Ewa Gołąb – Siostra bez serca

0
275

Z rekomendacji Marka Jastrzębia

Warto się zastanowić, do czego zaprowadzić nas może myślenie wyłącznie o sobie. Gustaw Herling Grudziński w „Zapiskach sowieckich” nazywa taką zwyrodniałą postawę wobec życia, jaką demonstruje tu Mery, „solidarnością egoizmów”. Tekst pani Ewy zamieszczam ze względu na temat, na specyficzne i niestety coraz częstsze, mylne rozumienie słowa WOLNOŚĆ.

—————————-


Ewa Gołąb


Siostra bez serca


czychowski-kie



Żałuję, że nie jestem zimną suką. Skurwysynem. Samolubem. Że nie umiem powiedzieć ludziom, co mi leży na sercu i co do nich mam. Moja siostra świetnie to potrafi. O tak. Ona robi to wręcz wspaniale i zawsze w najmniej oczekiwanym momencie dopierdoli Ci tak, że zapominasz jak się nazywasz. Nie zawsze taka była. Kiedyś byłyśmy bardzo blisko, dużo rozmawiałyśmy i miałyśmy wspólne zainteresowania. Wiem, że ciężko pracowała na ten sukces, ale bycie prezesem firmy nie zwalnia cię z obowiązku bycia człowiekiem.

 

Myślę, że jest ona typowym przykładem tego, jak pieniądze i odrobina władzy są w stanie zawrócić w głowie. Dobrze, że nie została jakąś gwiazdą, bo było by jeszcze gorzej. Mery, bo tak ma na imię, dwa lata temu wyszła za mąż. Za bardzo dobrego mężczyznę, który niestety jej w ogóle nie zna. Kiedyś zabroniła mi przy nim mówić o swoich wpadkach z liceum, jakby to miało coś zmienić w jego uczuciu. Śmieszne. Przy nim jest idealna, przy jego rodzinie także, wszyscy traktują ją jak dar od Boga dla Pitera. Tak naprawdę, to chyba tylko my wiemy, jaka potrafi być naprawdę. Mama nie raz miała okazję usłyszeć od niej kilka „miłych” słów.

– Gdzie byłaś wczoraj? – pytała mama, gdy Mery budziła się koło 2 po południu i śmierdziała alkoholem.

– W dupie – odpowiadała, ledwo żywa.

– Co ty sobie myślisz gówniaro? Jak ty się odzywasz do matki! Nie tak cię wychowała.

– Spierdalaj, nic ci do mojego życia. – Wołała Mery, uciekając do swojego pokoju. Tak było całymi latami. Ile razy ja, albo tata próbowaliśmy załagodzić sytuację pomiędzy nimi, zawsze wychodziło tak samo. Wybiegała z domu i wracała po kilku dniach. To były czasy liceum, gdzie dorabiała jako kelnerka w barze i potrafiła tam siedzieć godzinami.

 

Zabrała mnie tam kiedyś wieczorem, żebym zobaczyła jak pracuje. Pamiętam, że wszyscy odnosili się do niej z brakiem szacunku, obleśnie rozbierali wzrokiem i w kółko prosili o numer. Byli to jednak stali bywalcy, pijacy, dno społeczne. Ona nic sobie z tego nie robiła. Uśmiechała się, zbierała kufle i przecierała stolik. Mówiłam jej, żeby rzuciła tą robotę, ale nie słuchała. Wiem, że chciała oderwać się od domowej rzeczywistości i mieć trochę grosza przy duszy.

 

U nas w domu nigdy się nie przelewało, ale to nie znaczy, że klepaliśmy biedę. Można powiedzieć, że byliśmy przeciętną rodziną, z przeciętnym standardem życia. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Nawet nie rozpatrywałam tego w kwestiach, że czegoś nie mamy. Po prostu było, jak było. Ale Mery widziała to inaczej. W trakcie pracy w barze wymyśliła sobie, że pójdzie na studia, na najdroższą uczelnię w Monvillage.

 

Oczywiście nie było ją stać, więc studia w całości pokrywała mama. Tak, dokładnie ta sama mama, którą traktowała jak najgorszego wroga. Nie obyło się w prawdzie bez kłótni, ale koniec końców mama stwierdziła, że jeżeli Mery chce się uczyć, to bardzo dobrze.

 

W międzyczasie ja zaczęłam liceum. To był czas, kiedy między nami układało się bardzo dobrze. Pamiętam, jak kiedyś koleżanka z klasy powiedziała mi, że jej najlepsza przyjaciółką jest jej siostra. Po chwili zastanowienia odpowiedziałam, że moją chyba też. Pomogła mi przetrwać pierwsze zakochanie, nową szkołę i problemy dorastania. Sama mówiła dużo o swoim życiu, ale zawsze wiedziałam, że nie mówi mi całej prawdy. Dalej stosunki z mamą miała okropne. Zdarzało się, że nie było jej w domu przez tydzień i kazała mi mówić, że pojechała do koleżanki. Po studiach dostała prace w wydawnictwie. Szef szybko zobaczył w niej potencjał i w przeciągu zaledwie dwóch lat awansował ją na prezesa. Taki sukces w tak młodym wieku, to nie lada wyczyn. Cała rodzina była z niej dumna, szczególnie tata.

 

Od momentu awansu minęły cztery lata. Mery zmieniła się nie do poznania. Stała się zimną, bezwzględną suką, która ustawia ludzi po kątach. W pracy większość osób po prostu się jej boi. Mnie traktuje jak śmiecia, bo po skończeniu studiów już rok szukam pracy i nie idzie mi to najlepiej. Co prawda zawsze robię coś dorywczo, ale nie mogę znaleźć niczego na stałe. Widocznie dla niej osoba bez pracy i pozycji jest wybrykiem natury, bo tak się do mnie odnosi.

 

Na każdym kroku przypomina mi o tym, że marnuję sobie życie i bujam w obłokach. Nie wie tylko, jak bardzo się staram. Maluję obrazy i sprzedaję je, głównie znajomym, żeby mieć trochę grosza, choć musze przyznać, że gdyby nie mój narzeczony, pewnie nie dałabym sobie rady finansowo i mentalnie. Nic nam nie brakuje. Jednak według Mery, brakuje nam wszystkiego.

 

Około trzy lata temu poznała Pitera. Jej wcześniejsi faceci byli okropni, więc jeśli na horyzoncie pojawił się ktoś, kto po prostu był  dla niej miły, to wystarczyło, żeby się w nim zakochać. Mery nie jest głupia i dokładnie wie jak rozkochać w sobie faceta. Robiła wszystko, żeby zwrócić jego uwagę, łącznie z pójściem do łóżka na drugim spotkaniu. Przy nim była idealna. Zawsze kierowca, organizator wyjazdów i gospodyni domowa. Przy Piterze nawet do mamy potrafiła się normalnie odezwać. W tedy właśnie zabroniła mi wspominać o swoich młodzieńczych występkach.

 

Chciała być w jego oczach nieskazitelna. I taka była. Szybko się zaręczyli, a jeszcze szybciej wyszli za mąż, nie znając się kompletnie. On był dla niej naprawdę dobry. Dobrze zarabiał, dbał o nią i zawsze traktował ją z szacunkiem. Ona szczyciła się, że wyszła za mąż i ma wspaniałe życie. Piter nie raz wspominał, że rozumie jej częste wahania nastrojów, bo przecież zajmuje odpowiedzialne stanowisko. Jednak wahania nastrojów były spowodowane nie tylko przez to. Mery dowiedziała się, że jest w ciąży.

Pamiętam jak kiedyś powiedziała mi, że na pewno nie może być w ciąży, bo z pewnością miała by już trójkę dzieci. A tu, niespodzianka! Miałam wrażenie, że wszyscy się cieszą oprócz niej, choć udawany uśmiech przykleił się jej do twarzy.

 

Nigdy nie wyobrażałam jej sobie jako matki. Miałam nadzieję, że gdy urodzi małego bobaska, nagle stanie się opiekuńczym aniołem. Tak się jednak nie stało. Dziewięć miesięcy, to była naprawdę katorga. Stała się jeszcze gorsza, niż przedtem. Ciągle narzekała, że nie może sobie nawet zapalić, a już nie mówię o zimnym piwku.

 

– Ale mnie udupiłeś. Udupiłeś na dwa lata – powiedziała kiedyś do Pitera, gdy wszyscy siedzieliśmy lekko wstawieni, świętując małego bąbla w jej brzuchu. Nie wiem, jak dziecko można nazwać udupieniem. Nigdy w życiu nie słyszałam, żeby ktoś tak powiedział i mam nadzieje, że już nie usłyszę.

 

Odżywiała się okropnie. Jadła codziennie dwie paczki chipsów i dużo słodkiego. Zamiast wody piła cole lub kolorowe napoje. Ilekroć ktoś zwrócił jej na to uwagę, mówiła:

– Jestem w ciąży, mogę jeść, na co tylko mam ochotę. To była cała rozmowa. Skoro jest już w t e j ciąży, nikt nie będzie jej mówił co ma robić. W drugim miesiącu jej brzuch wyglądał, jakby była już w piątym. Ogólnie przytyła chyba 25 kilo. W końcu na świat przyszedł mały chłopiec imieniem Frank. Był naprawdę śliczny i co najważniejsze, zdrowy.

 

Piter pokochał go od pierwszego wejrzenia. Mery nie chciała na niego nawet spojrzeć. Wróciła do domu z depresją i dzieckiem na piersi. Wszyscy staraliśmy się jej pomagać, Piter nie chodził do pracy, mama wstawała do małego w nocy, a ja robiłam wszystkie prace domowe. Ona ciągle tylko leżała w łóżku. Nie miała pokarmu, więc jej kontakt z dzieckiem był ograniczony. Po prostu, nie chciała go widzieć. Wszyscy byliśmy zdruzgotani. Najbardziej było mi szkoda Pitera.

 

Mały Frank był praktycznie pod opieką mamy i moją. Zapisaliśmy Mery do psychologa, chociaż upierała się, że nie jest świrem i że nie będzie rozmawiała o swoich problemach z obcym człowiekiem. Niestety została do tego zmuszona. Terapia wydawała się skuteczna. Po kilku wizytach Mery zaczęła przytulać Franka i zabierać go na spacery. Przestała całymi dniami gapić się w telewizor i zaczęła żyć na nowo. Któregoś dnia postanowiłam porozmawiać z jej psychologiem i zapytać o terapie. Chciałam także mu podziękować za tak szybie wyleczenie i pomoc siostrze. Doktor był szczerze zdziwiony moimi słowami.

– Tak naprawdę to nie wiem za co Pani mi dziękuje. Już na trzecim spotkaniu Mery zapytała, czy mogłaby w trakcie wizyty czytać książkę – powiedział. – Zgodziłem się, bo miałem nadzieję, że może po przeczytaniu kilku stron zacznie ze mną normalnie rozmawiać. Zawsze przychodziła roztrzęsiona, zła i bardzo nerwowa. Myślałem, że książka ją zrelaksuje.

– A co było, jak skończyła czytać? – zapytałam.

– Nic. Tak naprawdę minął już miesiąc a ona dalej czyta na wizytach. Kończy dopiero przed wyjściem, a gdy pytam, czy jest gotowa porozmawiać, mówi, że może jutro.- odparł ze spuszczona głową. – Myślę, że zbudowała w około siebie barierę i nie chce nikogo wpuścić do środka. Ucieka od rozmowy, bo wie, że nikt nie czuje się tak jak ona.

– A mówiła coś o dziecku, rodzinie, Piterze? – zapytałam.

– Nie. Nasze pierwsze spotkania były bardzo burzliwe, a kolejne poświęcała lekturze. Byłam bardzo zdziwiona. Miałam pewność, że przez te wizyty nabrała odwagi do życia i zaakceptowała fakt, że jest matką. Ten mały bobas potrzebował jej jak nikogo innego na świecie. Po długiej rozmowie z psychiatrą Mery byłam zaszokowana. W takim razie skąd i dlaczego nastąpiła tak duża zmiana w jej zachowaniu?

 

Wracając do domu zastanawiałam się nad wieloma rzeczami. Doszłam do wniosku, że nie znam swojej siostry. Nie znam w ogóle. Czy poród może być dla kobiety aż tak drastycznym wydarzeniem, że zatraca siebie? Czy Mery po prostu nie była gotowa? Szybkie życie, szybki awans, szybki ślub i szybkie dziecko. Zrobiło mi się jej strasznie żal. Musiała czuć się taka samotna. Chociaż zawsze zgrywała twardą sztukę, w głębi duszy była z porcelany, która w końcu pękła.

 

Gdy zajechałam do domu nie było jej. Nikt nie wiedział gdzie jest. Po południu powiedziała, że wychodzi na spacer i od tej pory nie wróciła. Frank spał u babci na rękach, tato krążył po salonie, a Piter pojechał jej szukać. Próbowałam dzwonić na jej komórkę, ale usłyszałam ją na jej nocnym stoliku. W takich momentach niestety mózg automatycznie podsyła ci najgorsze scenariusze. Po minach rodziców stwierdziłam, że myślą o tym samym. Piter wrócił o 4 nad ranem bez żony. Załamany, zmęczony i ledwo żywy.

– Kurwa, nie wiem gdzie ona może być. Sprawdzaliśmy z chłopakami wszędzie. Nikt jej nie widział – powiedział zalewając się łzami i opadając na krzesło. Nie zostawiła żadnej wiadomości. Po prostu zniknęła. Zawiadomiliśmy policję i rozesłaliśmy jej zdjęcia wszędzie, nawet na portale społecznościowe.

 

Początkowo nikt nie myślał o tym jako o ucieczce. Zakładaliśmy, że ze względu na stan jej zdrowia psychicznego, coś mogło się stać. Ale gdy Piter zauważył zniknięcie kilku ubrań, paszportu oraz kosmetyków, wszyscy zaczęliśmy podejrzewać najgorsze. Po kilku dniach sprawdziliśmy jej konta bankowe. Prawie wszystko zniknęło. Nienaruszone było tylko konto oszczędnościowe dla Franka. Piter całkiem się załamał. Już chyba wolał, żeby stało się coś złego niż to. Nie wiedzieliśmy jak na to zareagować. Policja powiedziała, że nadal będą jej szukali, ale jeśli są niezbite dowody na to, że uciekła, śledztwo z pewnością nie potrwa długo.

 

To był bardzo zły rok dla naszej rodziny. Ja na stałe wróciłam do domu i przez cały czas opiekuję się Frankiem. Mój narzeczony nie chciał myśleć o przeprowadzce do teściów, przez co cały czas się kłóciliśmy. Pół roku temu zerwaliśmy zaręczyny. Od czasu zniknięcia Mery rodzice, którzy mało ze sobą rozmawiali, przestali kompletnie się komunikować. Wydaje mi się, że to z poczucia winy, bo każde z nich widziało w drugiej osobie przyczynę odejścia córki.

 

Piter na początku stracił panowanie nad sobą i zaczął pić. Trwało to ponad pół roku. Na szczęście opanował się w porę i obecnie całą swoją uwagę poświęca Frankowi. Wydaje mi się, że zrozumiał, że nawet największa dawka alkoholu nie pozwoli mu zapomnieć o ucieczce żony.

 

Kilka dni temu otworzyłam, lekko zdezorientowana, list z Włoch zaadresowany do mnie. Jak tylko przeczytałam pierwsze słowa, serce podskoczyło mi do gardła. To była Mery. Cała i zdrowa, przede wszystkim żywa. Pisała, żebym nie mówiła nikomu o tym liście. Chciała dać znać, że żyje. Opisywała miejsce, w jakim jest i do jakiego się wybiera, oczywiście nie sama. Stek słów bez sensu i spójności. Nie napisała, że przeprasza, że tęskni za synem lub mężem. Ani słowa dotyczącego nas, tylko wszystko o niej. Prosiła tylko żeby jej nie szukać, bo teraz wiedzie życie o jakim zawsze marzyła i jest w o l n a.

 

Przeczytałam list może trzy lub cztery razy, po czym podarłam go na strzępy i wrzuciłam do kosza. Myślałam, że wybuchnę. My tu umieramy z troski o nią i zajmujemy się jej synkiem, a ona mi pisze o pogodzie we Włoszech. Tego było już za wiele. Okazała się tchórzem, który nie umiał poradzić sobie ze zwykłym życiem i zamiast poprosić o pomoc, spierdolił przy pierwszej lepszej okazji. Nikt z całej rodziny nie mógł tego zrobić lepiej od niej. Odejść łamiąc wszystkim serca i zamieniając ich życie w piekło. Nikt tylko Mery.

 

E.G.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko