Z lotu Marka Jastrzębia – Wsi spokojna, wsi wesoła

0
220

Z lotu Marka Jastrzębia


Wsi spokojna, wsi wesoła


jastrzab-marekDziobate nie widziały przeszkód. Stwierdziły, że rozmowy są konieczne, bo jajomyślni stanowią ugrupowanie bez wyrazu. Uznały, iż z nimi tak, z ich frakcją należy, można i trzeba prowadzić pojednawczy dialog póki co. Tym więcej, że całe kurnictwo zaczynało się walić, a skoro tak, postanowiły ogłosić z nimi przymierze. W tym celu zwołały naradę.


*

Otworzyła ją Pierwsza Nioska, półślepa weteranka stronnictwa specjalizującego się w konfliktach. Zaczęła od stwierdzenia, że jest niewyraźnie i trzeba coś uczynić.


Lecz nie zdążyła rozwinąć tej myśli, bo w momencie, gdy zabierała się do dalszego jej ciągu, na gęgalnicę wtargnął Wicegłówny, intelektualista w stanie spoczynku. Znalazłszy się na trybunie, najpierw zamaszyście westchnął, po czym łypnął na salę lepszym bielmem, a gdy burza zdawkowych oklasków przeszła w stupor oczekiwania, oznajmił:


– Do luftu taka polityka!


Zaległa pełna wyczekiwania, rzężąca cisza.


– Koleżanka Nioska powiada, że jesteśmy skazani na porozumienie z jajami i od naszego zaangażowania zależy jego kształt. Moim zdaniem to bzdura! Proponuję, byśmy wytyczyli zasady, wedle których nam przypadnie wszystko, a im figa.


Z jajami trzeba bez ceregieli – pociągnął wątek – Nie ma co się obcyndalać, bo przez taką pojednawczą postawę możemy dać się złapać w pułapkę daremnej elokwencji. Kupry nam ugrzęzną w banałach, zabrniemy w mętne dywagacje i zbędne gadki do Władka, w jakieś kołowanie po ścianie i bezpłciowe szczebioty idioty. Podczas gdy problem z jajami, to nie dmuchanie w kij! Póki co, jest to nasz przeciwnik i trzeba go pokochać, jak dożywocie!


Paciorki zebranych były wlepione w mówcę. Tylko Główny wyglądał na znudzonego. Wiedział, że co było do przeprowadzenia, to już obgdakał ze sobą i przyznał sobie słuszną rację. Jednakże Wicegłówny nie ustawał: –  Rzecz pewna, że nadszedł czas na oberka z nabiałem; musimy zrobić wszystko, by nie zrobić nic. Dyplomacja, to tutaj jest słowo nieodzowne. Aż się prosi, byśmy byli rozważni, subtelni, nieomal szczerzy. Są to kwestie niepodważalnych pryncypiów.


Delikatność jest następnym słowem, które tu wyjątkowo pasuje. Kwaknę więcej: ono jest tu na miejscu. Za nic nie możemy zrezygnować z delikatności. Musimy tak traktować każde ich zdanie. Cokolwiek im przyjdzie do żółtka, myśl, koncepcja czy inne dyrdymały, my na to, że owszem, że tak trzymać, to przejdzie, ale zaraz, jak obuchem w czubek, wyjeżdżamy ze swymi odcieniami, zastrzeżeniami, niuansami, poddawaniem w wątpliwość. Dzielimy piórko na czworo i zanim się durnie połapią, gdzie jest toaleta, już ich mamy na widelcu, już są wykastrowani z jakiejkolwiek słuszności. A wtedy, drżyjcie narody: niech kombinują, biorą na rozum i marudzą, o co im chodzi. Tak, moi drodzy, delikatność, to potęga!


Skończył i  rozległy się anemiczne brawka. Słuchał tego tajfunu życzliwości. Znużony, ocierał z łebka pot. Rozpierało go szczęście. Zlazł z podium.


Zaraz jednak do przemawialnicy dopchnęła się Druga Nioska. Ujęła w nóżkę mikrofon i wrzasnęła:

– Protestuję! A co z PRAWEM?


Powiało konsternacją. Literalnie nikt nie wiedział, co do rzeczy ma tu prawo.

– W czym kwestia – zapytał Główny, ale nikt nie zaryzykował odpowiedzi…


Na odstrzał


Kiedyś, a działo się to w czasach młodości, należałem. Jakże by inaczej, kiedy obowiązek nakazywał nieść sztandar i opowiadać się za nim gdzie popadnie. Uczestniczyłem więc wszytkimi zmysły i wszytkimi kopyty. Po ludowemu, z energicznym przytupem, pasjonacko i z fanfarami; bez oglądania się na plujących mi w oczy. Lecz gdy zniesiono komunizm, nie musiałem się wypisywać, bo nie było z czego.


Przez ten okres tworzyłem od groma. Przeważnie do szuflady, bo na ogół nikt nie chciał bawić się w czytanie moich tekstów. Czasem tylko redaktor niegłośnego pisemka prychnął w odpowiedzi, że są słabe i drukować nie może. Ja jednak nie zrażałem się odmowami. Robiłem swoje i czułem się jak Martin Eden przed sukcesem. Z tym, że dopiero później dotarło do mnie, że jedyny jego sukces polegał na samobójstwie.


Tak czy owak minęły lata i namówiono mnie na kandydowanie. Wstąpiłem w szeregi i od tej pory znowu byłem po linii, na bazie i z ramienia. Nie jakiś tam bezimienny wypierdek lub z łaski Bożej literacina, ale oficjalna figura, prawie mąż stanu i przyszły Zbawca Narodu z określonych przyczyn.


Zostałem wybrany i już na drugi dzień, hurmem, to znaczy całą kanapą, zeszliśmy się u Kleofasa. Tu dodam, że Kleofas był jednym z wielu nas, też literat i też z niewidocznymi dokonaniami, zasługami, orderami nie wiadomo za co.


Uchodził za najstarszego dysydenta ze wszelkich możliwych politycznych sekt, jakie przebałamuciły się przez katalogi uprawnionych do zasiadania. Z racji wieloletniej praktyki w zawodzie profesjonalisty, darzono go powszechnym szacunkiem i czego by nie powiedział, spotykało się z aprobatą. Mało tego: nawet kiedy gadał trzy po trzy, czynił to tak przekonująco i z takim ogniem krasomówczej perswazji, że nikt nie odważał mu się zaoponować. A gdy przyłapano go na wciskaniu kitu, potrafił wybrnąć z opresji: udowodnić swoją wersję prawdy, a przy okazji zrobić z adwersarzy mielone.


Toteż, kiedyśmy oprzytomnieli, zaczęliśmy burzę mózgów. Otworzyliśmy kuferek z projektami przyszłych zmian w kulturze i postanowiliśmy odkuć się za lata poniewierki. Wtedy narodził się pomysł, aby unieważnić tych, co nas postponowali skazując na jakiś nisze i marginesy. W imię sprawiedliwości dziejowej dotychczasowi luminarze mieli pójść w odstawkę, a MY – zabytować na proscenium.


*

Ze śpiku wyrwał mnie głos:


– Te, Wacek, obudź się, brachu! Tera twoja kolej – szturchnął mnie Ignac, kolega-delegat z krzesła obok. Znałem go trochę, a trochę nie za bardzo, bo kojarzyłem go tylko z ustawek i defilad po meczu. Ale odkąd wszedł, dał się poznać z czcigodnej strony. Kontaktowy, wielomówny, z uśmiechem zainstalowanym na wieki.  


Jak owsik kręcił się po konferencyjnym życiu, bywał w kuluarach, widywano go na schodach przy wyjściu ewakuacyjnym, gdzie mieściła się nasza pakamera, słowem – aktywista.


Na tle innych wyróżniał się niebagatelną postawą. Prawie zwalisty, nieznacznie utyty, w okularkach na druciku, miły, dostępny, tu zagada, tam coś powie, że boki zrywać. Na komisjach aktywny. W sumie łebski  gość.


Daj czadu – zachęcił mnie, jakby z góry przewidywał, że gdy zabiorę głos, będzie pociesznie. Lecz nie było, było za to buczenie, gwizdy i jazgot, bo zanim doszedłem do trybuny, nie wiadomo dlaczego,  facet z opozycji nazwał mnie fajfusem. 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko