Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (25)

0
249

Zdzisław Antolski



MOJE KIELCE LITERACKIE (25)

 

OKOLICA STARSZYCH KOLEGÓW

 

sienkiewicz-kielceStefan Żeromski opuścił Kielce w 1886 r. i wyjechał do Warszawy. W Kielcach spędził na nauce dwanaście lat. W 1924 r. odbył się pierwszy zjazd absolwentów gimnazjum, wówczas im Mikołaja Reya, który później przekształcono na Liceum im. Stefana Żeromskiego. Wśród absolwentów tego gimnazjum albo takich, którzy tylko się przez niego przewinęli, było wielu sławnych pisarzy, żeby wymienić tylko Bolesława Prusa, Adolfa Dygasińskiego, czy Brunona Jasieńskiego. Obrodziło talentami także w międzywojniu: Józef Ozga-Michalski, Jerzy Krzeczowski, Marian Sołtysiak, Wiesław Jażdżyński (autor kultowej w Kielcach powieści „Okolica starszego kolegi”) oraz najważniejszy – Gustaw Herling-Grudziński.

Odnalazłem w swoim archiwum opis ostatniego zjazdu absolwentów tegoż gimnazjum przed wybuchem II wojny światowej, w „Tygodniku Ilustrowanym”  z 1939 r pióra Pawła Szumilasa, jeszcze absolwenta szkoły rosyjskiej.

Myślę, że warto przypomnieć i zacytować tę gawędziarską, pisaną uroczym stylem relację z Kielc, których już nie ma, ale przecież są, gdzieś na dnie duszy każdego kielczanina. Jako absolwent Liceum im. Stefana Żeromskiego czytam te słowa z dodatkowym wzruszeniem.

 

MIASTO JODŁOWEJ PUSZCZY

 

„Wśród gór Świętokrzyskich, już nieco na ich skraju, rozłożyło się miasto Kielce. Stare to, prastare osiedle ludzkie, o którego początku wieść ginie w mrokach dziejowych. Legenda głosi, że piastowicz Mieszko, syn Śmiałego znalazł tu w lasach olbrzymie kły dzika, a wszakci Kielce nie co innego jak właśnie kły dzicze ongiś oznaczały. Są jeszcze i inne podania pochodzeniu nazwy tego osiedla, ale mnie najbardziej to właśnie pochodzenie od srogich kłów do gustu przypada. Przez to miasto przepływa rzeczka Silnicą zwana, o tej rzeczce niesie podanie, że ją święty Wojciech, objawiwszy się temuż piastowiczowi i pragnąc go rzeźwić, pastorałem na murawie wyznaczył. Jak tam z Silnicą było nie wiem, ale to pewna, że przez tyle wieków musiało się tej rzeki wiele niepoświęconych rąk tknąć, bo teraz wonieje na miasto nader nieożywczo i raczej zamroczyć może człowieka, aniżeli orzeźwić.

Czy było tak oczy owak, a Kielce takie jakie są dziś, posiadają dziwny urok. Urok ten nie wypływa, ani z pięknej architektury, której tu, jak na takie stare miasto, jest niewiele, ani z dobrych bruków, bowiem wyłożone „kociemi łbami“ ulice, nie są łatwe do przebycia, ani z kanalizacji, która tu do rzadkości należy, a jako specjalny rarytas przez stręczycieli mieszkań jest wymieniana, ale urok wypływa z jakiejś duszy miasta. Mnie się zdaje, że każde miasto, każda miejscowość ma swoją duszę, to coś nieuchwytnego, co powoduje, że człowiek czuje się dobrze lub źle. Znam miasta piękne, bogate, doskonale urządzone, ze złą duszą, tam człowiek czuje się niepewnie, jest mu jakoś markotno chętnie wyjeżdża. Są inne miasta, które wszystko mają gorsze lecz duszę dobrą, w takich miastach człowiek się chętnie uśmiecha, czy jest mu źle czy dobrze patrzy jakoś pogodnie i chętnie do takiego miasta przyjeżdża. Takie są Kielce.

Mimo, że ludzie mało tu czytają, że bridż jest niesłychanie absorbującem zajęciem, ba, dla niektórych bodaj że jedynem zainteresowaniem, że zaciekłość polityczna drapie pazurami do krwi i mimo wielu, wielu może innych jeszcze rzeczy, Kielce wraz z mieszkańcami miłe są i basta! Bo też czuje się tu, że gdy zajdzie potrzeba, to ci przeciwnicy polityczni, spojrzawszy ku górom i lasom, ręce sobie podadzą i wspierać się będą, a zaciekły bridżista podąży tam, gdzie pomoc nieść trzeba. Jeśliby zaś wróg prawdziwy, obcy najeźdźca ku nam szedł, to wszyscy bez wyjątku wspomną na nazwę miasta i kielce ostre pokażą. Może to góry i pagórki, lasem jodłowym i sosnowym porośnięte, wokoło Kielc rozłożone, swą duszę na miasto kładą, a może dawnych baśni i łowów obrazy odbite gdzieś w dalekich nieba błękitach na to miasto promieniują i pogodą, a odważną beztroską je napełniają. Boć to tu właśnie aż hen ku Łysicy wielkie łowy książęce i biskupie się odbywały. Tu polowali i Gamrat i Zadzik herbu Korab i Prandota, a Zbigniew z Oleśnicy na łowy tu chadzał. Może to oni swą baśń snują dalej poprzez pnie umarłe i młode żywe jodły ku nam ją ślą. Może dlatego, gdy wyjść poza Kielce, człowiek staje się milczący i jakby nadsłuchujący — może muzyki rogu myśliwskiego czeka?

Do Kielc wraca się zawsze chętnie, kto raz był w tem mieście, przyjedzie znów z pewnością. Cóż dopiero mówić o tych, którzy tu do szkoły chodzili, każdy chętnie do wspomnień tych wraca i ku Kielcom dąży. To nietylko wspomnienie młodości, to coś innego, to właśnie ta dusza zaszczepiona uczniakom i rozrosła w męskiej piersi.

O czasach szkoły średniej mówi się zawsze z tęsknem westchnieniem i wspomina się te czasy, jako najmilsze w życiu. Urok tego okresu życia tkwi w tem, że było się wtedy dzieckiem i wyrostkiem, nic innego; ja przynajmniej rad jestem, że do szkoły średniej nie wrócę już nigdy, ale cóż i ów pierwiosnkowy okres życia nie wróci też. Szkoła była nieznośna, jak każde gimnazjum rosyjskie w Polsce, ale koledzy byli przecudni. Nie przypominam sobie z mojego okresu, ani jednego wypadku niesolidarności koleżeńskiej, ani jednej skargi przed władzami na kolegę, nawet Rosjanie trzymali się dobrze i do koleżeńskiej poczuwali się solidarności, jakkolwiek stosunki nasze poza ra- my poprawnej koleżeńskości rzadko wychodziły. Stosunki w Kielcach łagodziło to, że było tu wyjątkowo dużo nauczycieli Polaków, u których wielu pod rosyjskim mundurem polskie biło serce. Niejeden z nich ratował ucznia w opresji, to też wdzięczne wspomnienie uczniowie o nich w sercach zachowali. O tych innych nie pamiętamy, niech tam ich Bóg sądzi, bo pewno już wszyscy pomarli.

Tej garści dobrych wspomnień, a przedewszystkiem temu wysokiemu kultowi koleżeństwa należy przypisać, że założone w 1925 r. Koło Kielczan żyje i zbliża do się; coraz to więcej kolegów, że zaś do koła tego należą nietylko weterani szkoły rosyjskiej, ale i młodsze pokolenia już ze szkoły polskiej, więc koło nietylko nie powinno umrzeć, lecz przeciwnie rokować mu należy jak najlepszą przyszłość. Nas tylko wychowanych w rygorze zaborcy z każdym rokiem ubywa.

W dniu 6-ym września r. b. odbył się zjazd wychowańców szkół kieleckich. Trzeci to zjazd od roku 1924. Miło jest na takim zjeździe spotkać starych druhów z tamtych dawnych czasów, szczególniej miło, gdy się widzi, że nie bardzo się zestarzeli i gdy się wzajem od razu poznają. Spotkałem takiego jednego, którego czasu ławy szkolnej nie widziałem, nie zmienił się, jedynie wąsiska nosi, antiquo modo, jak sum, ale czupryna jak była dobra tak została i nie posiwiała, a oczy zawsze uczciwe.

Przegwarzyliśmy cały dzień i kawał nocy.

Wspomnienia cisną się jedne przez drugie: wizja gimnazjum z dzwonkiem w zewnętrznej szczytowej północnej ścianie. wstrętny ten dzwonek i wstrętną spełniał funkcję. O godzinie 8 1/2 rano dzwonił na znak, czas do szkoły, a znów wieczorem w różnych porach roku o różnych godzinach dawał znak swem donośnem dzwonieniem, że od tej chwili niewolno chodzić po mieście, należy wracać do domu i tam oddawać się nauce. Po tym dzwonku niebezpiecznie było zostawać na mieście, wielogodzinna ,,koza” w niedzielę pewna. Mimo to chodziło się nieraz o bardzo spóźnionej porze, niosąc pod pachą na miejsce wskazane niedozwolone polskie książki. Bądźmy uczciwi — nie zawsze te późne wędrówki wywołane były k zbożnemi celami. Różnie bywało.

W kozie siadywało się nietylko w niedzielę, ale i w dnie powszednie po lekcjach bezpośrednio po przestępstwie, bywały też wyroki z odroczeniem wykonania, a więc za przestępstwo popełnione, dajmy na to, w poniedziałek, siadywało się w jakiś inny dzień tygodnia lub w niedzielę. Był taki kolega, który przed maturą miał siedzieć w kozie, powodu jednak egzaminów kara ta została zawieszona i w czasie tego zawieszenia skończył szkołę. Chłopak był solidny, a ponieważ zawieszenie wykonania kary było uczynione na jego prośbę i obiecał że swoje odsiedzi, więc zgłosił się po maturze uczciwie do kozy. Nie pamiętam, ale zdaje się, że odsiedział. Coś bardzo rozpisałem się o tej kozie, czyżby to było moje najsilniejsze wspomnienie?

Gimnazjum urządzało parę razy do roku wycieczki na Karczówkę. Były to oficjalne wycieczki i nazywały się urzędowo „progułki”. Szeregowano nas jak wojsko, na czele szła orkiestra i cały ten pochód ruszał aleją Karczowską w stronę góry. Czasem dawano nam jakieś długie kije, które miały symbolizować karabiny, te kije nieśliśmy na ramionach. Obok nas szli sapiąc i dysząc nauczyciele.

Bywał tam z nami też i dyrektor, nie pamiętam czy szedł, czy jechał. Na Karczówce rozkładano się obozem, dostawaliśmy herbatę i bułki, oraz jakieś ciastka miały się tam odbywać zabawy. Zabaw tych nic a nic nie pamiętam, gdyż przy pierwszej sposobności uciekałem wraz z kilkoma kolegami w las. Bardzo tam honorowano nauczycieli a szczególniej dyrektora. Podnoszono ich w górę, wydawano okrzyki ,,hura“ i miało to być bardzo wesołe i miłe. Czy można się dziwić, że widząc wzniesionego w górę dyrektora nie podobna było oprzeć się chęci, aby w obfite dyrektorskie pośladki nie wbić szpilki i to możliwie wielokrotnie? Idąc na taką ,,progułkę“ brało się zawsze szpilki w dostatecznej ilości.

W owe czasy mieszkał na Karczówce ksiądz Kolumbin (za prawidłowość pisowni nie ręczę), był to zdziwaczały staruszek, mający podobno moc pieniędzy, co miało się ujawnić po jego śmierci (umarł już podczas wojny, albo na krótko przed wojną), gdy jak mówią znaleziono znaczniejsze ilości złotych monet, bodaj że w fotelu. Ten staruszek nie lubił uczniów, podejrzewając, że zakradają się do jego sadu i porywają owoce. Podejrzenie było niesłuszne, bo wśród nas nie były takie rzeczy praktykowane. Że tam nieraz jakiegoś figla uczniowie staremu spłatali to prawda, ale też nikt na najmniejszą gościnę liczyć tam nie mógł.

Dziwnie wyglądał ten zgrzybiały ksiądz, wychodzący z murów klasztornych i schodzący z pięknej lesistej góry — jakieś prastare wspomnienie, z gór szedł ku ludziom jakiś duch milczący, skąpy w słowach i czynie, o niewiadomej myśli. Las i słońce krasi wszystko, a Karczówka jest śliczna — ileż tam tematów malarskich i jak niewyzyskanych!

O Kielcach, Kieleckiem i o szkołach pisać można dużo, ale to nie jest mojem zadaniem, piszą o tem inni, więcej ode mnie wiedzący.

Kto się temi rzeczami interesuje, temu polecam wydawnictwo Koła Kielczan, p. t. Pamiętnik Koła Kielczan, którego tom V-ty ukazał się świeżo w druku.Pamiętnik ten zawiera wiele cennych bardzo ciekawych prac, z któremi naprawdę warto się zapoznać. Ja jednak, feljetonista i poszukiwacz anegdoty, wybieram z tej książki właśnie dwie opowieści o charakterze anegdoty, opowiadał mi je już dawniej kolega L. C., a obecnie ogłosił drukiem:

„W kancelarji gimnazjalnej, na starej, ceratą obitej kanapie, siedzi trzech łotrów: Jewgienij Fłorowicz Stefanowicz, Nikanor Iwanowicz Bielawskij i Foma Siemionowicz Orłowskij, recte Tomasz Orłowski, wychowaniec politechniki lwowskiej. Wchodzi nauczyciel Polak. „Pomóżcie Stanisławie Ignatjewiczu — mówi Foma Orłowskij, — nie wiemy, jak przetłumaczyć na polski „krugom durak“. — ,,U nas takich niet” — spokojnie odrzekł Stanisław Ignatjewicz.

Jedna z pierwszych lekcyj języka polskiego w nowym roku szkolnym w klasie czwartej. Profesor W. K. poczyna dyktować gramatykę polską po rosyjsku. ,,Panie profesorze, dlaczego w przeszłym roku gramatyka była po polsku, a teraz po rosyjsku?” Profesor W. K. „O…! kanalja Jabłoński! A żonę masz? A dzieci masz? A widzisz! A ja mam“.

Takie to w owe czasy prowadzono rozmowy. Co się zaś z uczniami działo, to już nieraz było opisywane — przeszło, przepadło i raz już djabli wzięli te wszystkie historje, łamanie sobie obcą mową języka od wstępnej klasy, zdawanie matury, po przejściu całego gimnazjum w kraju, w jakichś Jełatimach czy innych dziurach, tylko dlatego, że się miało czwórkę ze sprawowania. Znane to rzeczy i dobrze już opisane.

Mówiąc o Kielcach i o gimnazjum nie podobna nie mówić o Stefanie Żeromskim, tym największym koledze. Nie byłem kolegą Żeromskiego, byłem o wiele lat później w gimnazjum, ale nie bierzcie mi za złe tego wywyższania się, bo wszak to szczęście wielkie duma wielka, że się do tej samej szkoły chodziło i że gdyby go na jakimś zjeździe zobaczyć jeszcze było można, to mógłbym do niego nieśmiało powiedzieć „kolego”. Chodźmy za myślą jego w góry ku Łysicy, do kapliczki leśnej, tam gdzie na murze jeszcze dziś widnieje napis: „Stefan Żeromski uczeń klasy drugiej”, przejdźmy przez grzbiet łysogórski od Świętego Krzyża do Łysicy, przejdźmy tą drogą, jedną chyba z najcudniejszych, spójrzmy przez rozchylone gałęzie jodeł na zaczarowane krajobrazy, idźmy przez zwały kamienne, które niewiadome moce w potędze ułożyły, ku krzyżowi na szczycie Łysicy stojącemu idźmy i przeczytawszy napis na krzyżu: „Nieśmiertelnemu Królowi Wieków  Jezusowi Chrystusowi cześć i chwałę głosi puszcza jodłowa”, zapuśćmy wzrok nasz w głąb leśnych mroków puszczy jodłowej i, patrząc w nią, modlitewnie powtórzmy słowa Stefana Żeromskiego: „puszcza królewska, książęca, biskupia, świętokrzyska, chłopska ma zostać na wieki wieków, jako las nietykalny, siedlisko bożyszcz starych, po którem święty jeleń chodzi, jako ucieczka anachoretów, wielki oddech ziemi i pieśń wieczności!

Puszcza jest niczyja, nie moja, ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!“

Zamało mówi się o Żeromskim w Kole Kielczan, za mało w Kielcach. Jest w puszczy jodłowej głaz ku czci jego pamięci, ale w Kielcach niema nic, coby o nim mówiło. Uczniowie gimnazjum Mikołaja Reya (ten sam gmach, w którym było gimnazjum rosyjskie) zainicjowali wmurowanie w swej szkole tablicy pamiątkowej Żeromskiemu.

Niema już Stefana Żeromskiego i nie będzie tu nigdy, lecz poszum orlich jego skrzydeł słychać u nas wciąż”.

 

Paweł Szumilas  „Tygodnik Illustrowany” (1939 r.  nr 42 s. 795-796). Zachowano oryginalną pisownię.

 

*

W tym samym numerze Tygodnika Ilustrowanego znalazłem artykuł Artura Śliwińskiego „Na przełomie dwóch epok”. Artur Śliwiński, wybitny polityk i publicysta okresu międzywojennego, zmarł w Warszawie w dniu 16 stycznia 1953 roku, a więc dokładnie w tym dniu, w którym ja się urodziłem. Oto fragmencik jego wizjonerskiego artykułu.

„Przyszłość świata wyłaniającego się z chaosu dni naszych, stoi pod znakiem zapytania. Cała cywilizacja współczesna podlega gwałtownym wstrząśnieniom. Doniosłym zmianom gospodarczym,, społecznym i politycznym towarzyszą równie wielkie zmiany w życiu duchowem ludzkości. Załamują się podstawy naszej egzystencji materialnej. Jednocześnie kruszą się pewniki, podtrzymujące wiarę w dalszy postęp i rozwój współczesnej kultury. (…) Podobnie zachodziło niegdyś słońce cywilizacji antycznej nad imperium rzymskiem. Dzisiejszy kryzys światowy w wielu swych przejawach przypomina kryzys, poprzedzający zagładę państwa rzymskiego. (…)

Koniec czeka i naszą epokę.”

Przetoczyło się koło czasu i te prorocze słowa Śliwińskiego wydają się niepokojąco aktualne i dzisiaj. Wszyscy to czujemy, kończy się pewna epoka, ale nikt nie wie, co wydarzy się jutro?

 

Zdzisław Antolski

.

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko