Katarzyna Wójcik – „Buntownik bez powodu”

0
231

Katarzyna Wójcik

 


Buntownik bez powodu”

 

marek-hlasko-wilkOdnalezieniu nieznanych tekstów nieżyjących już pisarzy towarzyszy zawsze mnóstwo emocji, dyskusji, domysłów, ocen i teorii. Że może autor nie chciał tego publikować, może uznał za nieudane, może po prostu zajął się czymś innym i nie miał czasu wracać do tego co kiedyś zaczął, a w ogóle czy to się godzi, naruszać ugruntowany wizerunek znanego pisarza. Ale „Wilk” – debiutancka i nieznana dotąd powieść Marka Hłaski – został wydany i nie ma co roztrząsać tego wątku. Dobrze się stało.

 

Ta powieść to unikat, rarytas przede wszystkim dla tych, którzy lubią zagłębiać się w proces twórczy pisarza, badać jego drogę i ewolucję warsztatu. To wspaniałe studium poszukiwania przez autora swojego stylu, sposobu na dialog z czytelnikiem i drogi do sukcesu literackiego. Oto mamy debiutancką powieść człowieka, którego późniejsze utwory do dziś są bardzo popularne, nie tylko zresztą w Polsce. Czy wobec tego „Wilka” należy rozpatrywać horyzontalnie, przez pryzmat późniejszej twórczości autora, czy też wertykalnie, skupiając się na strukturze tej jednej powieści? Czy od debiutującego dwudziestolatka można wymagać dojrzałości w pisaniu? Niewątpliwie, treść tej książki przesiąknięta jest swego rodzaju chłopięcą naiwnością, jakąś pisarską czystością i niewinnością. Brak w charakterach postaci skomplikowanych rysów psychologicznych, treść pozbawiona jest wyrafinowanych zabiegów stylistycznych, zapętleń czasowych i zawiłych form. Odbiorcę potraktował autor jak równego sobie, o czym świadczy kilkukrotnie użyty zwrot bezpośredni w postaci zaimka „my”. Wyraźnie zanzacza się w powieści nawiązanie do twórczości pozytywistów, zwłaszcza Stefana Żeromskiego i jego „szklanych domów”. Warstwę językową można podzielić na dwie części: pierwszą, będącą „językiem ulicy”, pełną wulgaryzmów i wyrażeń charakterystycznych dla tej warstwy społecznej przedwojennej Warszawy, i drugą – kontrastującą z tą pierwszą i cechującą się zupełnie niehłaskowymi opisami:

 

Wieczór w nockę przechodził niepostrzeżenie, gwiazdy zerkały z wysoka, a od Wisły nawiewał rześki, pachnący wodorostami wiaterek. Mętna, zwykle żółtawobrudna woda była teraz piękna jak na obrazie, księżyc srebrzył się łuskowato, przepluskiwał drobniutkimi falami w wodzie wyjaśnionej i czystej, przy brzegach chwiały się ukośne cienie wiklin, a w zaroślach na drugim brzegu popłakiwały cienko i trzepotały skrzydłami nocne ptaki. Rysiek stał chwilę urzeczony olejnością tego obrazu i ciszą osiadłą wokół: mroczną, głęboką, aż szumiącą.”

 

To powieść, która poniekąd ma swoje odbicie w innym wydanym po śmierci autora utworze, w „Sonacie marymonckiej”. Ten sam bohater, ten sam Marymont jako miejsce akcji – albo nie ten sam, bo w „Sonacie” powojenny, w „Wilku” natomiast jeszcze przed. „Sonaty” jednak Hłasko nie ukończył. Dorastający Rysiek z „Wilka” jest „czystą kartą”, która zapisuje się w miarę upływu fabuły. Jego moralność jest wyraźnie zaznaczona; poczucie dobra i sprawiedliwości – początkowo oparte na micie amerykańskiego bohatera z westernów, Kenie Maynardzie, później na jakimś wewnętrznym poczuciu uczciwości i praworządności. Są u Hłaski wątki nieodparcie kojarzące się z umoralniającymi opowieściami Edmondo de Amicisa: przez pierwszą połowę książki Rysiek za wszelką cenę pragnie zdobyć buty – nie dla siebie (choć sam też nie ma), a dla umierającego na gruźlicę kolegi, który przed śmiercią marzy o tym, żeby zobaczyć owe „jasne” domy na Żoliborzu.

 

Straszną rzeczą jest stracić dobre marzenia. Obcięte skrzydła – nie, chyba jeszcze gorzej. Bo przecież nigdy jeszcze się nie pofrunęło nawet, więc nawet nie ma żadnych dobrych wspomnień, a bez dobrych marzeń i wspomnień – czyż może być nadzieja?”

 

Zadziwia siła moralna Ryśka, która sprawia, że nawet za cenę potępienia ze strony kolegów ujmuje się on za słabszymi. Zadziwia walka o to, żeby ktoś go zauważył, zainteresował się jego istnieniem. Zadziwia wreszcie determinacja, z jaką Rysiek dąży do odkrycia recepty na polepszenie warunków bytu, mimo że środowisko marymonckiego lumpenproletariatu, w którym toczy się powieść, nie daje bohaterowi perspektyw na jakkolwiek rozumiane, lepsze życie. Nie ustaje on jednak w poszukiwaniu swojego miejsca, miota się od zwątpienia do optymizmu i z powrotem, poszukuje wspólnoty z ludźmi, którzy choć przez chwilę dadzą mu przynajmniej substytut szczęścia (chociaż należy zadać pytanie: czym to szczęście dla niego właściwie jest?). Te poszukiwania, wiodące poprzez złodziejską profesję i „legalną” pracę, polegającą na przepędzaniu ulicznych gazeciarzy, którzy wykrzykując nagłówki artykułów i sprzedając gazety „z ręki” odbierali zarobek handlującym w budkach, zaprowadziły go w objęcia komunizmu. Ale i komunizm okazał się złudny, przyniósł tylko rozpacz i kolejne rozczarowanie.

 

Dziwną filozofię niekiedy wkłada Hłasko w tok myślenia Ryśka. Zawołanie „hej, człowieku…!”, które bohater słyszy na dworcu, rzucone w kierunku nędznego tragarza przez zamożnego mężczyznę, zostaje przezeń odebrane jako obelga skierowana w stronę owego lumpenproletariackiego światku. Rozważa przez kilkanaście stron jego słuszność i poprawność, a te jego rozmyślania przybierają pozór wewnętrznej niezgody na życie w tym środowisku, w którym się wychował i z którego chwilami chciałby się wyrwać. Nic jednak nie robi w tym kierunku, pozostaje bierny i trwa nadal w minimum egzystencjalnym – porzuca naukę w szkole, a czas spędza na wałęsaniu się po marymonckich ulicach albo bezczynnym siedzeniu w domu. Brakuje mu samozaparcia; momentami chciałoby się go kopnąć i powiedzieć żeby wziął się w garść. Po chwili przychodzi jednak refleksja: od kogo niby miałby czerpać chęć samodoskonalenia, skoro wszyscy na Marymoncie zapadli się zupełnie w zwątpienie, a jedyni którzy mogliby dokonać jakiegoś przełomu (nauczyciel w szkole albo ksiądz) mają ich wszystkich, tych marymonckich nędzarzy, zwyczajnie w nosie.

 

Trudno jednoznacznie powiedzieć czy to powieść udana. Na pewno wymaga dopracowania i porządnej redakcji ze strony autora. Na to nie ma co liczyć – dostrzec w niej jednak trzeba błysk talentu młodego Hłaski. Niewątpliwie, odróżnia się ta książka od jego późniejszych powieści i opowiadań, niemniej jednak jest fascynującą lekturą – także pod względem topograficznym, czy raczej varsavianistycznym.

 

 

Marek Hłasko, Wilk, Iskry 2015.


· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · R E K L A M A · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

{loadposition reklama_art}


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko