Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (17)

0
57

Zdzisław Antolski



MOJE KIELCE LITERACKIE (17) 

DEDYKACJA OD BIERUTA

 

sienkiewicz-kielceMąż pani Tekli zginął podczas okupacji rozstrzelany przez hitlerowców w zbiorowej egzekucji na kieleckim Stadionie. Był to wybudowany przed wojną szereg obiektów sportowych, bieżni, torów wyścigowych, basenów i kortów tenisowych, leżących w lesie lub na jego obrzeżach. Duma ówczesnego wojewody Dziadosza, legionowego oficera, który do Kielc zapraszał często marszałka Piłsudskiego, a potem generała Sosnkowskiego i marszałka Rydza Śmigłego. W czasie okupacji miejsce straceń.

Od tego dramatycznego momentu w swoim życiu pani Tekla nie wyszła drugi raz za mąż, choć miała podobno wielu adoratorów. Sama twierdziła, że lubi mężczyzn i spotykała się z wieloma, ale kochała tylko jednego – swojego męża.

Trudno było wątpić w jej sukcesy towarzyskie i powodzenie u płci odmiennej, gdyż zachowała ślady dawnej urody. Potrafiła się atrakcyjnie ubierać oraz znaleźć wśród ludzi. Męża opłakiwała niemal codziennie. Miewała kolegów, jak ich sama nazywała, opisując ich może nazbyt szczerze i wylewnie oraz z detalami anatomicznymi, jednak były to tylko przygodne znajomości i romanse. Jej mąż był przed wojną nauczycielem w małej wiosce, miał poglądy wybitnie lewicowe, żeby nie powiedzieć komunistyczne. W związku z tym nie był kochany przez oświatowe władze sanacyjne i kilkakrotnie zmieniał miejsce zamieszkania, co było efektem szykan i represji. Pani Tekla pochodziła z wielodzietnej, bardzo biednej rodziny, ale była żądna wiedzy, a przy okazji zakochała się z wzajemnością w nauczycielu, co uważała za wskazówkę od losu, że powinna się dalej kształcić. W czasie wojny należała do komunistycznej partyzantki, była łączniczka i wielokrotnie dała wyraz swojej odwadze i determinacji.

Po wojnie weszła w skład nowej władzy i budowała Polskę Ludową. Kielce, przed wojną miasto biskupie i legionowe, stało się zatem miastem ludowej partyzantki spod znaku Mieczysława Moczara i Józefa Sobiesiaka, dowódcy sowieckiego oddziału zrzutków o wdzięcznej nazwie „Brygada Grunwald”. Natomiast całkowicie wyklęty i skazany na zapomnienie, był „Szary” Heda, wybitny dowódca akowski, który zaraz po wojnie rozbił więzienie UB na ulicy Zamkowej i wypuścił trzymanych tam akowców, byłych ziemian i podejrzanych inteligentów.

– Jednak komuś to przeszkadzało, moja działalność w budowaniu zrębów – skarżyła się pani Tekla. – Wydali na mnie wyrok śmierci, londyńska reakcja, podziemie, klechy, eneszetowcy czy inni pogrobowcy sanacji.

W tym czasie, zaraz po wojnie, pani Tekla zajmowała piękny dom, willę na przedmieściu, z której władza ludowa wykurzyła przedwojennego przedsiębiorcę, kapitalistę i krwiopijcę. Była samotna, a więc postanowiła przyjąć na stancję młode uczennice. Wieczorami w willi pani Tekli odbywały się huczne libacje, obficie zakrapiane alkoholem, z udziałem towarzyszy z Komitetu i Urzędu Bezpieczeństwie, oczywiście w towarzystwie tychże uczennic. Wiele z nich wyszło za mąż za późniejszych dygnitarzy, którzy wówczas byli młodymi pryszczatymi chłopakami z zapadłych wsi, szybko awansowali społecznie i mieli duże braki w ogładzie towarzyskiej. Dziewczyny mieszkające na stancji były bardzo wdzięczne pani Tekli za opiekę i pokierowanie w życiu, pisały do niej rzewne listy i zapraszały ją na chrzciny, śluby i inne uroczystości rodzinne i jubileusze. A tak przy okazji, dzięki wieczorkom tanecznym, jakie pani Tekla urządzała w swojej willi na przedmieściu, mogła wiele załatwić w partii, w bezpieczeństwie, bo wszędzie miała bliskich znajomych, którzy by jej nieba przychylili, żeby tylko nie byli ateistami. Zazwyczaj w pierwszym pokoleniu.

Dziewczęta radziły się także w sprawach zdrowotnych. Na przykład – opowiadała pani Tekla – pewna jej podopieczna nie mogła zajść w ciążę. Jej mąż, wysoko postawiony urzędnik, dygnitarz partyjny ze stolicy, człowiek z awansu społecznego, groził rozwodem, a poniżając swoją rzekomo bezpłodną małżonkę, posuwał się nawet do rękoczynów. Pani Tekla zaprosiła nieszczęśliwą kobietę do siebie na leczenie. Zaaranżowała przyjęcie towarzyskie, a na wieczór zaprosiła także młodego kawalera, swojego znajomego, zabójczo przystojnego, który tylko z grubsza kolorem włosów i posturą przypominał dygnitarza ze stolicy pragnącego mieć potomstwo, ale był o dwadzieścia lat młodszy.

– Po smacznej kolacji i po degustacji piołunówki, zostawiłam młodych w moim mieszkaniu, a sama poszłam nocować u koleżanki – relacjonowała rozradowana pani Tekla. – Reszty dokonała sama natura. Po dziewięciu miesiącach dygnitarz cieszył się dzieckiem, chłopczykiem, synem, dziedzicem nazwiska i majątku. Później wyrósł z niego wspaniały młodzieniec, łudząco podobny do ojca, chyba przez zapatrzenie – śmiała się serdecznie pani Tekla. – A ojciec, naturalnie ten ślubny, nie posiadał się ze szczęścia, nie wiedział jak mi się odwdzięczyć za leczenie jego bezpłodnej żony. Oczywiście o rozwodzie już nie było mowy. Małżeństwo zostało uratowane. Również matka była szczęśliwa i jest mi dozgonnie wdzięczna, o czym kilka razy mogłam się przekonać.

– Nazwiska nie podam, bo to człowiek z pierwszych stron gazet – śmiała się pani Tekla. – A najważniejsza w życiu jest dyskrecja. Zaraz po pieniądzach – dodała po chwili.

Pani Tekla była z zamiłowania zielarką i nauczyła swoje uczennice jak korzystać z różnych wywarów roślinnych w celach leczniczych. Sama zdradzała nam w towarzystwie niezawodny przepis, jak można w noc poślubną ukryć przed mężem, że dziewczyna nie jest dziewicą. Otóż potrzebne do tego były różne zioła z dodatkiem cytryny, a także pijawki, które miały rano zostawić ślady krwi na pościeli.

Ubocznym efektem zainteresowań zielarskich pani Tekli była przyrządzana przez nią własnoręcznie nalewka, doskonała piołunówka, bez której nie wyobrażała sobie życia. Zawsze miała spory zasób tego trunku w mieszkaniu, a kiedy wybierała się na miasto, do urzędu czy do redakcji, nigdy nie zapomniała zabrać ze sobą do dużej torby podręcznej gustownej piersióweczki po koniaku, napełnionej wybornym trunkiem, który doskonale pomagał w załatwianiu trudnych spraw. A pani Tekla czuła była na ludzkie nieszczęścia i, mimo że już na emeryturze, pomagała ludziom w kłopotach, a to w załatwieniu lokalu, a to przy uzyskaniu renty, czy znalezieniu miejsca w sanatorium dla chorego.

Przed wojną pani Tekla jako młodziutka dziewczyna była guwernantką w Warszawie u pewnej hrabiny. Dostała tę posadę dzięki protekcji księdza ze swojej wiejskiej rodzinnej parafii, ale duchownych nie cierpiała. Podobnie jak ziemian i sanacyjnych urzędników oraz oficerów. Dlatego, że dobrze jedli i świetnie żyli, podczas kiedy na wsi panował głód i potworna bieda. W mieszkaniu warszawskim hrabiny, pełnym wspaniałych mebli i drogich obrazów, pani Tekla widziała rozpustne życie arystokratki, która miała mnóstwo kochanków, wśród których byli podobno i amanci filmowi, Żabczyński i Bodo oraz pułkownik Wieniawa-Długoszowski. Pani Tekla podpatrywała figle miłosne hrabiny i dzięki temu mogliśmy posiąść unikalną wiedzę, jakie pozycje miłosne lubił najbardziej sławny birbant – Wieniawa.

Ale i lewicowych działaczy ludowych, których poprzez męża poznała osobiście, również często postrzegała tylko poprzez pryzmat seksu, bo kiedy opowiadała o swoim pobycie w jednym ze sławnych przedwojennych Uniwersytetów Ludowych, skupiała się głównie na tym, że żona założyciela tejże instytucji bardzo była łasa na młodych chłopaków ze wsi, tęgich parobczaków, których chętnie zatrudniała do pomocy przy pracach domowych w kuchni, spiżarni i na strychu, gdzie wieszanie pościeli bardzo się przedłużało. Oczywiście pod nieobecność męża, który w tym czasie, jak łatwo się domyślić, uganiał się za hożymi wiejskimi dziewojami.

Spotykaliśmy się u pani Tekli w jej małym, skromnym mieszkanku w bloku, pośród bujnych kwiatów rosnących w glinianych donicach, których długie łodygi i liście wchodziły nam do ust i nosów i plątały się między nogami. Willę dawno zabrano, zaraz w 1956 roku, na fali odwilży. Opowieści swoje pani Tekla snuła w gronie zaprzyjaźnionych bywalców, przy smacznych kanapkach i oczywiście przy piołunówce. Na słuchaczy wybierała znajomych literatów, prozaików i poetów. Ja również bywałem w tym salonie pani Tekli, może nawet częściej niż inni, gdyż pracowałem niedaleko jej domu, w osiedlowej świetlicy, gdzie pani Tekla była częstym gościem.

Na półce z książkami dumnie prężyły się oprawne w skórę brązowe tomy edycji dzieł Józefa Stalina, obok czarne, przypłowiałe na słońcu, okładki tomów dzieł Włodzimierza Ilicza Lenina oraz broszurowe wydania Marksa i Engelsa, wszystko nagrody i dary z lat pięćdziesiątych ze stosownymi pieczęciami i dedykacjami ważnych towarzyszy, wśród których jaśniało nazwisko Bolesława Bieruta. Z tych dedykacji pani Tekla była niezwykle dumna i chciała je kiedyś przekazać do muzeum.

Wysłuchawszy pani Tekli, swoją historyjkę opowiedział poeta Bohdan Bogdański, jak to załapał się na wycieczkę literatów do Paryża w latach 60. podczas głębokiego PRL-u.

– Była to niezwykła gratka w kraju gomułkowskiej „małej stabilizacji” – opowiadał poeta Bohdan Bogdański, łyknąwszy nieco piołunówki – przybywszy z kraju biedy i szarzyzny zobaczyć trochę bogactwa na wystawach sklepowych. Oczywiście nasze kieszonkowe nie wystarczało na żadne większe zakupy, tylko drobiazgi i pamiątki. Wśród wycieczkowiczów była głośna wówczas, młoda i piękna poetka, autorka subtelnych erotyków, marząca w czasie drogi, żeby przywieźć z Paryża jakiś prezent dla swojego narzeczonego, który pozostał w kraju. W czasie zwiedzania stolicy Francji młoda poetka urwała się z wycieczki na godzinę czy dwie, a kiedy wróciła była obładowana pięknymi i drogimi prezentami dla swojego chłopaka. Kiedy koledzy literaci pytali ją – skąd wzięła pieniądze na takie drogie upominki, uśmiechnęła się rozbrajająco i powiedziała: – W Paryżu młoda kobieta nie ma kłopotu z zarobieniem paru groszy.

– A jeśli chodzi o prowincję, tamtejsze świetlice i szkoły – ciągnął poeta Bohdan, znany z zamiłowania do pieprznych opowieści – pamiętam, że kiedy tam przyjeżdżałem w latach 50. na spotkania autorskie, to nocując w internacie, zawsze na noc dostawałem do towarzystwa młodziutką, świeżą dziewczynkę. Jej przyszły mąż na pewno był mi wdzięczny, bo nauczyłem ją paru sztuczek, a po to przecież tam była, żeby się uczyć, cha, cha, cha. Podobne towarzystwo dostawali koledzy literaci z Warszawy, oczywiście starszawe panie literatki interesowały się chłopcami, dlatego tak często tam wszyscy przyjeżdżali. Na prowincji szanowali nas i traktowali jak przedwojennych dziedziców – rozmarzył się poeta.

Pani Tekla była autorką wielu tomów fabularyzowanych wspomnień, nad którymi ciężko pracowali stylistycznie redaktorzy opłacani przez Komitet Wojewódzki PZPR, aby mogły się ukazać w druku. Gdyż mimo niewątpliwego talentu gawędziarskiego w kreśleniu fabuły, pani Tekla miała istotne braki w zakresie znajomości gramatyki, składni i stylu.

Jednak potrzeba rozliczenia się z własnym życiem była bardzo silna i pani Tekla snuła swoje wspomnienia ożywiając zapomniany świat przedwojennych wiosek. Syn pani Tekli, którego oddała na wychowanie, aby poświęcić się sprawie rewolucji, nie lubił jej opowieści i nie podzielał jej poglądów politycznych. Skupiony był na swoim życiu prywatnym i zawodowym, był inżynierem. Od polityki stronił, a nawet czuł do niej wstręt i mówił o tym bez ogródek, kiedy odwiedzał czasem matkę. Miał zresztą do niej głęboki żal, że oddała go obcym ludziom na wychowanie.

Po okrągłym stole pani Tekla zmieniła się diametralnie. Pewnej niedzieli, będąc na mszy w moim osiedlowym kościele, z najwyższym zdumieniem zobaczyłem, że tuż przy ołtarzu stoi pani Tekla z rozmodlonym wyrazem twarzy. Niestety, tłum był zbyt wielki i nie zdołałem dopchać się do niej, żeby porozmawiać o bieżących sprawach. Ale potem widziałem ją jeszcze na jakiejś prasowej fotografii z audiencji wiernych u biskupa, a potem z pielgrzymki do Rzymu.

A jeszcze później dowiedziałem się, że pani Tekla zmarła. Jej syn, na stałe mieszkający w Warszawie, wyrzucił jej pamiątkowy księgozbiór z autografami Bieruta, Rokossowskiego, Cyrankiewicza i Gomułki – na śmietnik. Głównie dlatego, że żadne muzeum ani biblioteka w mieście, ich nie chciały. Zrobiło mi się żal tej kolekcji, w końcu to był kawał jej życia.



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko