i śpiewał: „Naj­piękniejsze są polskie dziewczyny…” – najnowszy przebój „Czerwonych Gitar”.

Wracałem do domu ulicą Husarską, po równych płytach miejskiego chodnika. Jeszcze moje stopy, nawykłe do nierówności wiejskich ścieżek, nie przyzwyczaiły się do tego luksusu. Szło mi się więc lekko, jakbym płynął w powietrzu, ponad bukietami pachnących drzew. Nadal była to dla mnie nowość i powód do zdziwień. W powietrzu panował niesamowity zapach wiosny miejskiej. Pachniała świeża zieleń, kwiaty w o- gródkach przy drewnianych domkach i czuć było również typowo miejski zapach rozgrzanego asfaltu.

Zdzisław Antolski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko