Andrzej Wołosewicz – Poezja, związki literackie, ambicje, czyli rozterki kwalifikatora

0
47

Andrzej Wołosewicz



Poezja, związki literackie, ambicje, czyli rozterki kwalifikatora

 

Bruno Schulz            Od maja 2015 jestem w komisji kwalifikacyjnej Związku Literatów Polskich. Zgadzając się na uczestnictwo w niej nie zdawałem sprawy, że będzie to robota w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Pomijam samo zebranie szacownego gremium komisji kwalifikacyjnej, bo to akurat było miłe i sympatyczne, mówię raczej o etapie wcześniejszym, o konieczności przeczytania kilkudziesięciu tomików (ograniczam swoje refleksje do poezji).

            Doceniam ludzką potrzebę pisania, przelewania na papier tego, co w duszy gra. Warto w tym miejscu przypomnieć Norwidowe „Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie. Dwie tylko: poezja i dobroć… – i więcej nic”. Może podskórnie my, wszyscy piszący, o tym pamiętamy?

            Doceniam niemały wysiłek, także finansowy, by w dzisiejszych czasach swoje wiersze wydawać drukiem. Doceniam też chęć przynależności do Związku (SPP czy ZLP), bo to wskazuje na pokładanie w takim akcesie jakiejś dozy prestiżu, chociaż ja bardziej cenię w przynależności związkowej samoorganizowanie się, bardziej cenie związek jako swoistą komórkę samorządu środowiskowego. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że dla wielu, szczególnie młodych, choć nie tylko, związek literacki jest passe: za słaby, by pomóc w promocji, mający w swoich szeregach ludzi tak po ludzku i dobrych i złych, więc zawsze jest możliwość dystansowania się z powodów moralno-towarzyskich. Mnie pisząc tutaj o poezji interesuje wyłącznie walor literacki. Nie mam ochoty wdawać się w sprawy personalne dotyczące „grzeszników”  literackich, tak jak poza moją jurysdykcją są grzesznicy religijni chociaż należymy do tej samej wspólnoty. Uczę etyki, nikt nie musi mnie przekonywać, jak ważne są rozliczenia moralne i prawne, ale dlatego wiem także, iż wybaczanie jest przywilejem skrzywdzonych, a ujadanie domeną tych, którzy w głębi ducha nie rozliczyli się ze swojej bierności, którzy nie byli na żadnej barykadzie nawet po jej niewłaściwej stronie. Zatem poezja, sama poezja i tylko poezja.

A wtedy problemem jest to, co nazywam paradoksem wydawniczym. Polega on na tym, że w rynkowej sytuacji wydawcy starają się, by ich sieci łowiły dużo i szeroko, możliwie najszerzej. Żeby łowić dużo oczka muszą być odpowiednio małe, wtedy sieć zatrzymuje więcej „ryb”. Ale gęstsza sieć zatrzymuje także nawet „rybi chłam”. Czytając wiersze osób aplikujących do Związku ma się znacznie częściej właśnie z tym drugim zjawiskiem do czynienia. Kiedyś wydawnictwa (nawet pod cenzorskim butem) dysponowały tzw. recenzjami wydawniczymi. Ciągle przypominam jako przykład Krzysztofa Zuchorę, który pokazał mi cztery pożółkłe kartki maszynopisu przechowywane niemal jak relikwie. Dwie to była recenzja Stanisława Grochowiaka a kolejne dwie kartki to recenzja Andrzeja Tchórzewskiego. Debiutujący młokos otrzymał je z wydawnictwa Czytelnik. Dzisiaj takie działanie sądząc po poziomie wielu tomików wydaje się być fikcją. Inaczej trudno wytłumaczyć ich niski poziom. Jeśli, jako autor jestem w stanie zapłacić wydawnictwu, to wydaję. Jestem dla wydawnictwa klientem z kasą a nie poetą z lepszymi lub gorszymi wierszami. Tyle.

W związku z tym rodzą się pytania. Jeżeli na półce w księgarni widzę tomiki zupełnie nie znanych autorów, to kupuję i czytam… na własne ryzyko, na chybił trafił. Co gorsza nawet słabe (co okazuje się dopiero po zakupieniu i po lekturze) tomiki bywają zaopatrywane w pochwalne wstępy i posłowia poetów czy krytyków z uznanymi już nazwiskami. To przykre.

Jeżeli nie ma wydawniczej selekcji, pozostaje tylko ten sposób odnajdywania się wobec wiersza, o którym Krzysztof Gąsiorowski pisał: „żaden sposób sprawdzenia poezji poza naszą wrażliwością i odwagą nie istnieje.” Tej wrażliwości odwagi wszystkim nam w Nowym Roku życzę, pamiętając, że ona też, ta moja, Twoja, ich wrażliwość i odwaga podlega ocenie przez wrażliwość i odwagę Innych. Pozostaje więc tylko krytyczno-literacka, recenzencka i czytelnicza rzetelność i uczciwość wobec swojej wrażliwości. No i jeszcze umiejętność jej wysłowienia.

Umiejętność wysłowienia, no tak, ale to łatwiej powiedzieć niż zrobić, tym bardziej, że… pisać każdy może.  I drukować czy też publikować, choćby w internecie. By być piszącym i wydającym nie trzeba innych umiejętności poza tą odwieczną, że nie ma czegoś takiego jak „bezpłatny obiad”. Wszystko kosztuje, ale jeśli ten warunek spełniam, to mogę być na rynku pisarzy, wydawców itd. Dla jasności dodam, że wcale nie jest tak łatwo z tym zabezpieczeniem finansowym własnych pomysłów twórczych. Zaznaczam to, żeby było jasne, że nie lekceważę strony finansowej takiej działalności. Podziwiam tu nawet tych, którzy merytorycznie i etycznie są na antypodach tego, co akceptuję.

Jak już uporaliśmy się J z finansami wróćmy do sprawy jakości tekstów, tomików, esejów, artykułów, polemik. Rozpoznawanie ziarna od plew wcale nie jest łatwym zajęciem. Można się tego nauczyć w żmudnym procesie samokształcenia (nie mylić z procesem „samoczytania”, czyli czytania samego siebie). Przypominam, że Borges nazwał kiedyś siebie bardziej czytelnikiem niż pisarzem, chociaż on mógłby bez żadnej straty być wyłącznie samoczytaczem. Ale z nami wszystkimi jest już znacznie gorzej. Rozumiejąc jednak ludzkie ambicje, chcę zatrzymać się nad jednym kryterium, które w naszej robocie publicystycznej i literackiej wydaje mi się ważne. Przykład tomików, których ukazanie się na rynku sensownie uzasadnić da się jedynie tym, że wydawcy sprawa „spina się finansowo” już pisałem. Chcę dodać do tego to, co nazywam Kryterium Zewnętrznym. Twierdzę, że część tekstów publicystycznych nie przeszłaby takiego testu. Co przez to rozumiem? Takim Kryterium Zewnętrznym (wobec autora) były wspomniane wewnętrzne recenzje wydawnicze. Podobne kryterium, Kryterium Zewnętrzne w czasopismach stosować byłoby ciężko, więc z oczywistych względów nie proponuję go na co dzień. Tutaj raczej proponowałbym autorom  d o b r o w o l n e  wystawianie się pod pręgierz, a takim pręgierzem są wydawnictwa i czasopisma, z którymi nie współpracujemy na co dzień właśnie. Tym sposobem wystawiamy sobie lepsze świadectwo, lepsze, bo bardziej obiektywne. Chętnie np. zobaczyłbym teksty autorów, których znam ze stopek redakcyjnych, nawet gdy mam o nich dobre zdanie, gdzie indziej, np. w jakimś miesięczniku czy kwartalniku, publikacji pokonferencyjnej itd. Stawiam takie kryteria także sobie, dlatego poczytuję za swój obowiązek, by moje teksty ukazywały się  – przynajmniej co jakiś czas – poza czasopismami, z którymi współpracuję lub w redakcji których jestem. (Nie będę rozwijał tego wątku i tych publikacji wymieniał, póki nie zostanę wezwany „na ubitą ziemię”, bo idzie mi o zaprezentowanie samej zasady Kryterium Zewnętrznego a nie zaprezentowanie siebie.) Ten mechanizm nie jest niezawodny, ale pozostaje pewnym wskazaniem, że autor jest dobry nie tylko dlatego, że występuje – mówić językiem piłkarskim – wyłącznie na swoim podwórku. Jako zagorzały kibic sportowy znam te drużyny „własnego boiska”, a i czytelnik łatwo wymieni swoje.

Ponadto Kryterium Zewnętrzne poza tym, że pomaga wyważyć proporcje między naszą pokorą wobec tekstu, języka i odbiorcy a przesadnym, nadmiernym samozadowoleniem wydaje mi się ważne dla relacji wewnątrzśrodowiskowych: może przełamywać, przynajmniej w jakiejś mierze, izolacjonizm i wyspowość poszczególnych redakcji, a to dla całości życia literackiego jest zbawcze. Tu jest najwięcej do zrobienia i nie wiem, czy nie jest to syzyfowa praca… Ale jeśli jej nie podejmiemy, to nikt za nas jej nie wykona. Kryterium Zewnętrzne ma też walor marketingowy dla naszych macierzystych redakcji. Przecież promując się ma innych łamach, promujemy też i łamy macierzyste. Warto o tym pamiętać.

Oczywiście Kryterium Zewnętrzne nie zastąpi naszej szczerości i uczciwości, myślę o nim jednak w kategoriach pro-społecznych: jeśli jesteśmy jakimś środowiskiem literackim (a jesteśmy), to postulowane kryterium może być mechanizmem swoistej, dobrze rozumianej samoregulacji (a nie bezapelacyjnym kryterium „publicystycznej cnoty”, aż tak naiwny nie jestem). Traktuję je jako pewien bezpiecznik, który – gdy „przegrzeją się” zapętlone układy naszego samozadowolenia i zadowolenia z nas naszych redakcji – przerywając układ (jakie piękne polityczne  słowo!) pozwolą na chwilę zadumy, ochłonięcia, samokrytycyzmu.

Kończę, bo coś czuję, że mi „się przegrzewa”.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko