Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
130

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego




 

Sowa Minerwy…


inna-rzeczpospolita„Żyjąc we współczesnej Polsce, trudno oprzeć się wrażeniu, że coś jest z tym krajem nie tak. Znaleźliśmy się w osobliwej sytuacji: pomimo sprzyjającej sytuacji geopolitycznej i dobrych wskaźników ekonomicznych kondycja polskiego społeczeństwa jest, ogólnie mówiąc, słaba. Masowa emigracja, zapaść demograficzna, niewydolność instytucji publicznych, popularność teorii spiskowych, radykalizacja skrajnie prawicowych, neofaszystowskich środowisk, moralne bankructwo Kościoła katolickiego połączone z ofensywą religijnego fundamentalizmu, przemiana życia politycznego w medialny spektakl, liczne afery, chaos i brzydota polskich miast, powszechne poczucie braku wspólnoty i porażki zbiorowych projektów tożsamościowych – to wszystko sprawia, że Polska jest krajem, który (…) większość kocha jako abstrakcyjna ideę, jednocześnie nienawidząc konkretnej, otaczającej nas polskiej rzeczywistości”.


Czyż ten pierwszy akapit eseju politycznego, manifestu, diagnozy, projektu (niepotrzebne skreślić, trafne dodać) nie jest czystym zastosowaniem słynnej formuły Alfreda Hitchcocka odnoszącej się do kręcenia thrillerów, zgodnie z którą film musi zaczynać się od trzęsienia ziemi, a później napięcie powinno stale rosnąć? Napięcie może aż tak szybko nie rośnie, bo tekst ma rytm miarowy, ale zaczyna się od trzęsienia ziemi, a co najmniej silnego wstrząsu. Choć bowiem poszczególne składniki diagnozy wyjściowej są – zdawałoby się – dość powszechnie (?) znane, to skompresowane w wyżej zacytowany passus wstępny, robią silne wrażenie, niczym sławny gombrowiczowski gniewny wybuch w chwili wypływania „Transatlantyku” w morze: „A płyńcież wy Rodacy…”, choć Sowa formułuje swoją diagnozę w tonie spokojnym, sine ira et studio.


Dopiero kiedy sięgnąłem po najnowszą książkę Jana Sowy, czyli „Inna Rzeczpospolita jest możliwa. Widma przeszłości, wizje przyszłości”, dowiedziałem się, że jego poprzednia publikacja, „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesnością”, była podobno dość głośna i szeroko komentowana. Taką oto cenę niewiedzy płaci się za zerwanie z lekturą odpowiednich gazet i treści w internecie, co, zbrzydzonemu do imentu polityką, przydarzyło mi się ostatnimi czasy. Ba, przyznaję się desperacko, że do momentu, gdy sięgnąłem po „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”, nazwisko Jana Sowy, oryginalnego filozofa i myśliciela z Uniwersytetu Jagiellońskiego, było mi nieznane. Cóż, człowiek uczy się jednak przez całe życie.


O „Fantomowym ciele króla” tak napisano w „Dzienniku Gazeta Prawna”: „Książka jest propozycją przepisania historii Polski oraz opisania jej społeczno-kulturowej tożsamości przy pomocy narzędzi teoretycznych, które albo w ogóle albo w niewielkim tylko stopniu wykorzystano kiedykolwiek w tym celu – teologii politycznej, Lacanowskiej psychoanalizy, teorii systemów-światów, studiów postkolonialnych, ontologii wydarzenia Alaina Badiou czy teorii hegemonii. Tytułowa figura „fantomowego ciała króla” nawiązuje do koncepcji „dwóch ciał króla” przedstawionej niegdyś błyskotliwie przez Ernsta Kantorowicza w książce pod takim samym tytułem. Poprzez metaforę fantomowego ciała Sowa opisuje I Rzeczpospolitą, której kondycję determinował przede wszystkim szereg braków. Pokazuje, że począwszy od śmierci Zygmunta II Augusta, ostatniego dziedzicznego króla Polski i Litwy, Rzeczpospolita nie istniała jako państwo w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale była raczej fantomem, urojeniem, wyobrażeniem, uroszczeniem. Owo nieistnienie położyło się cieniem na losach Polski od wczesnej nowoczesności wieków XVI i XVII, przez rozbiory aż po czasy współczesne. Fantomowe ciało króla nie jest jednak typową pracą historyczną. Jej przedmiot to przede wszystkim współczesna Polska i jej problemy z nowoczesnością. Na kartach książki w zaskakujący i – jak się okazuje – inspirujący sposób Wallerstein spotyka się z Gombrowiczem, Brzozowski z Lacanem, Lefort z Andersonem a Gramsci i Laclau ze staropolskimi sarmatami, aby wyjaśnić zagadkę, jaką była i jest Polska”.


Brzmi to ponętnie, acz zapowiada niełatwą, bo wyrafinowaną i skomplikowaną fakturę myślową książki. I wydaje się, że po „przepisaniu historii Polski”, Jan Sowa postanowił sięgnąć – niecałkowicie z historii rezygnując – po naszą współczesność. Aczkolwiek bowiem dzieje „Solidarności” 1980-1981 należą już do historii zwanej „najnowszą”, to przez fakt, że żyją jeszcze miliony protagonistów z tamtych lat, w tym spora cześć liderów zdarzeń (nie mówiąc już o tym, że nadal istnieje ów związek, choć w praktyce jako zaledwie jego pozostałość i formalna kontynuacja), jest ona nadal częścią naszej teraźniejszości.


Gdy przeczytałem pierwszą stronę wstępu do „Inna Rzeczpospolita jest możliwa” i na początek szybko przewertowałem jej kartki, uświadomiłem sobie, że mam do czynienia z tekstem bardzo ważnym. Nie w sensie wpływu, jaki wywarł (przynajmniej hic et nunc), wywiera czy wywrze w przyszłości, bo obawiam się, a nawet jest dla mnie oczywiste, że to tekst znany nierozległemu kręgowi publiczności czytającej, ale w sensie wagi diagnoz, analiz, syntez i wniosków intelektualnych. W porównaniu z cytowaną kategorycznością diagnozy uderza skromność frazy tytułowej. Nie ma ona w sobie kategorycznego tonu manifestu politycznego, a i postulatywność nie jest nachalna. Tytułowa fraza nie brzmi ani: „czas na zmiany”, ani „naprzód Polsko”, ani „bolszewika goń”. Autor nadał tytułowi maksymalnie skromny tryb potencjonalnościowy. Bo stwierdzić, że coś innego niż to, co jest, jest możliwe, to okazać maksimum powściągliwości. To właściwie nie dać żadnej prostej i szybkiej nadziei. Wrażenie deja vu nieodparcie obecne przy tej lekturze z radykalną i skrupulatną uczciwością wzmacnia sam Sowa, podkreślając na zakończenie wstępu, że formułując liczne uwagi i diagnozy posiłkował się dorobkiem myślowym sporego grona osób, które wymienia po części z nazwisk, z dodaniem zastrzeżenia, że to tylko niektóre spośród tych, które mogłyby czy powinny być wymienione. Owo deja vu dotyczy jedynie zewnętrznie czy powierzchniowo potraktowanych zjawisk, bo już wnioski jakie wyprowadza z  nich Sowa, są  istotną wartością dodaną.


Wszkaże żeby nie być gołosłownym, nieco uwag o zawartości książki. I tak w części pierwszej (tekst zbudowany jest czwórdzielnie), zatytułowanej „Dzisiaj w Polsce” dokonuje Sowa błyskotliwej analizy sytuacji w Polsce, podejmując cały pakiet zagadnień, w tym między innymi fenomen „dwóch złudzeń, konserwatywnego i liberalnego”, które poprzez swoją teorię i praktykę hamują rozwój Polski oraz zagadnienie „imitacyjnego charakteru obecnej transformacji”. Część druga, „Przyszłość pewnych złudzeń” zwalnia nieco rytm bieżącej narracji, ponieważ autor cofa się analityczno/syntetycznie w odległą przeszłość historyczną, nawet do czasów sarmackich, ku podtytułowym „widmom przeszłości”, dostrzegając w niej ciągle czynne praźródła wielu właściwości współczesnej Polski. Autor zestawia nadto losy i stan rzeczy w dawnej i obecnej Rzeczypospolitej z sytuacją krajów zachodnich pokazując nierównoważność naszych potencjałów i wnioski jakie z tego Polska winna wyciągnąć. Porusza także problem polskiego kolonializmu na Wschodzie, na obecnych ziemiach Białorusi i Ukrainy. Nie tyle jednak sam zestaw faktów i konstatacji jako takich jest tu najistotniejszy, bo można je spotkać także w publikacjach innych autorów, ale nowe naświetlenie jakie im daje Sowa.  Zupełnie kapitalny jest tekst „Solidarność” jako wydarzenie komunistyczne”. Sowa pokazuje ruch „Solidarności” jako wypływający z zupełnie, a nawet diametralnie innych źródeł niż te, które przez minione 35 lat przypisano mu w trwającej nieustannie deformacyjnej pracy propagandowej. W jego interpretacji te źródła tylko w niewielkim stopniu, wbrew wytworzonej „legendzie” miały źródła narodowo-wyzwoleńcze, lecz przede wszystkim społeczne. Świadczą o tym podstawowe dokumenty związkowe. Ich treść do tego stopnia była/jest nie na rękę elitom III RP, że wśród materiałów wydanych z okazji 25 rocznicy powstania NSZZ „Solidarność” przez IPN, pominięto uchwałę programową I Krajowego Zjazdu NSZZ „S” z 7 października 1981 roku, czyli pominięto ją w trybie cenzuralnym i dopiero po interwencji dziennika „Trybuna” („podwładni Leona Kieresa wymazali program „Solidarności” z historii jak Stalin Trockiego”) dokument został opublikowany. Jednakże cenzurowanie dokumentów to wszakże nic w porównaniu ze „zdradą klerków a rebours”, heroldów neoliberalnej polityki ekonomicznej lat 90-tych, przeforsowanej w rezultacie przejęcia władzy przez „burżuazyjnych liberałów”. W konkluzji swoich wywodów w tym rozdziale Sowa napisał: „Solidarność” nie tylko nie była ruchem antykomunistycznym – w sensie sprzeciwu wobec zasad i wartości postulowanych przez robotniczy ruch komunistyczny – ale stanowiła sama w sobie wydarzenie par excellence komunistyczne”.


W swoim rewizjonizmie Sowa na tym wątku nie poprzestaje. Odmawiając wspomnianym kręgom „ojców III RP” racji moralnych uzasadniających przypisywanie się prze nie do dziedzictwa „Solidarności”, Sowa odmawia, w szerszym już ujęciu, także prawa do samopoczucia demiurgów przemian i ustroju tym siłom, które takie samopoczucie miały lub którym takie sprawstwo się przypisuje: „Upadek państwa leninowskiego nie był spowodowany działaniem żadnej konkretnej jednostki czy organizacji. Nie jest to zasługa ani papieża, ani Ronalda Reagana, ani „Solidarności”, ani KOR-u. Była to raczej konsekwencja poważnych wad konstrukcyjnych reżimu, który okazał się niesprawny i nie potrafił przetrwać dekoniunktury ekonomicznej lat siedemdziesiątych XX wieku”.


No i cała akademia ku czci – na nic, chciałoby się rzec. Bo jeśli się choćby tylko przyjmie do wiadomości wnioski Sowy, nie sposób już wierzyć całkowicie bezkrytycznie, że „nie byłoby niepodległej Polski bez Polskiego Papieża i „Solidarności”.


Nie proponuję, by przyjmować wszystkie składniki diagnozy Jana Sowy bezdyskusyjnie. Religijny entourage strajków na Wybrzeżu latem 1980 roku podważa jednak trochę tezę o w pełni komunistycznym charakterze ruchu „S”, bo pozostaje w sprzeczności z marksowską tezą o religii jako opium ludu. Ale i też jakoś radykalnie go nie unieważnia. Inna sprawa, że sam Sowa z pewną rezygnacją odnosi się do szans na przyjęcie jego socjalistycznej interpretacji przez szerokie kręgi społeczne w Polsce, bo jak stwierdza, „ponieważ w świecie człowieka prawda ma, jak przekonywał wiele razy Jacques Lacan, strukturę fikcji, z praktycznego punktu widzenia liczy się to, co ludzie myślą, że jest prawdziwe, a nie to, czego prawdziwość da się udowodnić w rzeczowej, logicznej analizie”.


Najobszerniejsza i ostatnia część książki Jana Sowy, „Rzecz-pospolita, czyli dobro wspólne”, jest próbą reinterpretacji tego pojęcia, sprowadzonego w minionym ćwierćwieczu do mdłego frazesu, szczególnie irytującego w wydaniu frazeologii kościelno-katolickiej. Jest też próbą reinterpretacji przy zastosowaniu bogatej palety empirycznej zaczerpniętej z rozmaitych dziedzin, w tym między innymi z dziedziny określanej jako zagadnienie „własności intelektualnej”. Także próbą reinterpretacji  w duchu lewicowego republikanizmu.


Tekst, jako się rzekło, jest esejem politycznym, oczywiste więc, że w naturalny sposób nasuwa się pytanie, której z obecnych sił politycznych, walczących o zdobycie/utrzymanie władzy mógłby się ten tekst spodobać. I jasno wychodzi na to, że żadnej, choć każdej z trochę innego powodu. I tak na przykład jednej ze stron nie spodobałaby się negatywna ocena państwa i stanu kraju, drugiej brutalna diagnoza o „moralnym bankructwie Kościoła katolickiego połączonym z ofensywą religijnego fundamentalizmu”. Podobała by się zapewne ta diagnoza jakiejś lewicy, ale takiej, której nadal nie ma.


Lektura tego eseju skłania do wysiłku, ale i przynosi przyjemność intelektualną i estetyczną. Intelektualną – przez siłę diagnoz i konkluzji oraz przez bogatą warstwę erudycyjną, odzwierciedlona także w bardzo dobrych przypisach (dobre przypisy, to często wisienka na torcie). Estetyczną – przez walory literackie sensu largo: lekkość stylu, szeroki oddech w narracji, jasność wywodu.


Hegel napisał, że nie możemy zrozumieć całości przemian zachodzących w świecie, dopóki jeszcze te przemiany się nie zakończyły. Nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć wydarzeń, pojąć ich znaczenia, póki nie zobaczymy rezultatu. Tę myśl Hegel przedstawił metaforycznie w zdaniu:Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu a nie o świcie w przedmowie doZasad Filozofii Prawa”. Bogini, o której mówi Hegel jest boginią Mądrości. Zatem Mądrość przychodzi o zmierzchu, czyli po wydarzeniach, kiedy już wszystko jest zakończone.


A jednak znajduję w myśli Hegla coś jeszcze. Mądrość, z którą „Sowa Minerwy” wylatuje o zmierzchu nie musi iść całkowicie na marne. Bo po zmierzchu i nocy następuje kolejny świt, w którym mądrość spóźniona dla przeszłości, może okazać się przydatna dla przyszłości. Może być zalążkiem jej nowej wizji.


Jan Sowa – „Inna Rzeczpospolita jest możliwa. Widma przeszłości, wizje przyszłości”, Wyd. GW Foksal (WAB), Warszawa 2015, str. 293, ISBN 978-83-280-1523-4


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko