Krzysztof Kwasiżur – Kto szkodzi poecie?

0
220

Krzysztof Kwasiżur


Kto szkodzi poecie?

 

lechon6            Od dłuższego czasu literaci, ludzie sztuki, a nade wszystko poeci obserwują zmniejszającą się frekwencję na spotkaniach poetyckich i około poetyckich.

To trend tak wyraźny, że organizowane są różnorakie spotkania, sympozja na temat jak go zatrzymać, lub – jeszcze lepiej – odwrócić.

Gdyby trafnie zdiagnozować przyczynę tego zjawiska, można by mu przeciwdziałać.  Myślę, że pseudo-filozoficzne farmazony, udające poezję (lub uzurpujące sobie prawo do tego miana) więcej szkodzą tej sztuce, niźli zmiany społeczno-obyczajowe, które posądzane są o źródło tych problemów.

            Słuchacz, bądź innego rodzaju odbiorca, wychodzący ze spotkania poetyckiego zawiedziony, czy zniesmaczony niezrozumiałymi, bełkotliwymi wierszami – nie tylko unikał będzie tego, konkretnego twórcy, na którym się zawiódł, ale i na innych poetów się obrazi!

Ergo – być może nie ma żadnego upadku obyczajów, skutkującego spadkiem zainteresowania czytelniczego? To my, poeci z krwi i kości żeśmy sobie tych odbiorców poobrażali; pozwalając wierszokletom i grafomanom zawłaszczyć, korzystać, a przez to zdefraudować nazwę własną; POETA.

Nazwę, która kiedyś sama w sobie oznaczała człowieka uprawiającego poezję na najwyższym poziomie pozwoliliśmy strącić do poziomu „człowieka, którego hobby, czy pracą jest pisanie wierszy (pomijając ich poziom)”.

Ona kiedyś była gwarancją i synonimem najwyższej jakości usług, teraz oznacza zaledwie styczność z wierszami!

Miast szukać więc przyczyny tak drastycznego spadku zainteresowania wierszami na zewnątrz środowiska pisarskiego – przyczyn trudnych, lub niemożliwych wręcz do wyeliminowania, bo wpływu raczej wielkiego nie mamy na ewolucję społeczną (nikt nie zawróci kijem Wisły), trzeba tych przyczyn szukać wewnątrz samego środowiska – które o swoją elitarność nie dba od dłuższego czasu; pozwalając sobie odbierać bastion, za bastionem bez walki, chyba tylko z lenistwa.

            Kiedy? Jak? Ano tak, że ludzie posiadający mgliste zaledwie pojęcie o pisaniu wierszy i ani krzty talentu po napisaniu odpowiednio dużej liczby utworów wierszowanych nazywają siebie, tytułują, parafują, pieczętują z dumą: „poeta, rysownik, Filip Zkonopii”.

I co? I nic, nikt nie oponuje, nikt się nie przeciwstawia, skoro pan Filip za każdym razem, gdy wręcza tak zredagowaną wizytówkę (a poczynił ich tysiąc – kto bogatemu zabroni) działa na niekorzyść polskiej poezji i prywatnym interesom tychże poetów, którzy muszą coraz mniejsze nakłady drukować.

Czyż nie ma skuteczniejszej antyreklamy poezji niż taka, gdy jeden pisze filozoficzno-akademickie dywagacje, goniąc własnym językiem w piętkę, a drugi udowadnia, że ten pierwszy jest poetą?

Sam bym – choć w zmaganiach z Erato zaprawiony jestem – ochotę na swawolenie z muzą stracił, lub zdurniał wcześniej.

Czym takie postępowanie skutkuje? Wiersze, lub utwory uzurpujące sobie to miano piszą ludzie do tego nie przygotowani i nie przejawiający chęci, by się przygotować. Wiersze przez tych ludzi proponowane odbiorcy zachowują tylko pozory poezji, bo twórca „uczył się poezji” po pozorach.

Produkt finalny tej pozorowanej i naśladowczej pracy też daleki jest od oczekiwań odbiorcy, jego wyobrażeń o poezji, a nade wszystko – daleki od jego życia (zatem produkt taki będzie MAŁO INTERESUJĄCY dla odbiorcy, więc przez nich pomijany przy wyborze).

Nie z przypadku fragment wiersza Andrzeja Bursy brzmi: „ja chciałbym być poetą, może mnie przecież przyjmą…”. Jasno to wskazuje na fakt, że za życia Bursy (1932-1957) decyzja o przyjęciu miana poety przez niego samego nie należała do poety; nie mógł on sobie tej nazwy sam nadać, nie mógł się mianować poetą sam; czekał cierpliwie i pracował na uparcie na chwilę, gdy ktoś władny to uczynić (krytyk, publicysta, teoretyk sztuki, poeta) pierwej go tak nazwał.

Takie zachowanie miało określoną logikę – przypominało to terminowanie zawodu pod okiem mistrza, by wreszcie po latach zostać przyjętym do cechu z mistrzowskimi papierami. Proszę zauważyć, że  samo bycie członkiem cechu szewskiego dla klienta, przynoszącego buty do szewca już było gwarancją, iż jego buty nie zostaną zepsute; było gwarancją wysokiej jakości usług!

Dziś „namaszczenie” autor da sobie sam, oparafuje się i opieczętuje, a szanowni (szanowani?) poeci, zapatrzeni w lusterka („lustereczko, powiedz przecie…”), nie oponują, gdy te parafki robią sobie twórcy, reprezentujący coraz niższy poziom.

Jedyna konkluzja, jaka Szanownych nachodzi po czasie, to taka:

„O! Mamy wśród nas nowego kolegę! Witamy w gronie!”

I chcąc, nie chcąc, przez podanie dłoni na powitanie, zatwierdzają ostatecznie jego pojawienie się na firmamencie podpisując na siebie wyrok…

Odbiorca – czytelnik, słuchacz, klient księgarni – dokonuje wyborów: jaki zbiór wierszy kupić (czy żadnego), na jaki wieczór poezji się wybrać (czy może do kina), ale wyborów tych dokonuje w ramach dostępnej puli.

„Konsument” poezji nie ma prawie żadnego wpływu na ilość imprez około poetyckich, dostępnych w puli imprez, ani prawie żadnego wpływu na poziom tychże, jakie pula udostępnia.

Prawie – bo właściwie jedyne co może (i właśnie robi), to pomóc wolnemu rynkowi w naturalnej selekcji ”kiepskiej oferty” – nie pójść na spotkanie z kiepskim poetą, a wybrać kino, nie kupić tomu podłych wierszy, raczej już w tej samej księgarni sięgnąć po lekturę autobiografii Liroya, która wydaje się temu czytelnikowi łatwiejsza do zrozumienia, może mieć dla niego bardziej wymierne skutki (w postaci zastrzyku nadziei, że los zwykłego człowieka czasem się odmienia na lepsze). I w tym momencie odbiorca literatury wpisuje się w zwykłe, banalne mechanizmy wolnorynkowe:

 „skoro poeci tworzą poezję nieatrakcyjną dla mnie – wybiorę kino!”

My już w tym momencie naszych dywagacji wiemy, że to nie do końca poeci, ale odium spada na całą, poetycką brać.

Kiedy wspomniałem o łatwej do zrozumienia lekturze i wymiernych skutkach z czytania poezji, w postaci zastrzyku nadziei – nasuwa się też pytanie o to, jakie może mieć, bądź powinna mieć poezja bliższa odbiorcy? Czy postawa, preferowana przez niektórych twórców; że poezja jest „sztuką dla sztuki”, jest poprawna, a ponadto, czy jest ona atrakcyjna dla współczesnego odbiorcy, którego świat współczesny, media, reklama uczy i przyzwyczaja, że im towar ma więcej użytecznych funkcji, tym jest atrakcyjniejszy (telefony „wszystko mające”, konta bankowe ROR z funkcją oszczędzania i ubezpieczeniem, itp).

Poezja która nie opowiada żadnej historii, nie wnosi nowych danych do świata wartości, ani świata wiedzy (ba, chociażby samowiedzy!) odbiorcy jest tak samo dla niego atrakcyjna, co stary, rozwalający się mebel, grat, który trzeba tylko wiecznie omijać i się o niego potykać… Poezja, która nie wnosiło życia czytelnika nowych wartości poznawczych, nie pozwala zdobywać nowej wiedzy o świecie, lub sobie – będzie miała dokładnie tylu zwolenników, co krzyżówki bez nagród; dają jedynie satysfakcję z ich ukończenia, przy wykorzystaniu własnej, już posiadanej wiedzy.

            Jaka zatem powinna być poezja, by stać się na powrót atrakcyjna, a co za tym idzie, by znów skupiała rzesze fanów, słuchaczy, czytelników? JAK NAJBARDZIEJ INDYWIDUALNA I ODMIENNA OD poezji innych autorów.

Pomyślmy; czy oferta telefonii komórkowych staje się coraz bardziej podobna do siebie, czy też może coraz bardziej odmienna jedna, od drugiej? Czy głupawe na pozór reklamy nju mobile przypominają choć odrobinę gładkie, eleganckie, profesjonalne reklamy t-mobile, czy energetyczne i „modne” reklamy play?

Że poezja to nie telefonia komórkowa? Czy aby na pewno?

Przecież w obu przypadkach chodzi o jedno: o stworzenie sieci wiernych klientów i sprzedanie się!

Konkluzja mnie nachodzi na koniec, odnośnie pytania postawionego w tytule „kto zatem szkodzi dzisiaj poecie? Kto (lub co) powoduje, że jemu się tak marnie wiedzie?”

Myślę, że on sam, przez grzech zaniedbania (skoro dopuścił do głosu takich, którzy mu reputację zepsuli), przez zadufanie w sobie (skoro dopuścili do siebie myśli, że szacunek i uwaga pospólstwa są im dane raz na zawsze). Skoro odbiorca  literatury się zmienił, już nie wychodzi do niej z otwartymi ramionami, a raczej czeka na nią w papciach w domu i tylko selekcjonuje; tego nie wezmę, tego nie wezmę, to wezmę – to i jej „nadawcy”, literatowi wypadało by się zmienić. Życie stawia przed nim inne zadania, niż pół wieku wcześniej.

Mam nieodparte wrażenie od pewnego czasu, że dziś,  jeśli uprawiasz taką samą (lub podobną) poezję, jak kolega, poezji nie uprawiasz!


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko