Andrzej Walter – Lekka przesada

0
105

Andrzej Walter



Lekka przesada

 

 

zagajewski571815   Tak chyba powinno się rozpocząć felietony dla Tygodnika Pisarze.pl w Nowym 2016 Roku … od … „Lekkiej przesady” …

 

   „To właściwie bardzo dobra definicja poezji. (…) Jest lekką przesadą póki się w niej nie zadomowimy. Wtedy staje się prawdą. A potem, kiedy ponownie z niej wyjdziemy – bo nikt nie potrafi w niej zamieszkać na stałe – znowu staje się lekką przesadą.”

 

   Chociaż nie zgadzam się z takim punktem widzenia Adama Zagajewskiego (po prostu mam wątpliwości czy od fazy lekkiej przesady nie przeszliśmy już do etapu – co najmniej obciachu) jego prozę sprzed pięciu lat wydaną w Krakowie nakładem Wydawnictwa A5 czyta się i smakuje wyśmienicie. Poeta snuje swoją opowieść zajmująco, obnaża się ze swoich myśli, zachęca do konfrontacji refleksji i roztacza horyzont własnych przeżyć, a korzystając z okazji zaprasza nas też do swojego Lwowa oraz innych miejsc „swoich” oraz nie tylko swoich, ale i wręcz naszych, czyli zakorzenionych głęboko w świadomości i uczuciach. „Lekka przesada” właściwie powinna być dla każdego poety lekturą obowiązkową. Nie tylko jednak dla poety. To lektura ważna, zwierciadło naszych czasów, odwzorowanie tych rozterek, które zajmują dziś świat, ale z pewnego oddalenia. Z oddalenia właściwemu artyście. Ile warte jest takie oddalenie warto przekonać się w autopsji.

 

   Sądzę, że sięgnięcie po „Lekką przesadę” w dzisiejszych czasach stanowi obowiązek intelektualisty. Można się bowiem z Zagajewskim nie zgadzać, ale ciężko odmówić mu poruszenia najbardziej palącego problemu współczesnego człowieka, jaką jest ironia przestrzeni kultury wobec jednostki wraz z nachalnym wciskaniem się w tę przestrzeń wszelkich trywialnych narracji. Kiedyś Zagajewski „rozdyskutowałby” środowisko literackie i to nie tylko jako „taką” książką. Esejem właściwie. Przecież wprowadziłby zamęt i ferment niezbędny dyskusjom i polemikom. Kiedyś, ach, kiedyś … póki co, to już nie wróci, a nasze kiedyś przywiązano dziś do metafizycznie zredukowanej Sieci i zamknięto nas, albo właściwie sami daliśmy się zamknąć w tak pojmowanym „domu wariatów”.

 

   „I tak wszystkiego nie opowiem. Przecież nic się nie dzieje.”

 

   Dowiecie się jak to jest być estetą wśród doktrynerskich ulepszaczy ludzkości; przeczytacie o człowieku bez właściwości (rasa dziś nader powszechna); zanurkujecie w literacki mikroświatek z całym jego bogactwem bądź ubóstwem – jak kto woli …

 

„Myślę o tym nieraz, kiedy spotykam bardzo młodych poetów po obu stronach Atlantyku. Często sprawiają takie wrażenie, jakby interesował ich tylko najnowszy numer modnego czasopisma poetyckiego. Jakby poezja nie była – poza wszystkim innym – także odpowiedzią na stan świata, który wyraża się w tysiącu różnych form, przez smutek bezrobotnego, siedzącego na ławce w parku w pogodny kwietniowy dzień i przez traktat filozoficzny czy symfonię.”

 

   Czyż potrzeba komentarza? Może jednak tak. Gdyż Adam Zagajewski bardzo delikatnie obszedł się w tym sformułowaniu z poetami. Może jednak ma na myśli jedynie prawdziwych poetów ( w swoim osądzie poetów), a nie całe zastępy grafomanów, dla których jedyną ekstazą świata jest odczytanie albo druk własnego wiersza. Dla których istnieje tylko własna „twórczość”, a postać innej twórczości to konieczne tło dla własnego, rozdętego ego, wzniesionego ponad poziomy. Skądże my znamy takie obrazki, te klimaty, te uniesienia, egzaltacje i pożal się Boże – recytacje? No, bo znamy. Nieprawdaż?

 

   Zostawmy poetów. Niechaj im ziemia lekką będzie. Zagajewski podkreśla zwietrzałość oraz niepoślednie znaczenie terminu „życie duchowe”, które, jak sądzi zastąpiono terminem wyobraźnia, słowo, samo w sobie piękne, lecz nie obejmujące … całokształtu. Tak, to prawda. Życie duchowe jest dziś passe. Jest domeną „pięknoduchów”, poetów i innych wykolejeńców, a w zasadzie to objaw słabości i nie uczestniczenia we współczesnym (zgiełkliwym medialno-obrazkowym) świecie. Po co komu duch. To bajki i zabobony. Staromodny Zagajewski prowokuje pytając, albo tylko oznajmiając, określając, wnikając w problem. Stawia tezę – nie zmusza do odpowiedzi, konkluzji, wniosków. Otwiera drzwi …

 

   I przytoczmy znów Autora, przeskoczywszy na „innym temat”, gdyż taka właśnie jest ta książka – zbiór wydawałoby się luźno powiązanych myśli, zatrzymań, spojrzeń … kompilacja chaosu, która jednak kręci się stale wokół człowieka i jego doznań wobec tej potężnej machiny świata, który mamy za oknami … To doznania artysty, ale i każdego innego niepoprawnego „wrażliwca” …

 

„Paul Claudel mówi gdzieś: „Celui qui Admie n’a jam ais tort” („Ten, kto podziwia, ma zawsze rację”). Lubię rozmyślać o tym zdaniu, które jest tak bardzo niewspółczesne i które, oczywiście, można poddawać rewizji – ale w sposób fundamentalny mówi ono, że w sensie duchowym podziw, entuzjazm, są czymś o wiele wyższym niż krytyka, sarkazm, postawa czysto ironiczna, to, co w angielskim nosi nazwę debunking, a co my niekiedy nazywamy „odbrązawianiem”, a co jest teraz powietrzem, którym oddychają gazety i większość książek.”

 

   Chciałoby się rzec – święte słowa Panie Adamie. Tylko kto się dziś tym jeszcze przejmuje? Kilku „my”? A kimże jesteśmy „my” wobec Machiny świata? Zapewne planktonem. Nawozem życia i sztuki, albo nam się wręcz tylko tak wydaje. Choć miło, że nie wszyscy tak myślą, że świat jeszcze do reszty nie zwariował i choćby Pan o tym pisze – o tym, o czym my wszyscy tak naprawdę w kuluarach rozmawiamy, czym się frustrujemy, przejmujemy i czym żyjemy. Choć nie jest to mimo wszystko większość.

 

   „Za późno. Niekiedy zastanawiam się – i nie jest to, jak sądzę, przejaw mojego konserwatyzmu, moich poglądów, tylko prawdziwe, realne zmartwienie – czy nie żyję za późno? Z moimi pasjami, uprzedzeniami, z dziwnym poczuciem misji, jakie nawiedza mnie, na szczęście bardzo rzadko, z moimi wątpliwościami, które nawiedzają mnie codziennie – czy nie jest za późno? Czy istnieje jeszcze, tak jak istniał dawniej, świat myśli, walk ideowych, zaciekłych polemik, stanowisk, uprzedzeń, pisarzy nieznających litości dla przeciwników ideowych, ale przecież nie sięgających w tych sporach po broń palną, zadowalających się atramentem?

 

Słyszymy, że w każdej prawie dziedzinie znajdujemy się już w momencie definiowanym przez przedrostek „post”. Kultura masowa, z jej fenomenalną obojętnością wobec podstawowych pytań, produkująca owych dziennikarzy, co zajęli miejsce krytyków i eseistów, dziennikarzy, których zatrudnia się w gazetach (ale przecież wkrótce nie będzie już nawet gazet – „papierowych” gazet – i ich flegmatycznych autorów), żeby pisali o nowych książkach, filmach, koncertach i wystawach, i chyba płaci im się specjalny dodatek, żeby nigdy nie zdradzili się ze swoją opinią (jeśli ją mają), ze swoimi uczuciami, ze swoimi niechęciami, ze swoją miłością, ze swymi kryteriami. (…)

 

   W oficjalnym świecie – jak sam sobie odpowiada Adam Zagajewski przy okazji opisu kilku spotkań autorskich z wrażliwcami – nikt nie słucha tego rodzaju wyznań i nazywa je egzaltacją, i drwi z nich … Oto mamy świat. Tak właśnie skonstruowany świat ironii, sarkazmu, kpiny, cyniczny, zimny świat plastikowych ludzi, nakręcanych … no właśnie – czym? Odpowiedzi jest wiele. I wiele razy próbowałem w swoich analizach je zgłębić. Publiczność może i kiwa głową, potakuje, patrzy z troską … ale chyba … jest na to za późno.

 

   I tutaj, w tym właśnie momencie, Autor nasz stawia prowokującą kontrę – do własnych wywodów, jak i do naszych przemyśleń – „Więc za późno? Nie, z pewnością nie. Póki my żyjemy … jak mówi pewien sentymentalny hymn.”

 

   Ciężko być może o lepszą pointę, lecz to tylko kolejna intelektualna prowokacja. Kolejna prowokacja poety, który tak naprawdę przestał już prowokować. Zrezygnował z nowofalowej doraźności i służenia literackim pragmatykom. Rzeczywistość wciąż go zajmuje, ale zmieniły się akcenty w opisie. Dodać do tego należy, że Autor nie narzuca nam swoich poglądów – a jedynie podaje je pod rozwagę. Choć może to trochę na wyrost, gdyż jednak o nich pisze i chce przecież, abyśmy to czytali. Chce, aby to w nas utkwiło i tkwiło. Przecież kropla drąży skałę …

 

   I właśnie chcę poruszyć to, co w książce „Lekka przesada” zabolało mnie najbardziej. Uderzyło w serce i uczucia. Zabolało, w sensie doznania realnej prawdy, tak prywatnej, tak dosadnej, na co dzień doświadczanej, prawdy o konflikcie szarej codzienności ze sztuką, z wzlotami, upadkami i życiem duchowym oraz całą otoczką kompletnej egzystencji. Nie ma róży bez kolców. Życie, wypełnione w przeważającej większości … życiem – czyli walką o byt, czyli doraźnymi, powtarzalnymi, mechanicznymi czynnościami, czyli koniecznością, determinantą, biegiem, dość mocno oddalone jest od olśnień. Olśnień doznajemy sporadycznie. Pracujemy nad nimi, chwytamy je, doskonalimy techniki zatrzymań i podtrzymań, ale w gruncie rzeczy zawsze razi ta dysproporcja, ten kontrast bytów, wcieleń i stanów. Ta dojmująca inność czasu życia, a czasu tworzenia …

 

   „Autor wierzy w istnienie wyższego świata, ale nie umie sprawić, by ten świat objawił się w codziennym życiu jego kraju, jego rodziny, nawet jego własnym. Co najwyżej na niektórych stronach jego książek zaznaczają się próby dosięgnięcia tej wyższej sfery, zawsze nieudane, zawsze chybione. Ale gdyby nie było tych prób, autor nie byłby sobą, z pewnością nie byłby autorem.”

 

lekka przesada   Zatem tęsknota. Pozostaje nam tęsknota. I niespełnienie. Jedyna odpowiedź na próby, na miotanie się, na łaknienie wyzwolenia. Tak dzieje się sztuka. Tak powstaje. Tak stwarza się. Przez niespełnienie, szukanie, tęsknotę, stan niepokoju, stan przederupcyjny, permanentnie oczekiwany stan podrażnienia, ku stanowi olśnienia. To się potem szybko kończy. Często pozostaje niesmak. Brak dystansu do tego, co się stworzyło, albo nadmierny dystans. Tak. Tylko tęsknota potrafi wyjaśnić sztukę.

 

   I tak oto toczą się rozważania Adama Zagajewskiego w „Lekkiej przesadzie”. Książce bardzo osobistej. Czasami wręcz intymnej. Tylko chyba w takiej twórczości jest siła i prawda przekonania czytelnika – „on nie zmyśla” – jest realny, taki jak ja. I choć umówmy się – nie jest On – Autor Adam Zagajewski – przecież jak ty i ja – warto podążyć tokiem logiki, rozumowania pokrętnego, acz żarliwego, szczerego i wreszcie prowokującego własne podsumowanie – skąd się przyszło i dokąd się zmierza. Tak jest siła „Lekkiej przesady”. Siła bezcenna.

 

Wiersz jest jak twarz ludzka – jest jednocześnie przedmiotem, dającym się zmierzyć, opisać, skatalogować, i apelem. Apelu można wysłuchać, albo można go zignorować, lecz trudno ograniczyć się do mierzenia go metrem. Trudno mierzyć wysokość płomienia przy pomocy szkolnej linijki. /str.12/

(…)

Wreszcie mój ojciec powiedział, zapewne lekko zachrypniętym głosem, jak zawsze, kiedy był zakłopotany: to jest lekka przesada. Lekka przesada. Kiedy to przeczytałem, wybuchnąłem śmiechem, tak bardzo, tak doskonale wyrażało to jego poglądy na poezję, ba, na cały ten dziwny świat, w którym zniknął jego syn. Lekka przesada. Tak inżynierowie myślą o poezji. Nie ma w niej nic złego, uważają inżynierowie, w zasadzie poezja nie musi – choć może – prowadzić do kłamstwa, do pięknoduchostwa, do zniewieściałości , ale przede wszystkim można jej zarzucić to, że jest przesadą. Lekką przesadą. / str.185/

 

   Czy napisałem zbyt mało? Zapewne. I tak wszystkiego nie opowiem. Boję się. Przecież nic się nie dzieje …

 

  

Andrzej Walter

  

 

 

Adam Zagajewski „Lekka przesada”. Wydawnictwo a5. Kraków, 2011. str.248.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko