Krzysztof Lubczyński rozmawia z legendarnymi „Skaldami”

0
396

Z ANDRZEJEM I JACKIEM ZIELIŃSKIMI, legendarnymi „SKALDAMI”, w 50 rocznicę powstania zespołu, rozmawia Krzysztof Lubczyński.


skaldowie


Jest taki archiwalny muzyczny film dokumentalny z początku lat siedemdziesiątych „Skąd wzięli się „Skaldowie?” No właśnie, skąd się wzięli te 50 lat temu?


– Jeśliby sięgnąć, trochę „naukowo”, do najgłębszych korzeni, to wskazałbym 24 marca 1959 roku, kiedy w Klubie Kultury „Rudy Kot” przy ulicy Garncarskiej 18 w Gdańsku, pod opieką Franciszka Walickiego zadebiutował pierwszy polski zespół rockandrollowy „Rhytm and blues”. Od tego zaczął się Polski rock i pop. Choć my narodziliśmy się sześć lat później.


Andrzej Ibis-Wróblewski napisał kiedyś, że „Skaldowie” są „pierwszym polskim zespołem, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki”. Jak do tego wszystkiego doszło?


– W naszym rodzinnym Krakowie, ja Andrzej, założyłem zespół wokalno-instrumentalny. Najpierw nazwaliśmy go „LN”, skrót od „Liceum Muzyczne”. Graliśmy zupełnie coś innego niż na zajęciach szkolnych, Nie muzykę poważną, Bacha, Mozarta, Chopina, na której koncerty przychodziła garstka, ale utwory Elvisa Presleya, Paula Anki, Marino Mariniego, Plattersów i tym podobnych, które gromadziły tłumy. Potem także Beatlesów i Rolling Stonesów. Kolega szkolny Adaś Matyszkowicz, później Makowicz, grał z kolei jazz. Zobaczyliśmy wtedy naocznie tę różnicę w popularności muzyki poważnej i popularnej. Na Zachodzie takich grup było mnóstwo, przyrastały jak grzyby po deszczu, głównie w Ameryce i Wielkiej Brytanii. U nas wtedy istnieli tylko Czerwono-Czarni.


Jak na Wasze koncerty „niepoważne” reagowali profesorowie?


– Proszę sobie wyobrazić, że przychylnie. Bądź co bądź byli to muzycy, a nie ideolodzy czy politrucy, którym z boku to się często nie podobało. A dla nas był to relaks po ćwiczeniach z muzyki klasycznej w szkole i w  bardzo muzycznym domu.


I co było dalej?


– Będę teraz mówił głównie za siebie, bo Jacek był jeszcze trochę z boku. Latem 1964 założyłem (AZ) grupę „Sekstet Krakowski” i pojechałem z nią nad morze, którego wcześniej nie widziałem. Chcieliśmy i pograć i zarobić. I wtedy przekonałem się jak potężny ruch muzyczny młodzieżowy jest na Wybrzeżu, dzięki wspomnianemu Franciszkowi Walickiemu i że tylko w Krakowie jesteśmy rodzynkami. Tam poznałem m.in. Jan Budziaszka, późniejszego perkusistę „Skaldów”. Jako „Sekstet Krakowski” graliśmy w hotelu „Cristal” w Gdańsku-Wrzeszczu. W tym czasie w Trójmieście grał też Jerzy Skrzypczak, uczeń Szkoły Muzycznej w Sopocie, który miał kłopoty z profesorami. Z nim graliśmy w Sopocie w knajpie „Non-Stop”, w Kamiennym Potoku.  Było wesoło, bo marynarze nie tylko nas słuchali, ale stawiali nam wódkę. Ale trzeba podkreślić, że pogardzane czasem granie w knajpie, to jest kapitalna szkoła rzemiosła muzycznego. Bez niej muzykowi czegoś brakuje.


I w ten sposób mamy część składu przyszłych „Skaldów”…


– Zgadza się, ale chodzi o późniejszy, powiedziałbym – klasyczny skład. Pierwszy skład „Skaldów” to my, Kuba Fasiński, Feliks Naglicki i bracia Kaczmarscy, Zygmunt i Janusz. Potem przewinęło się jeszcze wielu muzyków, choćby Marek Jamrozy czy Staszek Wenglorz.


Skąd się wzięła nazwa „Skaldowie”?


– Sięgnąłem do mojej wiedzy z historii muzyki i spodobała mi się nazwa skaldowie, oznaczająca  poetów norweskich i islandzkich działających na dworach królów norweskich od czasów Wikingów do XIV wieku. Jednocześnie ta nazwa dźwiękowo skojarzyła mi się z naszym rodzinnym Skalnym Podhalem. Czyli mieszanina skandynawsko-średniowieczno-podhalańska. Z tym, że w naszej muzyce ten drugi zdecydowanie przeważył. Bo w muzyce góralskiej żyliśmy od dzieciństwa niemal na co dzień, jako że jesteśmy półkrwi góralami, po mamie z Zakopanego.


Na czym polega niezmienna atrakcyjność góralskiej nuty?


– Jesteśmy dumni, że wprowadziliśmy ten folklor na salony muzyczne i do muzyki rockowo- popowej, co dziś kontynuuje choćby Sebastian Karpiel-Bułecka. Teraz takich przeróbek jest sporo, ale nasze były bliższe muzyki poważnej, w tym „Harnasi” Karola Szymanowskiego czy kompozycjom Mikołaja Góreckiego niż klimatom dyskotekowym. Muzyka góralska ma ciekawą skalę i potężny power, zakopower, ma mocne, pulsujące basy, ostro świdrujące skrzypeczki i mocne, wysokie, białe głosy śpiewaków. No i nagłosy, które rozchodzą się naturalny sposób, bez wpisania w nuty. Góral ze Szkocji, niejaki Sting, też śpiewa wysoko i białym głosem. Dla mnie muzyka góralska to jest beat, w którym perkusję zastępuje tupanie nogami.


Do tej pory opowieści Pan, Panie Andrzeju dominował w Waszej historii muzycznej, a jaka była rola Pana, Panie Jacku?


– Ja na początku nie umiałem grać ani na gitarach ani na klawiszach, tylko na skrzypcach,  ale ten szlachetny instrument był wtedy dla młodzieży obciachowy. Kojarzył się z jakąś niniusiowatością, za którą można było „wziąć w dziób” od łobuzów. Strach było nawet go nosić ulicą. Dlatego na początku byłem tylko wokalistą.


Ważną postacią na Waszej drodze stał się autor tekstów, Leszek Aleksander Moczulski. Dlaczego właśnie on?


– Jego poezja tak bardzo nam się podobała, że komponowaliśmy muzykę do jego wierszy. Mieliśmy wspólną chemię artystyczną i prywatną. Bardzo też ceniliśmy jako tekściarza Wieśka Dymnego.


Kiedy odbył się Wasz pierwszy oficjalny występ jako „Skaldów”?


– 11 października 1965 roku w Klubie Plastyków przy Łobzowskiej podczas Krakowskiej Giełdy Piosenki. Koncert prowadził znany później konferansjer muzyczny Andrzej Jaroszewski. A wcześniejszy występ nieoficjalny był chyba w też krakowskim Klubie „Jaszczury”.


Rok później, opiniotwórcza wtedy i wpływowa gazeta codzienna „Sztandar Młodych” chwaliła Was za to, że „nie powielacie bigbitowego szablonu” i „inteligentnie trawestujecie motywy ludowe, gracie pomysłowo i bogato instrumentalnie”…


– Pamiętamy, pamiętamy. Z kolei Franciszek Walicki określił naszą muzykę jako „chłodną i wyrafinowaną”, ale wysoko ocenił  nasze umiejętności.


W 1969 roku po raz pierwszy wyjechaliście do USA i dawaliście koncerty głównie dla Polonii w Chicago i Nowym Jorku…


–  Dużo się tam nauczyliśmy muzycznie. Przyjrzeliśmy się tamtemu ruchowi muzycznemu. Była to trasa koncertowa „Parada polskich gwiazd 69”, między innymi  z Alina Janowską, Andrzejem Bychowskim, Lucjanem Kydryńskim.


Gdy w marcu 1970 dostaliście „Złota Płytę” za longplay „Cała jesteś w skowronkach”, pisano, że w waszych „pięknych melodiach przewija się i muzyka barokowa, i gregoriańskie chorały, i styl lat dwudziestych”. A jednocześnie atakowano was za długie włosy…


– To się dziś młodym może wydawać niewiarygodne, ale tak. Prezes Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski, człowiek dość dowcipny, mówił, że „nie ma nic przeciw temu, choć sam jest łysy, ale są określone naciski”.


W 1982 roku Pan, Panie Andrzeju zdecydował się pozostać na stałe w Ameryce, a pan Jacek wrócił do kraju. I co było dalej?


– Stan wojenny i sytuacja w kraju miała wpływ na moje pozostanie w Ameryce, ale chciałem też poznać kraj, który był ojczyzną rocka i jazzu. A ja, Jacek, absentowałem przez sześć lat, aż wiosną 1987 reaktywowałem „Skaldów”.


Jako Wasz fan niemal tak długo jak istniejecie, poproszę Panów o garść wspomnień.  Jako dziesięciolatek byłem na Waszym koncercie hali kina „Koziołek” w Lublinie latem 1967 roku…


– Doskonale pamiętamy ten koncert w szarej, ponurej hali, ale był szał i wywijanie marynarami.


Osobiście wywijałem marynarą pożyczoną od kolegi, bo sam marynarek wtedy nie nosiłem…


(śmiech) –  Pamiętam, że był upał na dworze, więc w pozbawionej wentylacji hali było gorąco jak w saunie.


Ale nam to wtedy nie przeszkadzało. Mieliście też kilka przygód filmowych. Wystąpiliście w komedii muzycznej  Jerzego Passendorfera „Mocne uderzenie” z 1966 roku…


– Mieliśmy już wtedy za sobą drobny epizod w filmie „Cierpkie głogi” Janusza Weycherta, ale dopiero w „Mocnym uderzeniu” byliśmy ważnymi postaciami, zespołem bigbitowym towarzyszącym cudownemu aktorowi Jerzemu Turkowi, grającemu Johnny’ego Tomalę, muzyka bigbitowego z gitarą. Impresariów młodego wykonawcy grali dla humorystycznego kontrastu dwaj cudowni aktorzy reprezentujący już wtedy, mówiąc językiem dzisiejszym, oldskul w stylu bycia, panowie Wieńczysław Gliński i Wiesław Michnikowski. Grały tez piękne dziewczyny Magda Zawadzka i Irka Szczurowska. Kiedy potem pojechaliśmy do Związku Radzieckiego, mylili nas z Tomalą-Turkiem i pytali: „Johnny Tomala eto wy?” (śmiech). Zagranie w tym filmie było dla nas wielkim przeżyciem. I nawet surowy profesor Herman w krakowskiej szkole muzycznej, który nieraz krzyczał na nas uczniów, zaczął nas traktować bardziej elegancko, z szacunkiem. Ten rok 1966 był dla nas bardzo trudny, bo jednocześnie zdawaliśmy egzaminy z naszych instrumentów (skrzypce, fortepian),  a mając zespół „Skaldowie” nie mieliśmy czasu ćwiczyć. Wystąpiliśmy też w Opolu i byliśmy instruktorami na Harcerskim Lipcu Muzycznym w Olsztynie. Do tego kręcenie „Mocnego uderzenia” w studium przy Chełmskiej w Warszawie. Byliśmy więc wykończeni fizycznie, a ja  – Andrzej – wylądowałem w szpitalu z powodu wycieńczenia psycho-fizycznego.


Niedługo później wystąpiliście w muzycznym filmie telewizyjnym „Kulig”, który kończył się i zaczynał przebojem „Z kopyta kulig rwie”. Jego telewizyjna premiera była w Sylwestra 1968. Jak wspominacie jego realizację?


– To była cudowna przygoda w scenerii pięknej, śnieżnej zakopiańskiej zimy. Przejażdżki saniami, wieczorne ogniska, choćby na Kozińcu i Antałówce, wyprawy na Kasprowy Wierch. No i cudowne towarzystwo młodziutkiej Marylki Rodowicz, która świetnie śmigała na nartach jako studentka AWF i Bogusia Kobieli w staromodnym stroju. Poza tym Niebiesko–Czarni, Alibabki, Ada Rusowicz, Wojtek Korda i inni, w tym czarnoskóra piękność z Wenezueli, Carmen, późniejsza żona Grzegorza Lasoty, krytyka i twórcy telewizyjnego magazynu kulturalnego „Pegaz”. Było około dwudziestu stopni mrozu, więc wszyscy odziani byliśmy w baranie  kożuchy i aplikowaliśmy sobie herbatki po góralsku dla rozgrzewki. Reżyser tego filmu, Staś Kokesz wylądował potem w Ameryce, w Salt Lake City. Spotkaliśmy się z nim. Pisze dla nowojorskich gazet korespondencje, na tematy polskie i nie tylko.


W związku z tegorocznym jubileuszem 50-lecia istnienia „Skaldów” jesteście bohaterami tegorocznego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Słuchaliście Panowie młodych wykonawców, grających i śpiewających wasze utwory w Opolu. Które z wykonań najbardziej wam się podobały?


– „Nie widzę ciebie w mych marzeniach” (AZ). A mnie „Cała jesteś w skowronkach”. (JZ) Trochę w stylu hiphopowym. Zresztą dziewczyna śpiewała „Cała JESTEM w skowronkach” co wywołało we mnie ciepły uśmiech i chciałbym, żeby został we mnie na dłużej.


Stworzyliście jakieś nowe utwory na Wasz tegoroczny, 50 jubileusz „Skaldów”?


– Na pięćdziesiątkę akurat nie, ale szykujemy się na sześćdziesiątkę (śmiech). Zauważyliśmy też jednak, że dobrze znanych jest jakieś dziesięć procent naszych utworów. Chcemy popracować, żeby rozpropagować pozostałe, mało znane.


Doczekaliście się Panowie monografii autorstwa Andrzeja Ichy. Tytuł: „Skaldowie. Historia i muzyka zespołu”. Jesteście z niej zadowoleni?


– Autor to nasz fan i przyjaciel. Ta książka to bardzo rzetelny, wręcz detaliczny zapis naszej działalności. Ma dużą wartość dokumentalną. Ponieważ jednak Andrzej Icha jest wybitnym matematykiem, fizykiem, informatykiem, umysłem ścisłym, więc też i sposób ścisły o nas napisał.


Dziękuję za rozmowę.


SKALDOWIE – jedna w najsłynniejszych i najznakomitszych grup muzycznych w dziejach polskiej muzyki popularnej, założona w Krakowie latem 1965 roku przez Andrzeja Zielińskiego. Przez zespół przewinęło się wielu muzyków, ale jego niezmienny trzon stanowią do dziś bracia Andrzej i Jacek Zielińscy. Uprawiane gatunki muzyczne to m.in. klasyczny rock, rock progresywny, folklor góralski, rock’n’roll, jazz, big-beat oraz muzyka pop. „Skaldowie” odbyli niezliczoną liczbę koncertów na całym świecie, zagrali z wieloma wybitnymi wykonawcami, zdobyli wielką liczbę prestiżowych nagród festiwalowych i innych, wylansowali dziesiątki popularnych do dziś przebojów. Wydali albumy: „Skaldowie” (1967), „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” (1968), „Cała jesteś w skowronkach” (1969), „Od wschodu do zachodu słońca” (1970), „Ty” (1971), „Wszystkim zakochanym” (1972), „Krywań, Krywań” (1973), „Szanujmy wspomnienia” (1977), „Stworzenia świata część druga” (1977), „Rezerwat miłości”  (1979), Droga ludzi” (1980), „Nie domykajmy drzwi” (1989), „Po śniegu, po kolędzie” (1994), „Podróż magiczna” (1996), „Moje Betlejem” (1997), „Harmonia świata” (2006), „Skaldowie dzieciom” (2007), „Oddychać i kochać” (2009), „Z biegiem lat” (2010), „Cisza krzyczy” (2007). Tytuły niektórych albumów są jednocześnie tytułami części ich najsłynniejszych przebojów. Wśród można wymienić także: „Uciekaj, uciekaj”, „Króliczek”, „W żółtych płomieniach liści”, „Juhas umarł”, „Medytacje wiejskiego listonosza”, „Życzenia z całego serca”, „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Wszystko kwitnie wokoło”.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko