Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (19)

0
250

Zdzisław Antolski



MOJE KIELCE LITERACKIE (19) 

CIEMNA STRONA ULICY

 

sienkiewicz-kielce      Ewa mieszkała w bloku po drugiej, ciemnej stronie mojej ulicy, nazwanej imieniem jakiegoś niemieckiego komunisty. Podobnie jak ja, przy rodzicach. Osiedle było nowe, gierkowskie, tylko beton, z małymi wysepkami starych sadów. Rosły w nich zdziczałe, karłowate jabłonie, rodzące małe pomarszczone owoce. Budowlańcy nie zdążyli jeszcze ich wyciąć albo rozjechać buldożerami, aby potem zalać oczyszczony teren asfaltem. A takich placów bez śladu zieleni było na naszym osiedlu coraz więcej.

      Oboje pisaliśmy wiersze. Poznaliśmy się na zebraniu Klubu Młodych Pisarzy. Ewa skończyła Politechnikę, pracowała w jakimś przedsiębiorstwie przy komputerach. Wówczas to była zupełnie nowa dziedzina. Często opowiadała mi, jakie możliwości kryją się w tym epokowym wynalazku. Ale kochała przede wszystkim muzykę i literaturę. Miała ogromną płytotekę, która wypełniała cały segment meblowy zakrywając ścianę w jej pokoju. Zaś na drugiej, przeciwległej ścianie, stały równo ułożone książki.

      Siedzieliśmy obok siebie na żółtej wersalce, a przed nami stał mały stolik z popielniczką. Zawsze obok leżała paczka marlboro, filiżanki kawy, butelka koniaku, jakieś czekoladowe ciasteczka albo słone paluszki w szklance. Dwie świece. Słuchaliśmy głównie ballad Okudżawy i Wysockiego, czasem piosenek Edith Piaf albo Ewy Demarczyk.

      Czasy sprzyjały naszemu odosobnieniu od świata. Był stan wojenny, zawieszono większość imprez, aktorzy bojkotowali telewizję. Emigracja wewnętrzna – mawiano. Byłem przygnębiony. Właśnie czekałem na rozwód z moją pierwszą żoną. Musiałem wrócić do mieszkania rodziców – przegrany, zawiedziony wobec siebie i życia. Nie mogłem znaleźć żadnej pracy. Szarość i beznadzieja. Żadnych perspektyw.

      Zachodziłem czasem do kawiarni w piwnicy teatralnej. Lubiłem napić się piwa w towarzystwie miejscowych aktorów albo plastyków. A wieczory spędzałem u Ewy. Oboje byliśmy nastawieni antyreżimowo, wymienialiśmy się podziemnymi gazetkami. Przekazywaliśmy sobie wiadomości usłyszane od znajomych albo z nasłuchów Radia Wolna Europa.

      Paliliśmy strasznie dużo papierosów. Okno było uchylone nawet w największe mrozy, żeby dało się oddychać. Co pewien czas Ewa zbierała niedopałki do foliowego woreczka. Szczelnie go zawiązywała, a potem wynosiła do kosza w łazience. Jej rodzice nie palili, a szczególnie nie cierpieli smrodu z niedopałków. Dyskretni, nie zaglądali nigdy do pokoju córki. Chociaż prości, pochodzili ze wsi, byli bardzo mili, spokojni, serdeczni. Kilka razy rozmawiałem z nimi, kiedy Ewy nie zastałem w domu.

      Przychodziłem do niej prawie co wieczór. Cieszyła się z moich wizyt, choć zachowywała pewien dystans. Bowiem Ewa była pesymistką, otwarcie głosiła, że życie nie ma sensu. Wobec tego świadomie w nic nie angażowała się całym sercem, żeby potem nie przeżywać rozczarowania. Opowiadała mi, że na studiach miała chłopaka. Tworzyli takie już nawet niby-narzeczeństwo. Spali ze sobą, ale nic z tego nie wyszło. Po jakimś czasie rzucił ją, znalazł sobie inną. Musiało to być dla niej bolesne, widziałem ten skurcz mięśni twarzy, jakby miała się zaraz rozpłakać. Jednak nadrabiała miną, że nic się nie stało, ot taka studencka znajomość, chwilowa fascynacja. Nigdy przecież nie przykładała do niej większej wagi.

      Paliły się świece. Ewa wyjmowała z meblościanki koniak gruziński (nieźle podobno zarabiała przy tych komputerach, poza tym lubiła tylko dobry alkohol). Czytaliśmy głośno swoje nowe wiersze, dyskutowaliśmy. Wspólnie zastanawialiśmy się, co trzeba w nich poprawić, jakich słów lub metafor użyć.

      Rozmawialiśmy też często o samobójstwie poetki Rzalskiej, jej imienniczki. Była to tragiczna postać. Mieszkała niedaleko, w jednym z bloków naszego osiedla. Przeprowadziła się tu do swojego kochanka, wielkiej miłości.  Porzucając męża i córeczkę, ładny dom drewniany na przedmieściu.

      O poetce Rzalskiej wszyscy miejscowi artyści ciągle pamiętali, choć od jej śmierci minęło już kilka lat. W jednym klubie miała wieczór autorski, w innym piła wódkę, w kolejnym znów bywała na kawie z młodszym od siebie facetem. Kochała się w nim do szaleństwa, aż do samobójczej śmierci, kiedy jej ukochany znalazł sobie młodsza dziewczynę. Dawni koledzy i znajomi Rzalskiej opowiadali w Klubie Dziennikarza albo w kawiarence teatralnej „Dziurka”, jaka to była wspaniała kobieta. Miała wielki talent, uznany w Warszawie, pisała oprócz wierszy także słuchowiska radiowe, sztuki teatralne. Była bardzo towarzyska, lubiła dyskusje klubowe i potańcówki. Zawsze pełna życia. Zabiła się z miłości.

      Byliśmy młodzi. Wspólne wieczory, alkohol, atmosfera domowa, wszystko to sprawiło, że nasze stosunki stawały się coraz bardziej intymne. Zostałem u niej na noc. Raz i drugi. Kochaliśmy się, ale rzadko, Ewa nie chciała, żeby jej rodzice coś słyszeli, krępowała się ich obecnością za ścianą, wstydziła. Chodziliśmy więc czasami na noc do mieszkania jej starszej siostry, która mieszkała w sąsiedztwie.

Jednak tu wyłonił się pewien problem, mianowicie Ewa oświadczyła, że ona nic nie czuje. Żadnej przyjemności ani satysfakcji. W ogóle ją to nie bawi, a robi to tylko dla mnie. Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że ja tak chcę, potrzebuję.

      – Dla mnie seks mógłby nie istnieć – powiedziała Oczywiście, nie podobało mi się to. Kochać się z dziewczyną, która w ogóle nie reaguje, a patrzy ci przez ramię na budzik, to ciężka próba dla faceta. Nawet jeśli nigdy nie odmawiała, to jednak wyczuwało się rodzaj poświęcenia, jakby łaski. Namawiałem ją na leczenie, wizytę u psychologa, ale nie chciała się zgodzić. – Przecież jestem zdrowa – twierdziła. – Mogę mieć dzieci.

      Zastanawiałem się, czy jej oziębłość wynika może z wiejskiego przekonania, że kobieta powinna tylko rodzić dzieci, a chłop niech robi swoje w nocy? Czy może zraziła się do facetów, bo jej pierwszy chłopak traktował ją instrumentalnie, aby zaspokoić swoje potrzeby seksualne? Wszelkie próby nawiązania na te tematy rozmowy kończyły się dąsami, brakiem odpowiedzi albo łzami.

      Wydawało mi się, że jest to także symptom ogólnej postawy Ewy, jakiegoś wycofywania się z życia. Nadmiernego dystansu wobec ludzi. Ale im bardziej odsuwała się od rzeczywistości, tym bardziej ja stawałem się dla niej niezbędnym dodatkiem. Musiałem wysłuchiwać jej żalów oraz pretensji wobec świata. Odgrywałem rolę piorunochronu, zaworu bezpieczeństwa, ale przez to sam gorzkniałem. Dopadała mnie depresja. Stawało się to dla mnie męczące.

      Poznałem wówczas paczkę młodych ludzi, dziewcząt i chłopców, którzy lubili zabawę, wycieczki za miasto, beztroskę, głupie żarty. Z jedną z dziewczyn zacząłem sypiać. Wiedziałem, że mnie pragnie. Przynajmniej normalnie reagowała w łóżku, co było dla mnie powodem do wewnętrznej satysfakcji.

U Ewy w domu byłem jeszcze kilka razy, już bez czułości, co jej było chyba na rękę. Jednak nie umiałem udawać, że dobrze się u niej czuję. W istocie myślałem tylko o tym, żeby wyjść jak najszybciej. Następną wizytę odkładałem tak długo w czasie, jak to było możliwe. Minęło kilka miesięcy. Ewa nie dzwoniła, nie wpadała do mnie, chociaż wystarczyło przejść przez ulicę. Uznałem, że nasza znajomość umarła śmiercią naturalną.

      Na jednym ze zlotów literackich poznałem córkę poetki Ewy Rzalskiej. Piękna, blond włosa dziewczyna. Ale sama wierszy nie pisała i nie lubiła poezji. Miała wprawdzie dużo podziwu oraz szacunku dla talentu literackiego swojej matki. Ale również głęboko chowany żal, że zostawiła ją, dziecko wówczas, dla kochanka, przez zdrady którego, popełniła później samobójstwo. Córka nie rozumiała szaleńczej namiętności swojej matki, poetki Rzalskiej.

      Wtedy Ewa znów pojawiła się w moim życiu, ale w jakże dziwnej roli. Kiedy wracałem wieczorem do domu, stała przed klatką schodową w płaszczu z kapturem. Próbowałem do niej zagadać. Jednak wtedy odwracała się na pięcie i odchodziła szybkim krokiem.

      Siedziałem z kolegami, w dobranej kompanii, w kawiarence „Dziurka” przy piwie, opowiadaliśmy sobie dowcipy. Nie wiadomo skąd, przy sąsiednim stoliku siadała Ewa, ubrana na czarno, z miną cierpiętnicy albo jakiegoś Anioła Zemsty. To samo spotkało mnie kilka razy w Klubie Dziennikarza. Znajomi przy stoliku patrzyli na mnie podejrzliwie. Czułem się zażenowany. Próbowałem się z Ewą przywitać, ale odwracała głowę. Udawała, że mnie nie widzi i nie słyszy. Przestałem więc bywać w kawiarniach. Nie chodziłem nawet na zebrania Klubu Literackiego. Czułem się śledzony.

      Potem i to się skończyło. Zacząłem pracować, ożeniłem się. Wyprowadziłem się z gierkowskiego osiedla, rodziców odwiedzałem tylko przy okazji. Zaczęła się nowa era, kapitalizm, wolna Polska. Znajomi namówili mnie na udział w polityce, bo czerwoni znów sięgali po władzę. Zapomniałem o wszystkim w ferworze przygotowań do wyborów, zebrań, plakatów, ulotek wyborczych. Nikt mi nie powiedział, że Ewa zmarła, zaraz po wydaniu swojego debiutanckiego tomiku.

      Kiedy dowiedziałem się o tym smutnym wydarzeniu, kilka lat po fakcie, poczułem wyrzuty sumienia. Przyczyną śmierci Ewy była bardzo złośliwa odmiana raka. A przecież oboje paliliśmy tak dużo papierosów. Dlaczego ona, a nie ja? Może nasze rozstanie spowodowało u niej stres, który był przyczyną choroby? Nigdy tego się nie dowiem.

      Ulicę, przy której mieszkała kiedyś Ewa, w związku ze zmianami ustrojowymi, przemianowano, z imienia jakiegoś niemieckiego komunisty, na ulicę poetki Rzalskiej. Myślę, że Ewie to by się podobało.


SZARY I INNI

 

      Już po tym koszmarnym wypadku, kiedy samochód Wojtka rąbnął w przydrożne drzewo i po jego pogrzebie przypomniałem sobie jak mówił mi przy ostatnim naszym spotkaniu:

      – Ja to już nie powinienem żyć, wszyscy moi kumple z podwórka już umarli.

      A przecież miał piękną, gospodarną żonę i trzech dorodnych dorastających synów, „budrysów”, jak ich nazywał. Prowadził jakiś warsztat samochodowy, całkiem dobrze mu się żyło. Skąd u niego ten jakiś pierwiastek samobójczy.

      Rzeczywiście, wszyscy kumple z jego podwórka, a znałem ich kilku, mieli wielką słabość do alkoholu. Widywałem ich od czasu do czasu, widziałem jak w miarę upływu lat stają się coraz bardziej zmarnowani, w obskurnych ubraniach, wychudzeni, wyniszczeni przez alkohol, żebrzący o parę złotych. Brudni, nieogoleni, cuchnący wódką albo jakimiś wynalazkami.

      Po lekcjach Wojtek z Andrzejem zabrali mnie na piwo do sklepiku Łapy. Niedaleko naszej szkoły naprzeciwko gmachu Wojewódzkiego Domu Kultury, gdzie przed wojną mieli swoją siedzibę piłsudczycy, mieściła się mała klitka z ladą, za którą na półkach leżały jakieś stare, zwietrzałe i niejadalne ciastka i cukierki. Wokół ścian stały beczki z piwem, na których przesiadywali spragnieni klienci. Właściciel i ekspedient, mężczyzna, niezbyt wysoki i szczupły miał zamiast lewej dłoni protezę w czarnej rękawiczce i stąd wzięło się jego pieszczotliwe przezwisko „Łapa”. W sklepiku pomagała mu w porach wzmożonego ruchu żona i dziadek, jeszcze żwawy jak na swój wiek. Łapa w chwilach dobrego humoru sugerował, że jego inwalidztwo ma pochodzenie patriotyczne i jest chlubną pamiątką po walkach w oddziale Szarego. Na takie dictum wszyscy obecni zapadali w pełne szacunku milczenie. Szary był zakazany przez peerelowską cenzurę, ponieważ zalazł komunistom za skórę rozbijając już po wojnie więzienie na Zamkowej, gdzie ubecy katowali Akowców. Może dlatego jego sława rosła a co drugi bywalec kieleckich knajp po odpowiedniej dawce alkoholu przechwalał się, że „walczył” w jego oddziale.

      Kilkanaście metrów dalej w stronę parku był bar „Krakowski”, gdzie również było piwo beczkowe i można było coś zjeść, ale duże tafle szyb stwarzały ryzyko, że nauczyciele dostrzegą cię przy stoliku swoim sokolim okiem. Raz mi się to przydarzyło i po wymówkach ojca raczej unikałem tego przybytku. Po drugiej stronie ulicy na niewielkim wzgórku była drewniana szopa a przed nią stoliki pod parasolami. Było to słynne „Wzgórze Apaczów” upamiętnione później w piosenkach Liroya i innych kieleckich raperów.

      Po przejściu parku można było zajrzeć do baru Planty, nad Silnicą, ale tłok tam był wielki. Tylko jesienią lubiliśmy tam posiedzieć w melancholijnym nastroju, kiedy liście jesionów wpadały nam do kufli. Bliźniaczy bar w muszli koncertowej znajdował się w pobliżu ogródka Jordanowskiegp, gdzie bawiły się gromadki dzieci. Stamtąd można było udać się do jeszcze jednego baru „U Żyda”, który prowadził postawny mężczyzna o bliskowschodniej urodzie. Stamtąd już niedaleko było do Rynku i baru „Łysogórskiego”. A potem ulicą Bodzentyńską maszerowałem do domu obok mordowni „Łysica”, skąd na murku kiwali się pijacy, jakby modląc się do nieznanego Boga, bo siedzieli tyłem do świątyni, a tuż obok kościoła pod wezwaniem św. Wojciecha była jeszcze budka z kiełbaskami z rożna i oczywiście z piwem do popicia. Zimą piwo było ogrzewane, a sprzedawca wystawiał na blacie sól w kieliszku, którą klienci sypali do piwa, aby nie przeziębić sobie gardeł. Omijaliśmy tylko knajpy „Jodłową” i „Świętokrzyską” bo były za drogie i mogli nas nie wpuścić ze względu na gówniarski wygląd. Rzadko zaglądaliśmy do innej mordowni o hucznej nazwie „Europa” mieszczącej się w bramie starej kamienicy. Ta knajpa słynna była z tego, ze wpadali do niej na jednego muzycy z filharmonii we frakach i pod muszką, czym kontrastowali z codzienną klientelą tego przybytku, która raczej nie ubierała się nazbyt wykwintnie.

      Zimą bywaliśmy na wagarach w krytej pływalni, gdzie w małym bufecie podawano herbatę, do której dolewaliśmy bimbru, jaki Andrzej podbierał swojemu ojcu, zapalonemu myśliwemu, miłośnikowi tego trunku, nabywanemu przez niego w okolicznych wsiach podczas polowań.

      Ten szlak piwny przemierzaliśmy przed maturą we czterech – ja, Wojtek, Andrzej i Bruner. Najbardziej przyjaźniłem się z Wojtkiem, który podobnie jak ja próbował pisać. Ja pisałem wiersze, a Wojtek opowiadania, jedno z nich opublikował mu nawet tygodnik harcerski „Na przełaj”, gdzie była rubryka Klub Młodych Autorów. Potem próbowałem swoich sił w piśmie „Radar” i tam dopiero udało mi się umieścić wiersz pt. „Lato”. Był to wesoły, pogodny utwór, choć ja sam przeżywałem wówczas młodzieńczą depresję. Ciężko aklimatyzowałem się w mieście po dzieciństwie spędzonym na wsi. Doskwierała mi samotność, potrzebowałem przyjaźni, czyjejś bliskości, sam nie miałem rodzeństwa, ani żadnych przyjaciół na swoim osiedlu, gdzie niedawno się przeprowadziliśmy i dlatego często bywałem u Wojtka w domu. Słuchaliśmy płyt i gadaliśmy o życiu, dziewczynach i naszej przyszłości. Oglądaliśmy rodzinne fotografie.

      Potem nasze drogi w sposób naturalny zaczęły się rozchodzić. Jeszcze podarowałem mój debiutancki zbiorek wierszy wydany w 1978 r. i nasz kontakt urwał się na długie lata. Był stan wojenny, okrągły stół i ustawianie się w życiu w nowej Polsce. Kto by wówczas myślał o dawnych licealnych latach.

      Ale jak już wszystko ucichło Wojtek zorganizował spotkanie naszej paczki u siebie w domu. Przyszliśmy z żonami, a jakże, ja (poeta i wydawca), Andrzej (właściciel salonu samochodowego), Bruner (wysokie stanowisko w firmie), drugi Andrzej (znany już przedsiębiorca). Było dużo wspomnień, smaczne jedzenie i wódka. Wojtek miał dwóch dorodnych synów, jego żona chwaliła się domowymi wyrobami kuchennymi.

      Już  wolnej Polsce nagle w Kielcach pojawił się słynny partyzant – Szary. Chodziłem na uroczystości w każdą rocznicę rozbicia więzienia. Chociaż Szary już nie był młody, a jego poglądy polityczne nie pasowały do nowoczesnych pojęć.

      Kilka lat potem dowiedziałem się o śmierci Wojtka i jego pogrzebie. Niestety, nie mogłem na nim być obecny – tego samego dnia był pogrzeb mojej matki.

 

Zdzisław Antolski



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko