Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
133

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe


Kaczy żer


zaduchMarta Szarejko znalazła dla swojej książki tytuł genialny. Tak, „Zaduch” to najlepsze, najbardziej pasujące słowo do szesnastu reportaży, zwierzeń młodych ludzi, którzy zjechali do wielkich polskich miast z prowincji. Głębokiej prowincji, wsi, małych miasteczek. Ten zaduch, o którym mówią jakby z wahaniem, czasami z wyraźną odrazą ciągnie się za nimi jak przekleństwo. Bo mieli gorzej, bo mieli mniej szans, bo znacznie ciężej niż ich rówieśnicy z Warszawy, Krakowa, Wrocławia, musieli pracować na swój sukces. Nie zawsze chodzi o pieniądze. Znacznie ważniejsze jest to, co wynieśli, a może czego nie wynieśli z domu. Gdzieś nie było żadnej książki, u kogo innego jedyną rozrywką był telewizor, u kolejnego kompletny brak wsparcia, raczej odwrotnie, ciągnięcie w dół, do tej straszliwie niskiej średniej. Ktoś miał kłopoty z poprawna polszczyzną, ktoś inny z otwarciem się na seks, na ludzi, na rozmowę. Nie chcieli być głupsi od otoczenia, a często mieli takie odczucie.


Nie chcą wracać. Nikt z nich. Najchętniej zapomnieliby o całym „minionym” świecie. O dzieciństwie, szkole podstawowej, średniej. Uciekali do „lepszego” świata trochę intuicyjnie, często na przekór rodzicom. Odnajdywali się w tym „lepszym” z trudem. Kończyli studia albo wybijali się na przykład w sporcie. Często byli samotni. Wśród ludzi, ale samotni. Chłopak numer jeden, chłopak numer dwa, chłopak numer trzy… Nie wychodziło. Wejście do rodziny profesorskiej… Bałaganiarze. Zdumienie. Obcy świat. Jak poznać rodziny? Albo jedzenie. Było mięso, mięso, mięso. Nagle lazanie, jakieś sery, oliwki. Nic do siebie nie pasuje.

Co ich łączy? Czy jest jakaś wspólna cecha? Ciężka praca, parcie do przodu, chęć bycia tam, gdzie w ich odczuciu mają swoje miejsce. Jakaś niezwykła determinacja. Chyba znacznie większa niż u tych „wielko-miastowych”.

Któryś jest gejem. Nie, nie, nikt nie wie. Nikt z rodziny. Może się domyślają. Trudno im powiedzieć. W mieście, myślę, też trudno. Więc to nie to… Nie ta sfera życia.

„Mam pięć lat i nie znoszę smrodu gospodarstwa.

[…] Mam osiem lat i pomagam mamie w chlewie. Smród gospodarstwa jest charakterystyczny, ale czujesz go tylko wtedy, kiedy w nim nie tkwisz.

Mam dwadzieścia lat. Jak przyjeżdżam do domu i mama akurat jest w oborze, to wychodzi, żeby się ze mną przywitać. Nie chce, żebym ja wchodził do obory…”.

Albo marzenia o angielskim..„Mam dziesięć lat. Do mojej wsi przyjeżdża nauczyciel z miasta. Na lekcje prywatne. Tato daje mi pieniądze, idę. Okazuje się, że oprócz mnie jest tylko dwoje innych dzieci. Nauczyciel szybko kalkuluje, że nie bardzo mu się to opłaca. I więcej się nie pojawia.”

Mieszkanie, dom, marzenia. Nie mają gdzie wrócić. Przecież nie do swoich miasteczek, nie do rodziców. Ci z miasta nie musza się wynosić od „starych”. Wynoszą się, bo chcą. Inaczej, wszystko inaczej…

Wzorce? Stryj, który uwierzył, a był jedynym w rodzinie wykształconym. Ale raczej brak. Jak uwierzyć w szkołę aktorską, talent… Do czego odnieść? Do jednego przedstawienia widzianego podczas szkolnej wycieczki na żywo?

Mają marzenia. A może trzeźwo oceniają sytuację. Ścieżka kariery. Do przodu, do przodu, do przodu. Wcisnąć nogę między drzwi, zahaczyć się, pokazać, być lepszym od innych, nie dać się wyrzucić. Niektórym się udaje, w którymś momencie mogą odrzucić pierwszą propozycję, potem kolejną i jeszcze następną. Weszli na odpowiedni pułap.

A ten od MMA? Krzysztof. Nie był dobry w nauce. Lubił się bić. Lubił wysiłek. Już jest wysoko, nie tylko na polskie standardy. Zapomniał o budowie i o braku odzywek. Jest silny – nie tylko siłą mięśni. Wie, że może osiągnąć sukces.

Rzadko wracają do korzeni, chyba nie bardzo nawet o tym lubią mówić. Chcieliby mieć inne dzieciństwo. Rodzice? Oni się czują źle tam, skąd wyszli. Rodzice u nich też niezbyt dobrze. Jak to połączyć? Chyba się nie da. Za trudno.

Szarejko zrobiła coś innego niż robią socjologowie badający problemy adaptacyjne migrujących ze wsi do miast. Pozwoliła się swoim rozmówcom otworzyć. Mam wrażenie, że nie ma w nich krzyku. To spokój. Spokój, w którym grzęzną. Są trochę jak emigranci. Niby posługują się tym samym językiem, już go poznali, ale wciąż się boją, że strzelą gafę, że mogą się ośmieszyć, że nie przystają do murów, ulic, kawiarni. Są u siebie i jednocześnie nie są. Tak, ich dzieci nie będą już miały żadnych problemów, będą u siebie. A oni… Też będą.  To nie jest proces na całe życie. Otorbią się, obrosną nowym… Ale z tyłu głowy wciąż będzie inny świat.

Któraś z dziewczyn, Dominika, mówi, że może wszystko nadgonić.

„Nigdy nie jeździłam na nartach? Trudno, nauczę się. Nie pływałam? Co za problem! Nie znam się na polityce, ekonomii, gospodarce? Wszystko jest do nadrobienia.

No i coraz rzadziej czuję to podstępne zażenowanie.”

I zaraz, w następnym akapicie:

„Jaka szkoda, że to nieprawda. […] Resztę zmyśliłam: wyjazdy do rodziny, spływy kajakowe, prace społeczne, mój brak wstydu. Nie tak łatwo pozbyć się kompleksów”.

Czasami myślę, że strasznie mało wiemy o tych, którzy ocierają się o nas na ulicach. Mają twarze, z których trudno wyciągnąć cokolwiek.. Są nasi i nie nasi. A może ta obcość, niewidoczna przecież na zewnątrz jest w nich? Może to zaduch? Może wietrzenie wciąż trwa?

 

Marta Szarejko – Zaduch. Reportaże o obcości, PWN, Warszawa 2015, str. 184.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko