Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
60

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe



Ja w ogóle nie lubię chodzić do kina


wniebowziety„Ja w ogóle nie lubię chodzić do kina, a szczególnie nie chodzę na filmy polskie, wie pan? Nudzi mnie to po prostu. Zagraniczny, to owszem, pójdę sobie. Bo fajne są filmy zagraniczne, wie pan? Już tak można, wie pan, jakoś tak, noo, ja wiem, noo, przeżyć to, przeżyć, wie pan, przeżyć. A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda. Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi – niedobre, bardzo niedobre dialogi są. Proszę pana. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.” Kto z nas, ludzi mojego pokolenia, ale przecież i tych młodszych, nie pamięta tej kultowej sceny dialogu inżyniera Mamonia i małżeństwa Sidorowskich z „Rejsu” Marka Piwowskiego. Ten film, ta scena, uczyniły Zdzisława Maklakiewicza, bez przesady, nieśmiertelnym.

Od jego śmierci minęło trzydzieści osiem lat, kawał czasu. W polskim kinie, teatrze było po wojnie przynajmniej kilkudziesięciu fantastycznych aktorów. Ale tylko nieliczni przetrwali, o nielicznych można napisać, że wciąż są obecni. Dlaczego więc on? Najprostsza odpowiedź byłaby taka: bo stworzył z Janem Himilsbachem duet niezwykły, duet, który nie musiał na ekranie nic mówić, a i tak wywoływał salwy śmiechu. Zawodowiec i amator, którzy potrafili zrobić coś z niczego, zagrać tak, aby w polskim kinie nie było jednak nudnie. Pytanie czy Maklakiewicz istniałby bez Himilsbacha, a Himilsbach bez Maklakiewicza. Na pewno. Czy obaj byliby legendami? Trudno powiedzieć. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że spędzili ze sobą niespełna osiem lat. Osiem lat! Ktoś o tym wie, pamięta? Nikt – zawsze razem. Nierozdzielni. Wydaje się, że od urodzenia.

„Wniebowzięci” to druga w tym roku po „Maklak. Oczami córki” Marty Maklakiewicz, książka o znakomitym aktorze. Szczęśliwie Gabriel Michalik dodaje, że to nie tylko książka o Zdzisławie Maklakiewiczu, ale także o jego czasach. Bo czegóż jeszcze o nim nie wiemy? Ktoś mógłby zapytać, a co wiemy? I to pytanie byłoby równie uprawnione.

Autor „Wniebowziętych” pomyślał, że najłatwiej będzie opowiadać o Maklaku ustami innych. I tak zrobił. O rodzinie – poprzez drugą żonę, Wiesławę Kosmalską-Maklakiewicz. O konspiracji – przez kolegę z Armii Krajowej, Andrzeju Szamotulskim, o aktorstwie i tym, co wokół niego – przez przyjaciółkę, aktorkę Zofię Czerwińską. Mówią ciekawie, ale wyłącznie dobrze. Nie miał wad? Miał więcej niż inni. Był alkoholikiem, nie płacił alimentów, był leniwy. A jednak nikt go nie gani, nie potępia. Podkreślają, że był odważnym konspiratorem, dobrym człowiekiem, czułym mężem, duszą towarzystwa. Zastanawiam się czy to tylko upływ czasu zatarł jego wady?

Michalik dosyć sztucznie zestawia jego losy z losami Edwarda Stachury, Zbigniewa Cybulskiego, Marka Hłaski, Bogumiła Kobieli, Konrada Swinarskiego. Tak, umierali tragicznie, jak pisze „pachnieli śmiercią”, tylko… no właśnie. Co z tego? Byli różni, oddzielni, niepowtarzalni. Po latach wszyscy są legendami. Zastanawianie się jaka byłaby polska kultura z nimi, jest bez sensu, do niczego nie prowadzi. Wieje sztucznością, dodawaniem ciekawemu życiu bohatera niepotrzebnej otoczki. W tej książce więcej zresztą niepotrzebnych akcentów. Jakie znaczenie ma to, że ojciec autora pracował w tych samych teatrach, w których grał Maklakiewicz? Zwłaszcza, że pracował, gdy „inżyniera Mamonia” już tam nie było.

Ale jest w tej, co tu kryć, przyczynkarskiej książce wiele anegdot, które zmuszą do uśmiechu każdego. Anegdot, które Maklakiewicz kradł od innych, upiększał, tworzył klimat. Anegdot sytuacyjnych, czasami gorzkich, opowiadanych wyłącznie w celu zdobycia kolejnego fundatora.

Kim był Zdzisław Maklakiewicz? Wybitnym aktorem, znanym z setek ról filmowych i teatralnych? Strony by zabrakło dla ich wymienienia. „Bokser”, „Brunet wieczorową porą”, „Rejs”, „Dzięcioł”, „Dancing w kwaterze Hitlera”¸ „Jak być kochaną”, Prawo i pięść”. Rola za rolą. Rok po roku. Prawie nigdy tytułowa, drugi, trzeci plan. Mniej ważny? A skąd, to właśnie tacy aktorzy są solą filmów. To często oni są zapamiętywani. A przecież i on miał swoją wielką, może największą rolę. Dla znawców filmu to rola u Hassa w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” zawsze będzie najważniejsza, niepowtarzalna… A może, to też uprawniony pogląd, człowiekiem wolnym, biesiadnikiem z Kuchcika, ze Spatifu, Kameralnej, Ścieku, dziesiątek innych knajp, którego zanudzał teatr, człowiekiem, który bardziej kochał alkohol, kobiety, towarzystwo niż zawód, który wykonywał. Zasypiał w teatrze, powtarzanie tekstu dzień w dzień stawało się udręką. A przecież powtarzał zgrane grepsy przy kolejnych stolikach… Upijał się, zasypiał przy stoliku, budził się i na nowo wcielał się w rolę…

Znacie? Znamy. No to posłuchajcie:

„Nazajutrz po pogrzebie syna pani Czesława Maklakiewicz odebrała telefon. W słuchawce zachrypiał głos Himilsbacha.

– Zdzisiek jest?

– Panie Janku. Przecież wczoraj był pan na jego pogrzebie. Zdzisio nie żyje.

– Wiem, k…, ale ciągle nie mogę w to uwierzyć.”

Umarł, zginął, któż to wie. Czasami myślę, że dzięki filmowi aktorzy nie umierają. Wciąż są. Zwłaszcza ci, którzy umieli żyć.

Ważna informacja dla potencjalnych czytelników: w książce mamy pełny zestaw ról Zdzisława Maklakiewicza, zarówno tych scenicznych jak i filmowych.

 

Gabriel Michalik – Wniebowzięty. Rzecz o Zdzisławie Maklakiewiczu i jego czasach, Wydawnictwo Vis-a-Vis Etiuda, Kraków 2015, str. 176 plus wkładka zdjęciowa.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko