Sławomir Majewski – Wśród drzew i kamieni wspomnień

0
281

Sławomir Majewski

WŚRÓD DRZEW I KAMIENI WSPOMNIEŃ

 

bek bBardzo chciał zapalić a że wszyscy się zgodzili więc zapalił, wrzucił zapałkę do śmietniczki i spytał czy może otworzyć okno. Też się zgodzili. Zgodny ludek, pomyślał ironicznie. Usłyszał pisk hamulców, pociąg zaczął zwalniać i zatrzymał się na stacyjce skrytej w cieniu topoli i brzóz. Kobieta w beżowych spodniach z krempliny unosząc potężny zad wygląda przez okno.

– A co to za pipidówa? Olszynów? Co za Olszynów? Boże, każdą wiochę zamiata! Będziemy się tak wlekli do usranej śmierci!

 Siada patrząc dezaprobatą na wszystkich a na niego ze złością

– A panu to nie żal zdrowia? Takie palenie to pewny rak, rozedma, no i grozi panu impotencja. Uśmiecha się jadowicie. A może nie grozi, może już się zaczęła?

– Impotencja? Droga pani, palę od czterdziestu lat a lufę mam jak czołg Rudy, odpowiedział wywołując huragan śmiechu. Dupiasta spurpurowiała.

– No wie pan? Co za chamstwo!

Wstała i wyszła.

– Dobrześ jej pan przygadał! Pochwalił Wąsaty.

– Ale może niepotrzebnie tak ostro, zatroskała się babina z debilną wnuczką.

– Pani, gdyby ona tak do mnie, to bym ją zjechał jak łysą kobyłę a ten pan tylko dowcipem rzucił, ha ha!

Debilka wciskając pod pachę babci oślinioną, gruszkowatą łepetynkę zawtórowała Wąsatemu indyczym gulgotem. Pociąg szarpnął, zazgrzytał, ruszył. Wypłynęli z cienia topoli i brzózek, wpływając w bezmiar rzepakowych pól. Poczuł senność więc zgasił papierosa, obdarzył uśmiechem siedzących, przymknął oczy i usnął.

 

Kiedy miał skończyć dwadzieścia dziewięć lat upił się do nieprzytomności z przerażenia, że niebawem stuknie mu trzydziestka. Rano miał kaca a kiedy go zapijał maślanką zmieszaną z wódą przypomniał sobie pewien dzień w podstawówce. Nauczycielce od prac ręcznych która pozwalała mu palić w swojej obecności powiedział że kiedy skończy czterdzieści lat to się powiesi.

– Bo jaki sens ma życie czterdziestce? Nie ma żadnego sensu, proszę panią.

Wtedy myślał że ma rację. Dlaczego tak myślał, nie ma pojęcia. A kiedy skończył czterdzieści pięć lat pożałował że już nie ma piętnastu, dwudziestu dziewięciu a choćby i czterdziestu. Ostatnio solidnie się rypnął. Porobiły mu się zakola, wyrwali mu kilka trzonowców, nie stawał mu tak często jak kiedyś, bolały go kolana i szumiało we łbie a w dodatku nie mógł już chlać tyle co zawsze i od pewnego czasu każdy kac był dla niego drogą przez mękę. Teraz śni mu się że jedzie pociągiem a jakaś dupiasta baba pieprzy o szkodliwości palenia i o impotencji. Obudził się, dupiasta siedziała na swoim miejscu czytając magazyn dla pań, Wąsaty gryzł jajko na twardo sowicie posypane solą i pieprzem. Staruszki z wnuczką nie było. Musiały wysiąść kiedy spał.

Za oknami przesuwa się pełen kąkolu pejzaż nad którym polatują gawrony.

– Cudowna żeromszczyzna, pomyślał i zobaczył swoje mieszkanie pełne książek i tapczan z wymiętoszoną czarną pościelą w której tyle razy z Gabryśką… Odeszła z tym brodaczem z Grinpisów, do którego czule sepleniła Cesiek. A parę dni temu zadzwoniła z Neapolu jego siostra, że ten hotel w którym miała pracować to nie żaden hotel tylko regularny burdel i że wszyscy Italiańcy to alfonsi.

– No ale nic, jutro jadę do Rzymu z taką jedną Mariettą z Głogowa. Mamy nagraną robotę w dużej kawiarni przy piazza di-coś-tam.

– Tylko uważaj na siebie mała, poprosił.

– Uważam, uważam. No dobra, mów co u ciebie.

– Wypieprzyli mnie z redakcji więc jestem bezrobotny. Nic mała, odezwę się za parę dni, ciao! Bezceremonialnie przerwał połączenie. Co będzie truć dziewczynie głowę, mało ma swoich zmartwień? Z redakcji go wypieprzyli bo nie chciał podpisać lojalki. Naczelny rozglądając się nerwowo jak surykatka szeptał

– Stary, ty weź i zrozum, naciskają na mnie z Wydziału Propagandy KaWu. Albo ty albo ja. Zrozum do kurwy nędzy, ja mam rodzinę na utrzymaniu, co ja zrobię jak i mnie wypieprzą? Ja ciebie bardzo proszę: ty weź i nie rżnij bohatera, co ty, kurwa, Wałęsa jesteś? No weź i mi powiedz z łaski swojej z czego ty będziesz żyć chojraku jak oni cię wpiszą na czarną listę? Jankowski podzieli się z tobą urobkiem z tacy w świętej Brygidzie? Podpisz im ten gówniany świstek i pierdol ich, stary.

– Sam się pierdol, stary! Powiedział a wtedy Naczelny z westchnieniem podsunął mu wypowiedzenie. Podpisał, strzelili sobie po koniaczku, zadzwonili do takiej jednej z Domu Kultury Marynarza w Nowym Porcie i umówili się u niej w domu. Chlali do białego świtu, zgodnie obrzucając komunistów chujami. Nad ranem wrócił do siebie na chwiejnych nogach, dopił resztkę wódki którą miał w lodówce, zapił octem ze słoika z ogórkami Kartuskimi.

– No to jestem na bruku, powiedział do fikusa. Na bruku ale w dobrym towarzystwie. Stasio, Tadek, Krystyna, Jarek, Alina. I co teraz? A nic teraz, wezmę i na jakiś czas wyjadę.

Wziął i wyjechał.

 

 

Stoi przy oknie paląc papierosa, cieszy się, że lato tego roku jest wyjątkowo piękne. Cichutko zarecytował kapuścianym polom

 

(A lato było piękne tego roku)

I tak śpiewali: Ach, to nic,

że tak bolały rany,

bo jakże słodko teraz iść

na te niebiańskie polany

 

Na te niebiańskie polany… Ładnie. Bardzo patriotycznie. Ładnie. Ostatnia długa jesień i niekończąca się zima dały mu w kość. Prawie wpadł w depresję. Boże mój, tyle miesięcy szarzyzny! No ale było, minęło. Usłyszał szum fal, poczuł zapach jodu i olejków do opalania i wspomniał płynące z blaszanych głośników Nie płacz, kiedy odjadę Marino Mariniego. Miał jakieś dziewięć, dziesięć lat i przez szpary w ścianie przebieralni podglądał rozbierające się kobiety. Dostał za to kopa w tyłek od ratownika i wylądował gębą w piasku. Nie płacz, kiedy odjadę… Dlaczego teraz to słyszy? A dlaczego przypomniała mu się Gabryśka? Skąd miał wiedzieć? Nie wiedział. Gabryśka po domu zawsze chodziła nago. Marguerite w Paryżu też. On rzadko kiedy chodził goły przy kobietach. Głupio mu było tak chodzić i dyndać kutasem. Kobieta to co innego, kobiety są ładne. Nie to, co faceci. No jak tak chodzić z kutasem i dyndać? Beznadzieja, pomyślał i znowu zobaczył Gabryśkę jak się pieprzy z tym swoim Ceśkiem. Wyobraził to sobie jak pornograficzny film. A niech się pieprzy na zdrowie, w końcu po to ją ma. A kiedyś, jak leciał z jednym kolesiem do Katmandu, to ich samolocik wpadł w dziurę powietrzną i mały włos a rąbnęliby na ostre jak brzytwy himalajskie granie. Zanucił Po grani, po grani, po grani… Jejzu, a co mnie ten Kaczmarski? Mogliśmy zginąć. Mogliśmy spaść i pies z kulawą nogą by nas nie znalazł. Takie góry! Po grani, po grani, po grani…

Popatrzył na odrapany cyferblat kieszonkowego Atlantica, wspomnienie po dziadku. Dziewiętnaście godzin? No i co się dziwić że się człowiekowi ze zmęczenia kanarki pieprzą na mózgu? Powinienem chyba kupić flaszkę, bo nie wypada żeby tak z pustą ręką… Co ja gadam, do starego bimbrownika z wódką? Ze Zbyniem znali się od ilu? Od dwudziestu trzech, pięciu… No, coś koło tego. Mój Ty Boże, prawie dwadzieścia pięć lat…

– Mogę prosić ognia? Pytała chuda dziewczynina w porozciąganym swetrze i połatanych dżinsach. Wyjął zapalniczkę, przypalił jej wykruszonego „Popularnego”. Pazurki wymalowane a łapy brudne jak u świni. Westchnął z politowaniem.

– Pan daleko?

– Na sam koniec.

– O, ja też. A pan miejscowy?

– Nie, mieszkam nad morzem, w Gdyni.

Dlaczego powiedział jej że w Gdyni a nie w Gdańsku? A dlaczego miał mówić? Kogo obchodzi gdzie mieszka, co robi, z kim żyje? W ogóle, kogo on obchodzi? Ucieszyła się szczerze.

– W Gdyni? Ale numer! A ja w Sopocie. Fajne spotkanie, co nie?

Uśmiechnął się do wspomnień z różnych takich fajnych spotkań. Mordownia we Wrocławiu i tamten pijany kmiot z Oliwy błyszczący finką w jego stronę. Kto wie do czego by doszło, gdyby nie dwaj tajniacy zaczajeni na opozycję przy bufecie. A ten gość w Kołobrzegu? Zgadali się przy piwie i wyszło na to, że facet służył z jego bratem w wojsku. Pokazał wymiętoszone ząbkowane na brzegach zdjęcie. Tak, to na pewno był jego brat. W mundurach TOPL stali z jakimiś szesnastkami z OHP. O, a tamta dziwka w Chełmie Lubelskim? Też była z Trójmiasta. Suka obrała go z forsy, miłosiernie zostawiając trzydzieści złotych na powrotny. Nie chciała wyczyścić ziomka do zera a do forsy gratisem dołożyła rzeżączkę, którą wyleczył dziękując Bogu że nie sprezentowała mu syfa.

– Rzeczywiście fajnie, przytaknął.

Dziewczyna zapetowała w brudnej jak sagan aluminiowej popielnicy i uśmiechając się nieśmiało odeszła na bocianich nogach prezentując ładny tyłeczek. Rozparł łokcie w otwartym oknie, wiaterek owiewa mu twarz. Tak… Więc jakiś czas posiedzi sobie u kumpla który mieszka w drewnianej chacie pod starożytnymi sosnami. Kumpel pasa kózki i owieczki, pędzi bimberek, pisze wiersze i struga sfrasowane świątki, w przerwach ruchając turystki. Fajnie będzie, myśli. Zbyszek pisze wierszyki, ja prozę więc będziemy mieli o czym pić. Fajnie będzie.

Usłyszał pisk hamulców, pociąg zaczął zwalniać zatrzymując się na stacyjce skrytej w cienistym lesie osik i brzostów.

– Koniec trasy, wysiadać!

 

Wysiadł z mandżurami zarzuconymi na oba ramiona, po torach przeszedł na peron gdzie astmatycznie sapie tamten pociąg, który dowiezie go prawie na miejsce. Prawie na miejsce a dalej? A ten kawałek drogi podjedzie jakąś okazją i fertig. No a jak nie będzie żadnej okazji? No to się przespaceruję dla zdrowia wykrztuszając z płuc miejskie spaliny i nikotynę. Co to jest osiem kilometrów dla takiego chłopa? Nic nie jest. Dwie godzinki spacerowym krokiem, wielkie mi co! No, chyba żeby go noc zastała to wtedy kanał, bo jak: przez las po ciemku? A to przeczekam na dworcu czy gdzie, może w jakiejś knajpie czy gdzie albo co. Nie ma się co martwić na zapas, moja szklanka zawsze jest do połowy pełna.

 

Noce były zimne a poranki lodowate. O Boże ty mój kochany, co to za frajda to noszenie chrustu, rąbanie pniaków na szczapy. A to układanie ich w kominku i piecu kuchennym na kulkach z gazet i wysuszonego mchu? Noż bajka!

Stawali z blaszanymi kubasami bimbru albo wina z dzikiej róży, malin, jeżyn, głogu i owoców tarki czekając chwili, gdy niewielkie izby wypełni ciepło i odurzający zapach żywicy. Patrząc w ogień myśleli z poczuciem ulgi że nareszcie o niczym nie myślą.

Siadali i waląc kubkami o drewniany, nieheblowany stół skandowali

 

– Ach, to nic, że tak bolały rany…

– Bo jakże słodko teraz pić…

– Ten bimber niebiańsko polany!

– A jesień jakże piękna tego roku…

 

Bywało, że po chwili dumnej zadumy, bez nadmiernego patosu deklamowali

– Nad nami noc. Goreją gwiazdy…

– Dławiący, trupi nieba fiolet…

– Zostanie po nas złom żelazny

– I głuchy…

– Drwiący…

– Śmiech…

– Pokoleń!

– Mistrz Borowski.

– Tadeusz Borowski, mon princ.

– A juści panocku, Tadeus mu dali.

 

O polityce ani słowa. Choć i owszem, czasem poeta wypytał prozaika o prozaiczne życie tam, gdzie wprawdzie nie rosną poziomki ale za to dnia na dzień rośnie nienawiść. I pytał, czy ta chuda Kaśka która sprzedawała w mięsnym na Garbary jeszcze taka chuda.

– Jak była chuda, tak jest chuda ale cycki ma większe niż za twoich czasów.

– A więc to tak?

– Ano tak, przyjacielu.

Pogwarki kończyli złośliwym

– A pamiętasz Wembley?

Pamiętali Wembley, po Grunwaldzkiej wiktorii najbardziej nieśmiertelną chwałę polskiego narodu.

 

Jednego poranka znużony kacem wszedł do parowu nad rwący strumień. Zasiadł na białym otoczaku podobnym do słoniowego łba. Przyjaźnie poklepał kamień

– Cześć Jumbo! zapalił papierosa a potem powolutku z manierki pił bimber myśląc o paprociach, trzeszczeniu gałęzi i że tak tu cicho o świcie i o Nataszy z kadr z którą pili kartkową wódkę. Pili a potem chodzili do łóżka bez wstępnych ceregieli i późniejszych zobowiązań. Miała dwuletnią córeczkę u pasa a mąż na Antypodach łowił kergulenę czy coś.

Przypomniał mu się Karol na słynnej zasadzie

– A ciekawe, gdzie jest teraz Karol?

Zobaczył końską twarz w okularach z grubymi szkłami, w jednej z tych niezliczonych chwil w których Karol wychylał stopkę za stopką w Literackiej. Szybciutko przeanalizował jego pisanie, że ogólnie niby dobre ale jakieś takie… takie jakieś… żeromskie czy jak? Więc i o Żeromskim pomyślał sekundkę i o Gombrowiczu z tym jego Ferdydurke a w pewnej chwili o paniach nagich a bezwstydnie sprośnych. Ot tak, bo lubił świnki. O, na przykład ta z galerii w Sopocie. Ha! sznur korali i szpilki na metr a poza tym nic, tylko czysty koncentrat seksu. Paliła papierosa za papierosem, jak smok chlała wódkę z coca-colą albo gin z tonikiem i bez przerwy chciała się kochać. Boska była w wyuzdaniu swoim. Owszem, wszystko było bosko dopóki nie zwiedział się jej mąż i nie obił mu mordy na Monciaku. C’est la vie, coś za coś, pomyślał i wrócił do Karola.

Więc Karol tuż przed Stanem Wojennym wyjechał do Rajchu a potem do RPA. Nie, nie do Rajchu. Najpierw do Austrii, do tego swojego geja z Wiednia, tłumacza z polskiego na ichnie. I tam go zastała jaruzelsko-polska wajna! Karolek spakował czemadan i ruszył w świat spokojny, świat wesoły. Niewiele chłopina potrafił. A najwięcej nie chciało mu się potrafić. O Johannesburgu słyszałem. Tosiek pisał, że obrażony na świat wziął i ruszył gdzieś w step szeroki. Rodezja, Namibia czy jakoś tak. Ta… Popieprzone to wszystko… Nawet po rusku nie szprechał a tu naraz masz, Afryka! I niby w jakim narzeczu on tam gadał z Murzynami? A teraz podobno Nju Jork. I co on w tym Nju Jorku robi? Żebrze? Jak Kosiński pieprzy starawe acz dziane kobity? Ta… Hemingway to on nie jest ale kto wie, może mu bida z nędzą na tyle wygarbują skórę na dupie mózgu, że małe co-nieco zmądrzeje? E, wątpię.

Wrzucił niedopałek do strumyka, patrząc jak płynie z nurtem i znika za mrocznym zakolem pod rosochatymi jodłami o czarno-szafirowych igłach. (…)

 

(fragment opowiadania ze zbioru Podręczny Zestaw Deja Vu)


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko