Z lotu Marka Jastrzębia – Pismo

0
291

Z lotu Marka Jastrzębia



Pismo


jastrzab-marekZacznę od tego, że nasz artystyczno-literacki tygodnik jest prywatny. W porównaniu do niskiego miesięcznego lub kwartalnego nakładu pism papierowych  (raptem 500 – 1000 egzemplarzy), pisarze.pl mają więcej wejść w ciągu jednego dnia: odwiedza nas średnio 1900 osób dziennie i liczba ta rośnie.  Tamte się dotuje, a naszego – nie. Z jakiego powodu? Za mały zasięg? Nie ta OPCJA?


Jesteśmy zmęczeni sytuacją permanentnej niepewności: mimo wielokrotnych próśb o finansowe wsparcie, nie możemy od MKiDN  doczekać się konkretnej reakcji. Poza tym do kogo byśmy się nie zwracali o pomoc, wszyscy zawzięcie milczą. Nikt nie jest zainteresowany przyszłością pisma, a każdy unika rozmów na temat naszych postulatów, zmyślnie wykręca się od konkretnych deklaracji, wygląda więc na to, że mamy czekać na pomoc tak długo, aż problem  sam się rozwiąże.

*

Narodził się sześć lat temu. Z potrzeby udostępniania wartościowych tekstów, zatopionych w pulpie prozatorskich i poetyckich wyrobów. Był sprzeciwem wobec lansowania niezgułowatych utworów: rozproszone wśród dzieł pochodzenia grafomańskiego, sztampowych, produkowanych taśmowo i pod ten sam strychulec – ginęły z czytelniczego pola widzenia.


Powstał z natarczywej nieuchronności przypominania, że oprócz literatury zglajchszaltowanej (tandetnie pięknej), są teksty warte rozpowszechnienia i są w nich tematy wymagające od czytelnika szerszej refleksji i głębszego namysłu. I takie do nas nadchodzą. Takie też wyławiamy z internetowych gąszczy.


Mówimy w nim o epokach i literackich tendencjach. Publikujemy scenariusze współczesnych i klasycznych dramatów teatralnych, recenzje książek, spektakli, koncertów. A także artykuły na temat artysty, jego roli wczoraj i dziś. Zamieszczamy felietony, szkice i eseje. Wypowiadamy się o konieczności poznawania historii. O zachowaniu jej ciągłości. Chcemy też wzbogacić dział współpracy z ośrodkami emigracyjnymi i oczekujemy na ich materiały.


Oprócz poezji i prozy, publikujemy wywiady z ludźmi kultury, teatralne, zwięzłe informacje o aktualnych premierach i różnych innych wydarzeniach artystycznych, na przykład z dziedziny filmu, teatru, malarstwa, muzyki „klasycznej”.


Na łamach Pisarzy.pl zamieszczamy artykuły problemowe, choćby o dzisiejszej obyczajowości, o lekturach szkolnych, systemie oświaty, obecnym poziomie nauczania i wychowywania, (np. wypieraniu literatury klasycznej, tworzonej przez Sienkiewicza, Reymonta, Nałkowską, Żeromskiego i zastępowanie jej literaturą  błahą  i  bezrefleksyjną. 

 

Prowadzimy dział rekomendacji, a także zaproponowaliśmy utworzenie rubryki poświęconej artykułom o animatorach kultury, ludziach pracujących na jej rzecz w sposób nietypowy, bo  pro publico bono.

 

Jesteśmy przekonani, że szersze pokazywanie ich dorobku pomoże decydentom zrozumieć pełnioną przez te osoby rolę, rolę często niedocenianą i traktowaną lekceważąco. Tak jak w przypadku twórcy pisarze.pl, ogólnopolskiego periodyku, któremu nadał kształt. To dzięki jego popularyzatorskiej pasji, obsesji wręcz, dzięki zarażeniu pozostałych autorów tym popularyzatorskim bakcylem, mogło się pojawić to pismo.


Jest właścicielem internetowego portalu. A zatem ponosi wszelkie koszty związane z jego funkcjonowaniem.  Ogólne koszty prowadzenia pisma: etat redakcyjnego informatyka, podatek od jego wynagrodzenia i składka ZUS oraz serwery, razem – wynoszą  około 35 tys. zł. rocznie. Pozostała część redakcji pracuje bez gratyfikacji. Za darmo też wszyscy u nas publikują, a nie powinno tak być;  nie powinno tak się zdarzać, by za wykonaną pracę było gratisowe wynagrodzenie.


Obecnie, z uwagi na intensywną eksploatację serwerów, tudzież postępujące obciążenia zamieszczanymi zdjęciami i tekstami – przestarzały program na którym oparty jest nasz tygodnik ( Jumla), częste włamania na serwer wszystko to  kwalifikują się do natychmiastowej wymiany; kiedy wyczerpią się dotychczasowe możliwości, przestaniemy istnieć. Zaś taka zmiana oprogramowania, przeniesienie dziesiątek tysięcy tekstów – to koszt kilkudziesięciu tysięcy złotych, których w literackich kieszeniach brak. Tym niemniej nadal szukamy jakiegoś sponsora. Ale z coraz mniejszym przekonaniem, że go znajdziemy.

 

Niestety, mało kto z władnych chce zapobiec konsekwentnej dewastacji kultury. Jest  w stanie pójść po rozum do głowy i przyznać, że nasze pismo wykonuje za nich dobrą robotę. Że zanim zbankrutuje, należy je finansowo wesprzeć.

 

I na tym chciałem zakończyć kolejny wykład o wyższości nad niższością, gdy wpadł mi w oko artykuł Gazety Finansowej. Zainteresował mnie on tak szalenie, że pod wpływem zawartych w nim rewelacji zjeżyły mi się resztki wspomnień po włosach.

Przeczytałem, że nie tak dawno temu dyrektor Narodowego Centrum Kultury (Krzysztof Dudek) zlecił wypłacenie 60 tys. zł. Rzekomo na szkolenia dla politycznego pisma prowadzonego przez Tomasza Lisa, a w rzeczywistości, w zamian za zdjęcie artykułu o molestowaniach kobiet w Narodowym Centrum Kultury i napisanie tekstów z pozytywnym przekazem o NCK. Oczywiście, przekupstwo jak zwykle zwyciężyło społeczny interes i niewygodny, bo stawiający NCK w złym świetle artykuł zdjęto z portalu, a niezbywalny aktyw spółki prowadzącej portal Na Temat (Glob 360) zainkasował spore zasoby finansowe na wazelinę. 

 

Pies trącał całe to towarzycho, bo zakolebały mi się w głowie takie oto pytania: skoro na ów oślizgły cel znajdują się pieniądze, a nie ma ich dla portali podobnych do naszego, to o czym my właściwie pieprzymy? I z kim? Co te kreatury o miedzianych czółkach mają wspólnego z dziedzictwem kulturowym? Grabież?

 

Dotychczas myślałem, że ludzie odpowiadający za kulturę, dbający o jej rozwój i poziom, działają na rzecz czegoś, o czym mają pojęcie. Ale myliłem się: wielkopańskie poczynania przytoczonego tu dyrektora Narodowego Centrum Kultury świadczą o czymś wręcz przeciwnym: zasługują na chłostę i dożywotnie odsunięcie od wodopoju. Tak samo, jak na wyrugowanie zasługują obecne metody szastania publicznym groszem.


Jakby tego było mało, przeczytałem kolejny artykuł o marnotrawstwie. Rzecz dotyczy portalu mamprawowiedziec.pl Za czasów marszałkowania Bronisława Komorowskiego portal otrzymał na rozruch znaczną ilość pieniędzy. Jednak nie astronomiczna suma przyznanej dotacji w dolarach budzi moją wściekłość, ale fakt, że została ona przydzielona pisemku mało istotnemu. I to w sytuacji, gdy wielu znanych pisarzy ledwie wiąże koniec z końcem. Gdy, aby się o nią ubiegać, muszą wypełnić mnóstwo bzdurnych formularzy. Przy czym formularze są tak zawile skonstruowane, że wystarczy raz się w nich pomylić, by wniosek został odrzucony. Tu dodam do jaśnie urzędniczej wiadomości: literat, to człowiek pióra  i na co dzień nie ma nic wspólnego z księgowością, procentami, paragrafami. Kiedy układacie mu następny wniosek, weźcie to pod uwagę.

*

Człowiek uprawiający prywatę, ani trochę nie troszczący się o kulturę, a występujący we własnym imieniu, to kupczyk, szantażysta, kombinator i obwieś. Toteż z żalem stwierdzam: w czasach obecnych, bycie uczciwym jest wstydem; znacznie lepiej powodzi się tym, którym nie doskwiera intelekt i nie męczy altruizm, a subtelność i empatia, są to syndromy uczuciowej słabości.


Początki naszej zapaści zaczęły się od miłosnego exposé Donalda Tuska. Z nadzieją przysłuchiwałem się miodopłynnym deklaracjom przywódcy ekipy PO, ale w sejmowym wystąpieniu zabrakło mi słów o kulturze. O doniosłej roli historii w życiu narodu. O utworzeniu warunków sprzyjających powstaniu społeczeństwa obywatelskiego, świadomego, pozbawionego narosłych kompleksów i uprzedzeń.


I było to pierwsze ostrzeżenie przed nadciągającą falą rządowej ignorancji. Wytypowany przez niego minister MKiDN unikał spotkań z przedstawicielami twórczych środowisk, traktował je tak, jakby nie istniały. Choć wielokrotnie ubiegaliśmy się o posłuchanie, nie miał dla nas czasu.


PO zakończyła z trzaskiem szacherki w kulturze i wydawałoby się, że nareszcie będzie można zacząć naprawianie tego, co zostało popsute, obawiam się atoli, że wszystko zostanie po staremu: zatryumfuje pycha, rozdawnictwo nie swoich pieniędzy i TRADYCYJNY brak czasu na nasze prośby o pomoc.


Tu pozwolę sobie na osobiste wyznanie: pragnę powiedzieć, że nie znoszę polityki i staram się trzymać od niej z daleka. Nie chcę, by z jakiejkolwiek strony wkraczała do mojego życia. Wychodzi mi bokiem namolna ingerencja polityków karzących mi wierzyć bezkrytycznie w to, co proponują. Pokornie i posłusznie wykonywać  ich zalecenia.


Za każdym razem daję się nabrać na ich sztuczki i obietnice. Co i rusz ulegam złudzeniu, że zmiana władzy przyniesie narodowi korzyść, odtąd będzie mądrzej, rozsądniej, życzliwiej dla szarego człowieka i szary człowiek będzie ważniejszy od biurka z przepisami. Że obędzie się bez podziału przynależnych łupów, zwyczajowego już rozpoczynania rządów od niszczenia starych i wprowadzania nowych porządków sprawowania władzy.


Marzę: uczciwi ludzie obejmą kluczowe stanowiska, na żadnym z nich nie zaciąży podejrzenie o korupcję, na wieki zamrze traktowanie podległego ministerstwa jako prywatnego folwarku. Lecz niestety: z roku na rok jestem coraz bardziej sceptyczny. Sądzę, że ciągle jeszcze nie potrafimy zdobyć się na ciągłość, długofalowość, zaplanowanie, zrezygnować z obalania sprawdzonych programów ustępującej partii tylko dlatego, że nie są programami partii zwycięskiej. Jesteśmy mistrzami w szybkim zaczynaniu zmian, lecz też mistrzami w prędkiej z nich rezygnacji.


Nasz naczelny już po wyborach prezydenckich i dokonanej z tego tytułu zmianie, był umówiony z jednym z prominentnych ministrów na wywiad. Cała grupa pisarska układała tematy do rozmowy z ministrem, które po uzgodnieniach, zostały mu przesłane. Długo trwało milczenie ministra, aż zupełnie przypadkowo zadzwonił, przeprosił, umówił się z naczelnym na rozmowę u siebie w gabinecie. Po półgodzinnym czekaniu w dyżurce BOR-u i nieudanych próbach połączenia telefonicznego z sekretariatem ministra, nasz szef, czując psychiczny dyskomfort całej tej sytuacji, wrócił do domu. Po kilku dniach minister zatelefonował do Bohdana, sumitował się, przepraszał i zapewniał, że teraz z całą pewnością spotkanie się uda. Szef poprosił aby spotkanie odbyło się z udziałem jednego z naszych pisarzy, którego minister znał osobiście od dawna. Minister się ucieszył i następstwem tej ministerialnej radości, był telefon dyrektora gabinetu ministra do znanego pisarza, a naszego redakcyjnego kolegi, który powiedział, że spotkanie się odbędzie, zaraz po powrocie ministra z Chin na przełomie listopada i grudnia.


I od tego momentu zapadło głuche milczenie. Dziś, kiedy piszę te słowa, upływa 8 dzień grudnia.


W rezultacie miotamy się od wyborów do wyborów i bez przerwy tracimy czas na niepotrzebne marzenia o lepszym jutrze i pytaniem z tyłu głowy – czy my jeszcze jesteśmy komuś potrzebni, czy tylko nam się tak wydaje?


Link do afery.


http://gf24.pl/cena-milczenia-natemat-za-pieniadze-ukrywalo-mobbing-w-narodowym-centrum-kultury/

 

afera 2

reklama portalu córki byłego Prezydenta o Prezesa TK

http://niezalezna.pl/73645-masz-prawo-wiedziec-corki-znanych-ojcow-prezesa-tk-i-bylego-prezydenta-w-jednej-firmie 

http://mamprawowiedziec.pl/

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko